Czy da się wychować dzieci bez karania (i bez nagradzania)?

Jeśli miałbym odpowiedzieć na to pytanie w jednym zdaniu, powiedziałbym, że da się, ale jest to diabelnie trudne, jeśli chcemy to zrobić właściwie.

5830455306_8ce4a8ed6d_b

Kary fizyczne?

Jak już wiecie, jestem stanowczym przeciwnikiem kar fizycznych. Wielokrotnie pisałem o wielu, naprawdę wielu negatywnych skutkach takiego wychowania i uważam to za niezwykle niebezpieczne narzędzie w rękach ludzi mających władzę (w tym przypadku rodzicach). Nawet jeśli mówimy o czymś tak powszechnym jak klaps. Wielkość szkód, jakie można tą metodą dokonać jest dla mnie zbyt wielka i nigdy nie chciałbym być odpowiedzialny za wywołanie u mojego dziecka jakich schorzeń natury psychologicznej typu niskie poczucie własnej wartości, obniżony poziom inteligencji, kompleksy czy depresja, tylko dlatego, ze nie potrafiłem opanować swojej złości. Wiem, że niektórzy rodzice się na to decydują, ale dla mnie to zbyt wiele. Nieprzekonanych zapraszam tutaj.

No dobra, kary fizyczne rozumiem. Ale cała reszta kar? Oszalałeś?!

Widzę oczami wyobraźni pełno oburzonych rodziców: „Ale jak to? To nie mogę już wysłać dziecka za karę do swojego pokoju?!”

I chciałbym ich uspokoić. Oczywiście, że możecie. Ja jednak tego nie robię. Dlaczego?

Kilka miesięcy temu byłem świadkiem sytuacji, w której chłopczyk uderzył swojego młodszego brata. Za karę wysłano go więc do swojego pokoju. Nie uderzono go, ale ukarano go poprzez izolację. Nie miało znaczenia, że czuł się źle z tym co zrobił. Nie miało znaczenia, że przeprosił. Jego rodzice i tak uważali, że ich dziecko musi dostać nauczkę. Że tylko w ten sposób się nauczy. I trzeba przyznać, że wszyscy mamy takie myśli prawda? Na pewno ja je mam. Że jak dam porządną nauczkę, to zapamięta tą lekcję do końca życia. Nie wiem czy zauważacie, ale to jest dokładnie ten sam schemat myślenia, który napędza rodziców do dawania klapsów. I z dokładnie tego samego powodu, jest on błędy.

„Wiara w to, że dzieci muszą być ukarane, aby nauczyć się lepszego zachowania, jest nielogiczna. Dzieci uczą się przewracać, czołgać, chodzić, mówić, czytać i jeszcze wielu innych bardziej skomplikowanych czynności, bez konieczności karania. Dlaczego więc, takie same łagodne przewodnictwo, wsparcie i świadomość rozwojowych możliwości dziecka, które rodzic wykorzystuje do nauki tych skomplikowanych czynności, nie miałoby zadziałać, aby nauczyć dziecko łagodnie głaskać kota czy pisać na kartce zamiast po ścianie?” L. R. Knost

Wysłanie więc dziecka do pokoju, aby „zrozumiało swoją lekcję”, nie sprawi, że ono nie uderzy więcej swojego brata. Najprawdopodobniej jedyny efekt jaki dzięki temu osiągniemy, to fakt, że nasze dziecko będzie jeszcze bardziej złe na swojego brata i będzie uważało, że to przez niego zostało ukarane. Co prawda, w towarzystwie rodziców więcej go raczej nie uderzy, ale możemy być pewni, że gdy tylko chłopcy zostaną na chwilę sami, to nic go przed tym nie powstrzyma. A chyba nie na tym nam zależy, prawda? Nie chcemy, aby nasze dziecko nie krzywdziło brata tylko wtedy, gdy jesteśmy obok. Chcemy, aby po prostu go nie krzywdziło. 

Skoro więc ustaliliśmy, że nie uda nam się wymodelować odpowiedniego zachowania karaniem, ustalmy jeszcze dlaczego nagrody też nie są dobrą drogą.

W końcu rezygnacja z kar brzmi jeszcze w miarę racjonalnie (mam nadzieję), ale co mi strzeliło do głowy, żeby rezygnować też z nagród?

Nie wiem czy o tym wiecie, ale już kilkadziesiąt lat temu przeprowadzono pewien eksperyment. Na dorosłych ludziach. Podzielono ich na dwie grupy i obie grupy dostały to samo zadanie wymagające kreatywnego myślenia. Umieścili więc ludzi po kolei w pokoju i pokazywali im taki oto widok:

candle-problem-heuristic_383

Zadanie brzmiało: „Masz do dyspozycji pudełko z pinezkami, świecę i zapałki. Zamocuj świece na korkowej tablicy tak, aby wosk nie kapał na stół.”

Różnica między grupami polegała na tym, że ludzie w pierwszej grupie nie otrzymali wynagrodzenia, a ludzie w drugiej grupie, mieli dostać wynagrodzenie zależne od wyniku (im szybciej wykonają zadanie, tym większe wynagrodzenie). Jak myślicie o ile szybciej druga grupa, mająca większą motywację, wykonała zadanie?

Otóż okazało się, że druga grupa wykonywała to zadanie przeciętnie o 3 minuty dłużej (!), niż pierwsza. Myśl o nagrodzie była dla nich tak stresująca, że nie mogli się w pełni skupić na samym zadaniu, podczas gdy w pierwszej grupie rozwiązywali je znacznie szybciej, korzystając wyłącznie z wewnętrznej motywacji.

To jednak nie wszystko

Druga rzecz, która zniechęca mnie do korzystania z nagród (poza blokującym kreatywne myślenie stresem, jaki mogą wywołać), to fakt, że jako ludzie bardzo szybko stajemy się niewolnikami naszych przyzwyczajeń. I nawet jeśli początkowo nagrody działają motywująco i wspierają prawidłowe zachowanie, to po pewnym czasie zaczynamy ich oczekiwać. Przyzwyczajamy się do tego, że nagrody są. I motywacją jaką początkowo dawały znacznie maleje. Wtedy jedynym rozwiązaniem jest zwiększenie ich ilości (która po pewnym czasie ponownie będzie musiała zostać zwiększona). To chyba nie jest jednak droga, którą chcemy iść, prawda?

Nie mówiąc już o tym, że pozbawienie nagrody, w którymkolwiek momencie, zaczyna być traktowane jak kara. Nie jest to, co prawda widoczne na początku, ale na dłuższą metę system nagradzania, działa dokładnie tak samo jak system karania (co jeszcze lepiej widać, gdy zauważymy, że ludzie przyzwyczajeni do kar, traktują brak kary, jak nagrodę).

No dobra, powiedzmy, że nas przekonałeś. Wiemy już czego nie robić. Czy masz więc jakieś pomysły, co robić zamiast?

Są trzy najważniejsze rzeczy, które można zrobić. 

1. Dopasowanie otoczenia i ograniczone zaufanie

Po pierwsze, powinniśmy dopasowywać otoczenie naszego dziecka, do jego wieku i do jego odpowiedzialności. Nie dajemy dwulatkowi widelca i nie sadzamy go przed gniazdkiem elektrycznym, podobnie jak nie ufamy mu na tyle, aby pozwolić mu iść po krawężniku, przy bardzo ruchliwej ulicy. Nie dajemy mu również trzydziestu pudeł z zabawkami w nadziei, że będzie się nimi ładnie bawić, po czym sam je wszystkie po sprząta. To tak nie działa :)

2. Rada i przewodnictwo

Po drugie, służymy radą i przewodnictwem. Trochę pisałem o tym już tutaj. Czyli z jednej strony nie pozwalamy dziecku zbliżać się do gniazdek, ale tłumaczymy dlaczego. Podobnie z krawężnikiem przy ruchliwej drodze czy w przypadku zabawek. Nie dopuszczamy do niebezpiecznej sytuacji, ale mówimy dlaczego. I dopiero po miesiącach lub nawet latach (tak, też chciałbym, że to trwało kilka dni, maksymalnie tydzień – nie jesteście sami), sprawdzamy dziecko w bezpiecznych warunkach. Zostawiamy je wtedy same w pokoju, z pudełkiem kredek i wieloma ścianami w pobliżu (życie na krawędzi w wersji dla rodziców) i obserwujemy. Obserwujemy i w razie potrzeb ratujemy sytuację. 

Zadziałało? Super! Jak zadziała jeszcze dziesięć razy z rzędu, to jesteśmy w domu. 

Nie zadziałało? Możliwe, że to jeszcze za wcześnie dla naszego dziecka, możliwe, że nie wytłumaczyliśmy tego dość dokładnie, a może po prostu ma gorszy dzień. Kto wie? Tak czy inaczej, musimy jeszcze poczekać.

3. Naturalne konsekwencje

Po trzecie i ostatnie, pozostają nam naturalne konsekwencje. Oczywiście w przypadku rzeczy niebezpiecznych typu owego wszędzie maglowanego gniazdka elektrycznego czy ruchliwej ulicy nie możemy sobie na to pozwolić (bo konsekwencje mogłyby być zbyt niebezpieczne) i pozostają nam tylko dwie powyższe metody. Jednak na przykład w przypadku zabawek i innych dziecięcych własności, już możemy. 

Zniszczyłeś zabawkę? Przykro mi, niestety nic z tym nie możemy zrobić (a już szczególnie nie ma szans, na kupienie nowej – tak właśnie tworzy się dzieci tzw. bezstresowe, a chcemy tego za wszelką cenę uniknąć).

Nie możesz znaleźć zeszytu w swoim pokoju przez bałagan? Wydaje mi się, że twoja pani nauczycielka chyba nie będzie z tego powodu zbyt zadowolona. 

Chciałaś ubrać dzisiaj swoją ulubioną sukienkę, ale zapomniałaś zanieść ją do prania? To musi być dla ciebie bardzo trudne.

Zostawiłeś rower na polu i zaczął rdzewieć? Niestety innego nie mamy, więc będziesz musiał jeździć na takim. Jest mi równie przykro co tobie.

Oczywiście czasami jest tak, że na przykład rower był ważnym prezentem i bardzo nam (rodzicom) na nim zależy, więc nie chcemy dopuścić do etapu rdzewienia – co możemy zrobić w takiej sytuacji?

Wtedy, dokładnie tak samo jak w przypadku gniazdek i ruchliwych ulic – naturalne konsekwencje nie wchodzą w grę i pozostają nam dwie pozostałe opcje – czyli najpierw tłumaczymy, a później przeprowadzamy testy w terenie.

Na zakończenie

Wiem, że po przeczytaniu powyższego niektórym może się wydawać, że ja osobiście nie daje dzieciom żadnych kar. To jednak nie jest prawda. Posiadanie takiej wiedzy, nie sprawia, że automatycznie stajemy się odporni na stres i na własne emocje. Dlatego mi też zdarza się czasami wpaść we wściekłość na widok zniszczonych przez zaniedbanie zabawek czy roweru porzuconego na ulicy, bo akurat było coś „ważniejszego”. I też zdarza mi się powiedzieć, że „skoro tak traktujecie własne rzeczy, to macie zakaz korzystania z wszystkich zabawek. Przez rok. I macie zakaz jedzenia słodyczy. I nie jedziecie z nami na wakacje. I Święta też są odwołane!” (no dobra, trochę koloryzuję ;). 

Niemniej rzeczywiście zdarza mi się dorzucić moim dzieciom jakąś karę, która niekoniecznie jest związana z ich „wykroczeniem” i zdecydowanie nie jest naturalną konsekwencją. I dopiero po czasie orientuję się, że tak naprawdę, to zachowałem się jak uparty osioł i że w zasadzie, to nie miałem racji. Co wtedy robię? Jedyną rzecz, którą mogę: Idę przeprosić moje dzieci (patrz też: Przeproś swoje dziecko), za bycie upartym osłem. To też pomaga mi unikać kolejnych sytuacji tego rodzaju. W końcu nikt nie lubi zbyt często przyznawać się do błędu, prawda? :)

Bardzo pomaga mi też korzystanie z metody jedzenia słonia po kawałku i brania jednego dnia na raz. Polecam.

A jeśli interesuje was rozwiązanie problemu ze świeczką, to znajdziecie je na Wikipedii :)

Prawa do zdjęcia należą do Andrew.

  • Ostatnio psycholog (chodzę ze starszym) spytała mnie jakie są w domu kary i nagrody. A ja nie wiedziałam co odpowiedzieć. Bo ich nie ma i nigdy nie było. Są rozmowy, tłumaczenia, pochwały słowne ale nie było kar typu zabranie zabawek, kąt czy jeszcze inne jakie my mieliśmy w dzieciństwie. Tak samo nie ma nagród rzeczowych. Ona była zdziwiona i można powiedzieć że kazała mi je stosować :)

    • Iwona Wardal

      Behawiorystka, tfu! ;)

    • Pani psycholog? Dziecięca? Cudownie wręcz. Cudownie. Weź daj mi jej adres, wyślę jej parę książek o wychowaniu dzieci.

      • no w poradni psychologiczno-pedagogicznej

        • Może miała standardowy wywiad, taki z arkusza albo mówiła go z pamięci? Może nie stało za tym oczekiwanie, że te kary są? Ja też pytam o to czy są kary i nagrody i nie stoi za tym nic, poza chęcią poznania stylu wychowawczego.

        • Może miała standardowy wywiad, taki z arkusza albo mówiła go z pamięci? Może nie stało za tym oczekiwanie, że te kary są? Ja też pytam o to czy są kary i nagrody i nie stoi za tym nic, poza chęcią poznania stylu wychowawczego.

  • Czytam i czytam i taka myśl mi przychodzi do głowy, że dodatkowym elementem który sobie, znaczy jako rodzicom, wpoić, to to, żeby nie wkurzać się o pierdoły, zrobić odpowiednią selekcję rzeczy/spraw ważnych i nieważnych. Bo, nawet po sobie widzę, że mam ochotę ukarać/strofować/jak zwał tak zwał dziecko za rzeczy relatywnie mało istotne – rozlało specjalnie wodę (przecież najprościej bez nerwów dać szmatę i nakazać posprzątać), wywaliło wszystkie książki z półek, bo tak. I to, że powinniśmy, jak piszesz, dać dziecku czas, a nie wymagać, że po trzech czterech razach się nauczy.
    Chyba znowu mało na temat stricte kar i nagród, ale tak mi w głowie teraz mignęło.

    • O dokładnie. Sytuacja z dzisiaj. Obiad na stole, mąż woła syna. Ten odpowiada, że jeszcze chwilkę chce się pobawić. Umówili się na dodatkowe 5 minut i mniej więcej po takim czasie syn dołączył do nas. I pomyśleć, że można by się wykłócać o taką pierdołę.

    • Mi pomogło kiedyś uświadomienie sobie, że większość „tych strasznie wielkich szkód”, która tak nas denerwuje, jest warta mniej niż kilka złotych. Rozbite jajko, wylane mleko, wysypana mąka. Jasne, trzeba to posprzątać, ale zamiast zrobić z tego dramat, można zamienić to w ciekawe doświadczenie :) Wyjdzie taniej niż nowa zabawka ;)

      • Nihiru

        No niezupełnie. Rozbite jajko to nie tragedia, ale dziecko powinno się nauczyć że trzeba być ostrożnym i MYSLEĆ. A już zdecydowanie wykluczone są zabawy typu „rzucam kotletem na ziemię”. Dlatego nie zamieniam np.: rozsypanych okruszków w zabawę, tylko zwyczajnie każę Młodemu posprzątać to, co nabałaganił. I tyle.

    • Beata Nowicka-Misiewicz

      Dla mnie sprawy, które mogą wiązać się z karą, to tylko te, które dotyczą zagrożenia zdrowia i życia. Ostatnio zauważyłam, że syn bawi się w domu zapałki, które ktoś nieopacznie zostawił. A ponieważ tłumaczenie nie powstrzymało go przed kolejną próba, został ostrzezony o ewentualnej każe. Podobnie sprawy typu uciekanie na rowerku na ulicy – karą było wstrzymanie wspólnych wyjść na rower.

  • Z naszym 4-latkiem kary zdarzają się coraz rzadziej. Kiedyś ostatecznością był „time-out”, ale później zauważyliśmy, że w chwilach wielkiej złości najlepiej pomaga przytulenie. Najpierw Antek sam o nie prosił, dzisiaj my proponujemy zanim on zdąży się nakręcić. Nie odpychamy go „dla zasady”. Im dziecko starsze, tym więcej można z nim przedyskutować i takie stanowcze odsyłanie do kąta czy zabieranie zabawki wydaje się idiotyczne. Nagród też raczej nie stosujemy, choć lubię dziękować mu i pochwalić za współpracę, za udane i sprawne zakupy. A tak przy okazji, przypomniało mi się kiedyś, że jako dziecko lubiłam np. zrobić porządek w szafie i zostawić ślad w postaci czarnej dłoni narysowanej na białej kartce. Historię o pomocnej „Czarnej Ręce” opowiedziałam kiedyś Antkowi i już kilka razy zaskoczył mnie zrobieniem porządku w swoim pokoju.

    • „Im dziecko starsze, tym więcej można z nim przedyskutować i takie stanowcze odsyłanie do kąta czy zabieranie zabawki wydaje się idiotyczne.”
      Dokładnie tak. Małe dziecko potrzebuje przytulenia w takich chwilach, a ze starszymi wszystko można przegadać. Nigdy chyba nie zrozumiem skąd ten cały „time-out” się w ogóle wziął.

  • U mnie za zostawienie roweru na zewnątrz oznaczało „zamknięcie” go na kolejne trzy dni. Żadne z nas nigdy chyba z tego powodu nie płakało.

    Pamiętam za to, że w pozostałych przypadkach, niezależnie od przewinienia, karą był szlaban na telewizor albo komputer. Już wtedy myślałam, że to ciekawe, nie posprzątałam bo czytałam książkę a zabronili czegoś innego.
    Z drugiej strony, szlaban na książki? Nie wyobrażam sobie tego w praktyce :)

    No i, ulubiona przez mamę, odpowiedzialność zbiorowa. Bracia nabroili? Cała trójka szlaban na komputer, BO TAK!

    • Odpowiedzialność zbiorowa w wychowaniu dzieci powinna być prawnie zabroniona :)

  • Beata Kwiczalová

    Bardzo fajne :). Zgadzam się ze wszystkim.

  • Anna

    Bardzo dobry tekst.. Tylko ze jest pewien problem.. Ja na poczatku wyjasniam, pozniej jestem konsekwentna w tym co powiedzialam [popsules, przykro mi ale nie da sie naprawic] i jesli nie dziala to stosuje zarowno sposob z nagroda, lub kara.. W zaleznosci od okolicznosci.. Robie wszystko to co opisales..

    A gdy puszcza mi nerwy, i zastosuje kare typu klaps, czy krzykniecie jest to zazwyczaj spowodowane tym ze poprzednie wyjasnianie nie zadzialalo.

    Kiedy widzialam ze moj syn zachowuje sie nieodpwoiednio – rozmawialam z nim za kazdym razem. Nie dzialalo, grozilam karą – na krotka mete dzialalo. Wiec oferowalam nagrode – tez na chwile dzialalo…
    Wiec po prostu kazde dziecko jest inne..

    Szukajac wlasnej drogi znalazlam sposob~!

    Ostatnio zaczelo dzialac poproszenie by przyniosl mi swoja najnowsza rzecz do zarekwirowania. do odwołania.
    Musi oddac bez dyskusji.
    Zabieram i stawiam za szybą w salonie, zeby byla widoczna.
    Z czasem mam juz 5 takich zabawek, ale widze ze mlody sie hamuje..
    Zapewne powoli bede oddawala zabawke. Po jednej.. wedlug kolejnosci rekwirowania..

    Takze, ja na przyklad wiem ze nalezy rozmawiac i nie naprawiac bledow dzieci, skoro wyrzadzaja je bezmyslnie, wiedzac tak naprawde ze konsekwencje moga byc dla nich przykre. Natomiast jesli chodzi o wpojenie zasad dobrego wychowania, to procz rozmowy (i parorazowego braku reakcji na nia) zastosowac musze zarekwirowanie i tyle.

  • Właśnie po takie teksty lubię tu zaglądać!

  • Agnieszka Mirż

    Super tekst. Chyba go sobie wydrukuję i będę przeglądać w chwilach zwątpienia… czyli kilkanaście razy dziennie… jak znam siebie i mojego dwulatka ;)

    • Zawsze chciałem pójść do druku, więc „be my guest” ;)

  • Beata Kos

    Czytam artykuł czytam komentarze i tak uśmiech się pojawia na mojej twarzy.Poproszę namiary na rodziców nastolatków, którzy walą czasami głową o ścianę. Pomalowane ściany to sentyment z tym co może zafundować nastolatek:)

    • „Pomalowane ściany to sentyment z tym co może zafundować nastolatek:)”
      Ty weź nie strasz ;)

  • Sabina Gatti

    A wy rodzice jako dorośli i partnerzy lubicie być karani jak coś źle zrobicie? Kary są gorsze od klapsa i z dwojga złego, dla dobra psychiki dziecka, radzę dać w tyłek zamiast izolację lub zakaz czegoś.

    • str

      To tak, jakby rodzice od kary woleli dostać od drecha pod budką z piwem..

    • Wiki

      A ja, dla dobra psychiki dziecka, radzę nie dawać w tyłek dziecku NIGDY, radzę lepiej się opanować i zachowywać jak dorosły, który umie kontrolować siebie, swoje życie i swoje emocje:) Tak, żeby być KOMPETENTNYM rodzicem, który jest ostoją bezpieczeństwa dla dziecka, a nie kimś, kogo należy się bać, bo nigdy nie wiadomo kiedy wybuchnie i da klapsa… :P

  • Mój temat pracy licencjackiej, wiec się rozpisze. Jeśli chcemy wychowywać dziecko za pomocą metod wychowawczych takich jak nagroda i kara to przede wszystkim musimy znać swoje dziecko. Tak, zaraz się ktoś może zburzyć ze jak to nie zna swojego dziecka, ano dzieci są zupełnie inne w każdym otoczeniu, należy mieć z dzieckiem kontakty partnerskie, wtedy będzie nam łatwiej dostosować nagrodę do jego zainteresowań, bo pamiętajmy że nagroda to tez np wycieczka rowerowa, ale tylko pod warunkiem że dziecko uwielbia jeździć na rowerze bądź jest to jego hobby. Zresztą o nagrodach pisałam już tu: http://optymistycznie.eu/?p=752 Zaś jeśli chodzi o kary to karą może być zakazanie wyjścia na rower, warunek jest ten sam, ale to tylko przykład. Jednak aby nagroda i kara były metodami wychowawczymi to musimy wykorzystywać te pedagogiczne, czyli z pewnością nie kara izolacji (bardzo fajnie, że o tym wspomniales), krzyk, czy osmieszanie. Jeśli chcemy ukarać lepiej wybrać wyrażenie niezadowolenia, tłumaczenie, czy np odebranie przywileju, jeśli chodzi o kary to tak jak pisałam u siebie, najlepiej pochwalić, wyznać uznanie, najlepiej przed jakimś autorytetem dziecka, czy też pozwolenie na rzeczy ograniczone czy też wspólne spędzanie czasu, które chyba w każdym środowisku w dzisiejszych czasach jest mocno ograniczone. Uff, to chyba wszystko co chciałam napisać :)

    • Agnieszka Mrówczyńska

      Mój temat pracy licencjackiej również :) Tylko, że ja w mojej obalałam skuteczność nagród i kar. Skoro mamy dziecko – i mamy znać dziecko, to może najprościej, najłatwiej jest być z Nim szczerym w relacji. Być sobą, mówić co lubimy, a czego nie zamiast wymyślać jakies kary czy nagrody? Polecam książki Jaspera Juula, i NVC (non violent communication) książki Agnieszki Stein itp. Otwierają oczy – pedagogom / psychologom również to potrzebne. Żeby dziecka nie traktować jak osoby ze skomplikowaną instrukcją obsługi, tylko jak człowieka – jedynego w swoim rodzaju.

      • tatosteron.pl

        A jak to wygląda przy małych dzieciach, których zdolności komunikacyjne i zdolność pojmowania jest jeszcze dość uboga w porównaniu już choćby z 5 latkiem? Przez pierwsze lata sprzątać zabawki rozrzucone gdzie popadnie czy po n-tym tłumaczeniu pokazać, że dane zachowanie ma negatywne skutki dla dziecka (np. w postaci zabrania zabawek czy właśnie wysłania do jego pokoju)?

        • Agnieszka Mrówczyńska

          Polecam lekturę książek, które wymieniłam. Warto tez znać etap rozwojowy dziecka, żeby oczekiwania, które wobec Niego mamy były na równi z etapem rozwoju. Jeslichodzi o przykład z zabawkami – ja komunikuje, że mi oniec zabawy i trzeba posprzątać, po czym sama zaczynam sprzątać i synek mi pomaga ( zaczął zanim skończył rok) Nie zawsze chce sprzątać, wtedy sprzątam sama, a czasem jak mówię, ze wychodzimy to sam zaczyna sprzątać, choć Go nawet o to nie proszę. Ale nie można zmusić dziecka by zrobiło coś wbrew swojej woli. To jest odrebna istota i trzeba umieć(lub się nauczyć) szanować jego zdanie. I dowiedzieć się jakie są powody zachowania/ postepowania.

          • tatosteron.pl

            ” I dowiedzieć się jakie są powody zachowania/ postepowania.”

            Tak, ale przy niemówiącym dziecku jest to dość trudne.
            Czy takie postępowanie (sprzątam kiedy nie chce) nie nauczy dziecka właśnie takiej postawy – pomagasz kiedy masz ochotę?

          • mctiggle .

            takie podejście wymaga to sporo empatii nie tylko dlatego że dziecko nie mówi/mało mówi, ale przede wszystkim dlatego że nie jest do końca swoich potrzeb świadome. i to rodzica zadaniem jest dany problem zdefiniować. na głos, tak, by dziecko nauczyło się czegoś o swoich uczuciach i potrzebach.
            a co do klocków – przy maluchu sprzątasz, ale zaznaczasz że klocki są dziecka, ono się nimi bawiło i ono je powinno sprzątnąć i dajesz do zrozumienia że nie jesteś zadowolony z faktu że tak się nie stało. konsekwencją jest tu nie konieczność posprzątania a twoje niezadowolenie z faktu łamania przez dziecko reguł. daj je dziecku odczuć. to będzie dla niego nauką. pamiętaj tylko by oddzielić brak akceptacji dla zachowania dziecka od stosunku do niego samego. to trudna sprawa. bo ono zawsze musi czuć że może do ciebie przyjść, wtulić się, przeprosić i uzyskać przebaczenie.
            jeśli to czuje, to to zrobi. naprawdę wielka jest w dzieciach potrzeba akceptacji i zrozumienia ze strony rodzica. to wielka potrzeba i wielka wychowawcza siła

          • tatosteron.pl

            Tak, dokładnie. Tylko w którymś momencie trzeba przejść z etapu ‚sprzątam za ciebie i nie podoba mi się to’ do etapu ‚posprzątaj po sobie sam’. I tu może pojawić się czasem problem, bo dziecko nie będzie miało ochoty posprzątać. Jeśli to jego pokój i rozrzucone zabawki to pal licho, można wziąć na przetrzymanie, ale jeśli bałagan jest w innym pomieszczeniu, jeśli zamiast zabawek rozsypało np. kaszę i porządek musi być zrobiony tu i teraz, to mamy problem. Na siłę nie ma co zmuszać do sprzątania, ale jeśli sami to zrobimy bez żadnych konsekwencji dla dziecka za jego odmowę to też nie jest to dobra droga wychowawcza.

          • mctiggle .

            no przecież pisałem co jest dla dziecka prawdziwą konsekwencją. i jasne, może się zdarzyć że dziecko i tak posprzątać po sobie nie zechce. no i co z tego?
            co z tego że kasza poleży na podłodze trochę dłużej?
            co z tego że w końcu zrobisz to za dziecko? nigdy nie robisz niczego dla innych członków rodziny?

          • tatosteron.pl

            „nigdy nie robisz niczego dla innych członków rodziny?”
            Nie odwracaj kota ogonem. Czym innym jest pomóc komuś, a czym innym zrobić coś za kogoś kto ma swoje obowiązki w nosie, poza tym tu mówimy o sposobie wychowywania.
            Sam przykład ze sprzątaniem nie wyczerpuje tematu kar i nagród, to nie jedyne sytuacje, gdy stajemy przed pytaniem czy je stosować, czy nie. Jeśli dziecko robi coś wciąż mimo zakazu, to w pewnym momencie przychodzi czas na pokazanie mu, że konsekwencje będą dla niego nieprzyjemne.
            Podobnie z nagradzaniem. Nagroda za dobre wykonanie czegoś „zwykłego” nie powinna mieć miejsca. Przez zwykłego mam na myśli np. sprzątanie, wynoszenie śmieci, pójście z psem na spacer, dobre oceny, przeczytanie książki itp.
            Ale nagrodzenie za jakieś większe osiągnięcie, za dobre świadectwo na koniec roku itp., raz na jakiś czas jest już jak najbardziej na miejscu.

          • mctiggle .

            dziecko ma obowiązki w nosie czy tylko tobie się tak wydaje? rozmawiałeś z nim o tym? ważniejsze dla ciebie są jego uczucia czy rozsypana kasza w kuchni? bo jest możliwe że sobie z czymś nie radzi, nie za bardzo ma pojęcie co się z nim dzieje i jak ci to zakomunikować.
            przemyśl sobie ten aforyzm:
            https://www.facebook.com/blogojciec/posts/493532490802525

            „jeśli dziecko robi coś wciąż mimo zakazu, to w pewnym momencie przychodzi
            czas na pokazanie mu, że konsekwencje będą dla niego nieprzyjemne.”
            no przecież pisałem już 2 razy że konsekwencje dziecko powinno odczuwać od samego początku.
            ba, pisałem też jakie…

          • tatosteron.pl

            „rozmawiałeś z nim o tym?”
            Z półtorarocznym dzieckiem ciężko o tym rozmawiać. Można mu tłumaczyć, może przytakiwać lub nie, ale ciężko oczekiwać konsekwencji w jego postępowaniu.

            „no przecież pisałem już 2 razy że konsekwencje dziecko powinno odczuwać od samego początku.
            ba, pisałem też jakie…”
            Problem w tym, że podajesz jakieś ogólne rozwiązanie, które wcale nie jest rozwiązaniem uniwersalnym. Postępowanie rodzica zależeć musi od indywidualnych relacji z dzieckiem, od jego wieku, zachowania i konkretnej sytuacji.
            W którymś momencie niezadowolenie rodzica może mieć taki wpływ na sytuację jak niepoparta niczym nota potępiająca ONZ.

            Wychowując dziecko nie należy go utwierdzać w przekonaniu, że nie ma kar (i nagród). Powinno wiedzieć, że rodzic może po środek karny sięgnąć, ale mieć do rodzica zaufanie i wiedzieć, że nie sięgnie po niego z byle powodu. Zła jest kara niewspółmierna do winy, zadana niesprawiedliwie, kara której dziecko nie rozumie.

          • Widzisz, jesteś bardzo niekonsekwentny w tym co piszesz. Najpierw piszesz, że z małym dzieckiem się nie da rozmawiać, bo ono jeszcze nic nie rozumie, a później piszesz, że z nastolatkiem to już za późno. A co z czasem pomiędzy? Co się niby wydarzyło pomiędzy 3, a 13 rokiem życia? To jest właśnie czas na naukę. Przed tym czasem dziecko nie jest zdolne jeszcze do nauki bardziej skomplikowanych czynności, a po tym czasie, jest już za późno na cokolwiek. Natomiast te 10 lat pomiędzy to czas idealny.

            Na naukę. Nie na karanie.

          • tatosteron.pl

            Zgadza się, dlatego nie lubię takiego uogólniania jakie można przeczytać również w Twojej notce, gdzie nie ma mowy o zróżnicowanym podejściu do dziecka tylko są po prostu dzieci. Nastolatki zrównane z roczniakami.
            3- 10 to czas gdy nasz wpływ na wychowanie dziecka jest największy. Karanie to też jedna z metod wychowania, zła jest tylko wtedy gdy zakładamy konieczność jej stosowania, gdy nie wyobrażamy sobie wychowania dziecka bez sięgnięcia po karę. A to już zależy od konkretnej sytuacji i osób biorących w niej udział. W wielu przypadkach wystarczy sama rozmowa w niektórych uzasadnione jest zadanie kary. Oczywiście kara karze nie równa, o czym pisałem już wyżej.

            Co ma zrobić rodzic, którego rozmowy z dzieckiem nie dają pozytywnego skutku? Poprzestać na okazaniu niezadowolenia?
            Jeśli maluch bije inne dzieci na placu zabaw, czy (po nieskutecznej rozmowie) brak wyjścia na plac zabaw będzie już za dużą karą?
            Jeśli dziecko za mało czasu poświęca nauce, a za dużo grom (bardzo oklepany przykład, wiem), to szlaban na gry do czasu poprawienia stopni też będzie niewłaściwy?
            Jeśli tak, to jak proponujesz postępować?

          • Brak wyjścia na plac zabaw jest moim zdaniem niewłaściwy, bo dziecko, które nie chodzi na plac zabaw, nie nauczy się na nim przebywać.

            Dziecko bije innych? Rodzic ma prawo je przytrzymać. Rodzic ma prawo zawsze zareagować i użyć siły, gdy dziecko robi krzywdę sobie lub innym. Jednak użycie siły rozumiem, jako powstrzymanie dziecka przed czymś, a nie skrzywdzenie go.

            Co do nauki, to przepraszam, ale co mnie obchodzi nauka mojego dziecka? Ja do szkoły już chodziłem, drugi raz nie zamierzam.

            Widzisz takich przykładów z kosmosu możesz podawać setki, ale prawda jest taka, że za każdym z problemów wychowawczych, stoi jakiś błąd rodziców. Nie dziecka – rodziców. I aby odpowiedzieć na pytanie „co mam zrobić”, należałoby prześledzić bardzo dokładnie każdą sytuację. Prześledzić relację rodziców z dzieckiem, zachowanie dziecka, zachowanie rodziców i jeszcze najlepiej najbliższe dziecku środowisko. Bo to nigdy nie jest tak proste, że dziecko za dużo gra, bo lubi. Uzależnienia też się skądś biorą.

          • tatosteron.pl

            „Dziecko bije innych? Rodzic ma prawo je przytrzymać. Rodzic ma prawo
            zawsze zareagować i użyć siły, gdy dziecko robi krzywdę sobie lub innym”

            Ale to by oznaczało stanie tuż za dzieckiem, chodzenie za nim krok w krok. Za 2 -3 latkiem to raczej mało realne. To co opisujesz, to reakcja już po uderzeniu kogoś, ale jak skłonić dziecko żeby nie zaczynało bójek i co zrobić gdy jednak rozmowa nie skutkuje?

            „Co do nauki, to przepraszam, ale co mnie obchodzi nauka mojego dziecka? Ja do szkoły już chodziłem, drugi raz nie zamierzam.”

            Czyli rób co chcesz? Nawet jeśli jesteś dzieckiem i nie potrafisz w pełni ocenić konsekwencji?

            „Widzisz takich przykładów z kosmosu możesz podawać setki, ”

            To nie są przykłady z kosmosu. Nie dotyczą wprawdzie mnie i mojego dziecka, ale są to jak najbardziej przykłady z życia wzięte.

          • mctiggle .

            „Ale to by oznaczało stanie tuż za dzieckiem, chodzenie za nim krok w krok. Za 2 -3 latkiem to raczej mało realne”
            na 2-3 latka i tak w zasadzie musisz uważać, bo zbyt wiele zagrożeń których on nie rozumie czyha na świecie. więc nie wiem o co chodzi.
            czy tak trudno jest od czasu do czasu rzucić okiem na swoje dziecko i sprawdzić jak rozwija się sytuacja w której ono uczestniczy?

            „Czyli rób co chcesz? Nawet jeśli jesteś dzieckiem i nie potrafisz w pełni ocenić konsekwencji?”
            moje dzieci (5 i 7 lat) są bardzo ciekawe świata. pielęgnuję w nich to podejście i cenię je o wiele bardziej niż formalne oceny szkolne. i jestem pewien że ogromna większość dzieci jest ciekawa świata z natury. trzeba jedynie postarać się do nich dotrzeć.
            btw. jeśli chcesz się przejmować ocenami swoich dzieci, to najpierw zastanów się jakie znaczenie dla tego co osiągnąłeś w życiu ma twoja ocena ze sprawdzianu z polskiego w 4 klasie podstawówki. ba, nawet twoja średnia na świadectwie…

          • tatosteron.pl

            „czy tak trudno jest od czasu do czasu rzucić okiem na swoje dziecko i
            sprawdzić jak rozwija się sytuacja w której ono uczestniczy?”

            O tym przecież napisałem. Siedzisz w pewnej odległości, kontrolujesz to co robi, ale nie zapobiegniesz temu, by nie przyłożył koledze. Zanim podejdziesz drugie dziecko już oberwie.
            Ale OK, tylko mi powiedz, jaka według ciebie jest wtedy właściwa reakcja?
            a/ tłumaczysz, wracasz na swoje miejsce i liczysz, że się nie powtórzy (a co jeśli się powtórzy?)
            b/ tłumaczysz i zabierasz dziecko z placu zabaw (co jest formą kary).

            „moje dzieci”

            Ale nie rozmawiamy o twoich dzieciach, tylko o przypadku gdy dziecko ma w nosie naukę i woli grać. Możesz mieć w głębokim poważaniu oceny szkolne, ale jeśli nie prowadzisz nauczania domowego, to chcesz czy nie musisz na nie zwracać uwagę.
            Chcesz to odnieść do swoich dzieci? OK. Co byś zrobił gdyby przestały się uczyć i nie reagowały na namowy?

          • mctiggle .

            „jaka według ciebie jest wtedy właściwa reakcja?”
            a.
            tyle że o stosunku do innych ludzi rozmawiamy z dziećmi nie tylko wtedy gdy zrobią coś niewłaściwego, ale również przy każdej innej sposobności. warto zwłaszcza chwalić prawidłowe zachowanie. inaczej rzeczywiście dzieci mogą odbierać twoje uwagi jako kolejne kazanie.

            „Ale nie rozmawiamy o twoich dzieciach”
            ale o moim podejściu do wychowywania

            „Co byś zrobił gdyby przestały się uczyć i nie reagowały na namowy?”
            ale co tu ma być problemem? to że są uzależnione od elektronicznych gier, czy to że się nie uczą? bo to dwie kompletnie różne sprawy. a same w sobie złe oceny w szkole naprawdę nie są wielkim problemem.

            a na koniec – bo nie mam już ochoty cię do niczego przekonywać – przywołam stare powiedzenie:
            jeśli chcesz – znajdziesz sposoby, jeśli nie chcesz – znajdziesz wymówki.

          • tatosteron.pl

            „a.”
            Nie odpowiedziałeś, co w przypadku gdy dziecko zignoruje rozmowę i znowu uderzy. Czy gdybyś był rodzicem dziecka bitego przez inne dziecko (kolejny raz) nie oczekiwałbyś skutecznej interwencji?

            „to że są uzależnione od elektronicznych gier, czy to że się nie uczą?”
            To że się nie uczą. Nie ważne jakie masz podejście do ocen, chodzi mi o to co w przypadku, gdy dziecko nie uczy się. Oczywiście jeśli się uprze, to na siłę wiedzy do głowy nie wciśniesz, ale jakie środki poza rozmową, uważasz, że można użyć aby dziecko przekonać do nauki? Oferta „handlowa” odpada – uczysz się pozwalam ci na granie (robienie innych rzeczy które są twoim hobby)?

          • Robert Aniel

            Ależ odpowiedź jest bardzo prosta – rodzic tego drugiego dziecka powinien wylać Twojemu maluchowi mleko na głowę, żeby poczuło naturalne konsekwencje.

            Natomiast w drugim przypadku źle wychowałeś swoje dzieci – czyli jest już pozamiatane, oddaj te co masz do domu dziecka i zrób nowe wychowując je tak dobrze jak Twoi rozmówcy.

  • tatosteron.pl

    Czy naprawdę tak święcie wierzycie w to, że rozmowa załatwi wszystko i
    da długotrwały pozytywny skutek? Jak szybko dziecko zrozumie, że to
    jedyna kara i za popełnione przewinienie czeka je tylko wysłuchanie
    rodzicielskiego monologu?

    Czy wy sami, mam na myśli rodziców
    komentujących i autora, ulegacie takim pouczającym rozmowom? Ilu z was
    pali mimo ostrzeżeń, ilu pali przy dzieciach, ilu ignoruje przepisy
    drogowe, unika tłuszczów trans. Ilu spośród wierzących nie wraca do
    konfesjonałów z tymi samymi grzechami co poprzednio?

    Oczywiście
    na pierwszym miejscu powinno być tłumaczenie, ale na wypadek recydywy
    kara, którą dziecko uzna za dotkliwą powinna zostać w wachlarzu
    rodzicielskich sposobów wychowawczych. Tak samo jak i nagroda.
    Z jednych i drugich trzeba jednak umiejętnie i niezbyt często korzystać.

    Przykład
    ze świeczką jest nieco wadliwy.Tam mamy grupy, którym przydzielono
    wykonanie zadania w sposób niecodzienny. Wiedzieli, że biorą udział w
    eksperymencie i chcieli wypaść jak najlepiej. Inaczej sytuacja wygląda
    gdy mamy do czynienia z nagradzaniem za czynności wykonywane w sposób
    ciągły. Czy gdyby te same osoby miały za zadanie sprzątać codziennie
    korytarz, to która z grup wykonywałaby to lepiej? Ci których jakość
    wykonania przekładałaby się na nagrody, czy ci którzy niezależnie od
    jakości wykonania mieliby zaliczenie?

    Ciekawym sposobem
    nagradzania, który ze świata gier komputerowych przenoszony jest do
    realnego świata, jest grywalizacja życia i osiągnięcia zdobywane za
    pokonanie kolejnych wyznaczonych progów.

    Na koniec takie pytanie/spostrzeżenie.

    „Nawet
    jeśli mówimy o czymś tak powszechnym jak klaps. Wielkość szkód, jakie
    można tą metodą dokonać jest dla mnie zbyt wielka(…)”

    Byliśmy
    dzisiaj zaszczepić młodego (1,5 roku). W poczekalni bawił się zabawkami,
    u lekarki grzecznie dał się zbadać, ciekawie rozglądał się po gabinecie
    zabiegowym usadowiony na moich kolanach i nagle w obecności rodziców,
    jakaś obca kobieta zadała mu ból, a rodzice jej na to pozwolili.
    Jeśli jeden klaps miałby „zaorać” psychikę dziecka w sposób jaki opisujesz, to jakie konsekwencje może mieć szczepienie?
    Tam
    jest ból i tu jest ból, komunikacja z dzieckiem wciąż jeszcze nie na
    tyle rozwinięta, by wytłumaczyć mu konieczność szczepienia.
    Czyli
    szczepimy z duszą na ramieniu, że nie spowoduje to późniejszej
    konieczności wizyt u psychologa, czy jednak klaps nie taki straszny jak
    go malują?

    PS
    Nie uważam klapsów za konieczny środek wychowawczy.

    • Agnieszka Mrówczyńska

      ROZMOWA to nie monolog. To jest kluczowa różnica dla komunikacji, relacji i wychowania.

      • tatosteron.pl

        Do rozmowy muszą być chętne obie strony.
        – z małym dzieckiem, które niewiele powie ciężko, można mu tylko cierpliwie tłumaczyć
        – z nastolatkiem, dla którego będzie to tylko kolejne kazanie również może nie być łatwo.

        • mctiggle .

          ad.1 ano ciężko. czy ktoś ci obiecywał że wychowanie dziecka to łatwa sprawa?
          ad.2 jeśli wygłaszanie kazań to jedyne co potrafisz w kontakcie z dzieckiem, to – jak myślisz – gdzie leży prawdziwy problem wychowawczy?

          • tatosteron.pl

            Jeśli nie masz do przekazanie niczego poza bezwartościowym komentarzem, to zachowaj go dla siebie.

          • mctiggle .

            ano, „do rozmowy muszą być chętne obie strony”…
            pozdrawiam!

  • Myślę, że karanie (poza cielesnym oczywiście), nie jest takie złe. Pod jednym warunkiem – jeśli znamy nasze dziecko tak, że wiemy, czy jakaś kara osiągnie skutek. Karanie dla karania odpada. Taka sztuka dla sztuki.
    Pamiętam, że dla mnie największą karą była właśnie izolacja, o której wspominasz. Do dziś pamiętam wiele sytuacji, w których zostałam tak ukarana – to na mnie działało – nie robiłam później już tych rzeczy, za które byłam karana. Na mojego brata działało embargo słodyczowe, a na siostrę embargo na bajki.
    Gdy rodzice karali mnie na przykład zakazem oglądania bajek, w żaden sposób to na mnie nie działało ;)
    Inna rzecz – karanie, jeśli już jest, powinno dotyczyć przewinień robionych naumyślnie, a nie niechcący ;)

    ___
    http://www.mandarynkizmlekiem.pl

  • mctiggle .

    cóż, moim zdaniem system kar i nagród świetnie sprawdza się w tresurze. wychowanie zaś nie powinno być tresurą a przygotowaniem potomka do samodzielnego, świadomego, autonomicznego życia. to zupełnie co innego. nagrody i kary tworzą motywację zewnętrzną. zadaniem rodzica jest zbudowanie w dziecku motywacji wewnętrznej. tak by postępowało właściwie nie ze strachu czy dla nagrody, ale dlatego że tak chce. takie dzieci chciałbym wychować i takich dorosłych chciałbym w życiu spotykać.
    i coraz bardziej przekonuję się że by wychować w taki sposób dziecko należy najpierw stać się takim człowiekiem. i myślę że tu leży prawdziwy problem rodzicielstwa.
    pozdrawiam ;)

    • Dokładnie tak. Szczególnie, że ludzie sterowani wewnętrznie, nie dają się sterować innym. A ludzie wychowani na zasadzie kar i nagród są jak listki na wietrze – gdzie wiatr zawieje tam lecą. Gdzie im każą iść tam pójdą. I właśnie tego nie chce dla moich dzieci.

  • Rozmawiając o karach, nagrodach czy nawet karach fizycznych zawsze mamy problem z tym, że każde dziecko jest inne, każda relacja rodzinna inna, każda sytuacja inna, niepowtarzalna. Co za tym idzie, patrząc z zewnątrz łatwo może przychodzić ocenianie danej sytuacji jako takiej czy innej. Tylko, że nie wiemy co jest w środku, albo zwykle za mało wiemy co jest w środku.
    No, nie jest to łatwy temat.

    Osobiście jestem zwolennikiem unikania kar, nagród, nie mówiąc o karach fizycznych.

    Wysłanie dziecka do pokoju nie zawsze jest karą, czasem będzie to rozwiązanie idealne dla danego malucha, z jego emocjonalnością, ale pod warunkiem, że znamy go dość dobrze. To może być sposób na wyciszenie emocji, a nie sposób na ukaranie.
    To oczywiście tylko przykład, jeden z miliona, miliarda ….

    Generalnie jestem za, ale moim zdaniem bardzo trzeba uważać na generalizowanie.

    • Oczywiście, że czasami dla dziecka najlepszym rozwiązaniem będzie wysłanie do pokoju, bo dziecko może to potraktować jako możliwość odpoczynku, a nie jako karę. Dlatego też uniknąłbym ocenianie jednego czy drugiego zachowania bezwzględnie jako kary. Niemniej w przypadku mojego tekstu mam nadzieję, że wszyscy zrozumieli wysyłanie do pokoju w charakterze kary właśnie, a nie w charakterze wspólnie wypracowanego rozwiązania :)

  • Odchodzę od nagród i kar, a właśnie stawiam na naturalne konsekwencje. W większości przypadków działa.

  • Zbyt wiele w jednym garnku…. myślę, że każdy ze sposobów wymaga długiego opisu oraz kilku przykładów z życia. Jednak forma bloga popularnego wyklucza szczegółowe wyjaśnienia. I tak powstał tekst zgrabny o dużej ogólności, którym popłynął autor i prawie wszyscy komentujący. Co do sedna trudno się nie zgodzić. Co do szczegółów wszędzie wątpliwości. Zawsze mnie bawiły reguły ogólne i zalecenia do wychowania dzieci (szczególnie cudzych). Moim zdaniem podstawowym kryterium dobrego wychowawcy/rodzica jest inteligencja, doskonały zmysł obserwacji i zdolność do improwizacji. Wielu sytuacji nie da się przewidzieć. Wielu upadkom zapobiec. Ważne też wyciszyć emocje. Nie te z relacji rodzić dziecko bo te są zazwyczaj pozytywnie motywujące ale własne (z pracy, zmęczenia, lenistwa, itd.). Jeśli spojrzeć na twórców wielu teorii wychowawczych ta na ogół ludzie bezdzietni (Jean-Jacques Rousseau, Maria Montessori) lub nieudacznicy wychowawczy (tu nie przytoczę przykładów ale mnóstwo ich w naszym otoczeniu). Powstają nowe trendy, myśli i mody w psychologii i pedagogice. I co z tego? Nic. Czemu więc wszyscy ich słuchamy, wprowadzamy w życie? Metody, nad którymi nawet ich twórcy nie zapanowali. Czemu tak naprawdę pozwalamy obcym ludziom wychowywać nasze dzieci? No ni cholery nie wiem :) Z lenistwa? Głupoty? Bezmyślności? Wiem za to że lekarstwa eksperymentalne przechodzą testy kliniczne na wybranej grupie pacjentów nim użyje się ich w medycynie powszechnie. W psychologii idzie wszystko na tzw. żywioł i zmienia się całe społeczeństwa według niesprawdzonych metod. Nawet nie wiemy, czy skutecznych. Cóż, sami na to pozwalamy. Kochajmy zatem swoje dzieci, obserwujmy i działajmy mądrze. Z każdym dzieckiem inaczej. W końcu kto inny jak nie my wiemy co jest dla dzieci najlepsze. Weźmy kwestię wychowania kolejnych pokoleń we własne ręce zamiast wbijać dzieci w podrzucone przez innych schematy. To pachnie inżynierią społeczną. Może na początek wystarczy trochę empatii i powrót do dzieciństwa (w końcu każdy był dzieckiem). Wtedy więcej zrozumiemy, łatwiej nam będzie wpływać. Na dzieci a przede wszystkim siebie.
    Przepraszam jeśli kogoś uraziłem, nie było to moim zamiarem, przede wszystkim przepraszam Autora ale czasem nachodzą mnie wątpliwości co do skuteczności polecanych nam metod wychowawczych. Taka więc mała dygresja na boku dyskusji o karach i nagrodach. Sam staram się nie stosować. Nie zawsze wychodzi (dałbym sobie tróję na szynach z konsekwencji) ale staram się. Tłumaczę, pochylam się, staram zrozumieć i przede wszystkim ćwiczę cierpliwość :)

  • Morrrigan

    Ja zaś uważam, że system kar i nagród jest wręcz doskonały. Ale nie w tradycyjnym znaczeniu! Bo jaki ma sens dawanie szlabanu na komputer jako karę za późny powrót do domu? Naturalne konsekwencje są świetne i można je nieco rozszerzyć, tak, aby rodzic mógł też zadziałać (nie, że „zepsułeś i jest zepsute, ja z tym nie mam nic wspólnego” tylko już jakaś interwencja). Ważne jest, aby ta „kara” ustanowiona przez rodzica była jasną konsekwencją popełnionego czynu, była umotywowana troską o dobro dziecka, pojawiała się tylko w odpowiedzi na czyn, który jasno łamie panujące w domu zasady (ze znanych powodów) i nie uderzała w godność latorośli. Nie powinna trwać wieki, a do momentu, gdy młody zrozumie, że nas ZAWIÓDŁ! Bo karą powinno być przede wszystkim rozczarowanie rodzica. Nastolatku, nie wróciłeś do domu o umówionej porze? Cóż, zawiodłeś nasze zaufanie, martwimy się o Ciebie, więc przez jakiś czas będziesz musiał zapomnieć o imprezowaniu. Synku, najadłeś się za dużo słodyczy? Przez jakiś czas nie będziesz mógł ich jeść. Uderzyłeś kolegę w piaskownicy? Niestety jutro na plac zabaw nie pójdziemy, martwimy się że nad sobą nie zapanujesz i zrobisz krzywdę innym dzieciom. Pomimo ostrzeżeń puściłeś moją rękę i wybiegłeś na ulicę? Cóż, na jakiś czas odpuścimy sobie spacery, boję się, że zrobisz sobie jakąś krzywdę. Siedziałeś przed telewizorem 3 godziny, a umawialiśmy się na godzinę dziennie? No, wyrobiłeś limit – jutro i pojutrze zero telewizji. Bijesz mnie i krzyczysz? Niestety musimy Cię stopniowo uczyć panowania nad emocjami, wysłucham Cię dopiero gdy się uspokoisz. -> To się wiąże z time-outem. Otóż time-out nie powinien być karą przez izolację. To powinien być sposób, które samo dziecko chce wykorzystać, gdy czuje, że sobie nie radzi. W swoim pokoju można się czuć bezpiecznie, to nasz azyl, możemy się w nim wykrzyczeć, a także odpocząć. Dobrze jest nauczyć swoje dziecko, że krzyczenie na innych i wymuszanie tym sposobem czegokolwiek nie skutkuje i jeśli emocje nas opanowują, jest miejsce w domu w którym można i należy się wyciszyć. Time-out to nie powinien być żaden przymus tylko ułatwienie przede wszystkim dla dziecka oraz całej reszty zmęczonych krzykiem bachora domowników ;)

    Zaś nagrody, to potężna broń dająca kopa do działania. Co jest najlepszą nagrodą? UZNANIE rodzica, jego wielka duma. Oczywiście zawsze powinniśmy być dumni ze swych dzieci niezależnie od ich osiągnięć. Warto jednak w ramach tej nagrody pozwolić dziecku uczcić szczególny sukces, pogratulować, okazać swoje zadowolenie, napędzić do dalszego działania. Skoro dorosły docenia dziecko, ono samo zacznie doceniać samo siebie i zbuduje swoją pewność siebie. Błędem nie jest sama nagroda, tylko obiecywanie nagrody, bo wtedy wyobrażenie tej nagrody, tak jak napisałeś, powoduje nadmierne skupienie na samym jej przedmiocie, a nie na działaniu które ma do niej doprowadzić. I tak jak rodzic nie może nic oczekiwać od swojego dziecka, tak dziecko nie powinno oczekiwać od rodzica niczego specjalnego w zamian. Nagroda będąca uznaniem zbuduje w dziecku ambicję. Warto od czasu do czasu, na zakończenie roku, semestru, za szóstkę z trudnego sprawdzianu zrobić dziecku jakąś niespodziankę, sprawić mu po prostu radość. Ale nigdy nic nie obiecywać, nie targować się z dzieckiem że jak wysprząta pokój to dostanie nową zabawkę. To jest wtedy handel, a praca zarobkowa mocno niepełnoletnich, to trochę średnio ;) . Pozdrawiam.

    • Aleksandra Włodarczyk

      Moim zdaniem te kary nadal są bez sensu i nadal przypominają tresurę- tylko bardziej tematyczną. Polecam poczytać Jespera Juula, np. „Twoje kompetentne dziecko”.

      • Morrrigan

        to żadna tresura – to życie. to są sytuacje, z którymi dziecko będzie stykało się w podobnej formie w życiu dorosłym. szef w pracy nie da szlabanu na komputer, nie da klapsa, ale niewywiązywanie się z umowy będzie się wiązało z określonymi konsekwencjami, a z drugiej strony wzorowa praca skutkuje wynagrodzeniem. gdy kogoś zranimy niestety ponosimy konsekwencje w postaci tego, że dana osoba nie chce z nami przebywać, zaś chętnie z nami przebywa gdy traktujemy ją w porządku. nic innego tylko życie. oczywiście relacja rodzic-dziecko to nie jest relacja szef-pracownik, to był tylko przykład na to, że każdy z nas w społeczeństwie musi przestrzegać pewnych zasad, bo w przeciwnym razie poniesie konsekwencje. moim zdaniem dzieci również tego muszą się uczyć. nie jest to tresura, bo wcale nie jestem zwolenniczką klasycznego wychowania pt. „nie dyskutuj ze mną, rób co każę”, ważne jest zostawić pole do dyskusji, rozmowy, ale nie może być tak, że nie ma czegoś takiego jak autorytet, norma, zasada, konsekwencja. wychowanie autorytarne stawiające na ślepe posłuszeństwo i władzę jest błędne, ale nie przesadzajmy w drugą stronę. nie mam czasu na sięganie po dodatkową literaturę w tym momencie, ale znam poglądy Juula i wiem z grubsza, jakie cele mu przyświecają. oczywiście z tym, że rodzic powinien być mądrym dojrzałym przewodnikiem nie sposób się nie zgodzić. mimo wszystko uważam że elementem dojrzałego przewodnictwa jest egzekwowanie pewnych zasad, trudno mi sobie wyobrazić dowolnego przewodnika który by tego nie robił.

    • Beata Nowicka-Misiewicz

      Dla mnie ważne są słowa z ” wychowanie bez nagród i kar” – nie ważne jaką masz intencje – ważne, jak zostanie odebrana przez dziecko.

    • Beata Nowicka-Misiewicz

      Uznanie rodzica jako nagroda uczy bycia zależnym od zdania i uznania innych osób. Uzależnia od aprobaty innych. Kiedy dziecko pyta mnie: „ładnie narysowałem?” Ja odpowiadam „a Tobie się podoba?” i zwykle on mówią „Tak”, a ja na to „to dobrze”, on się uśmiecha i zwykle się na tym kończy. To buduje poczucie wartości niezależne od opini innych ludzi.

      • Morrrigan

        wolałabym trochę bardziej adekwatny przykład. nie zamierzam wchodzić w kompetencje, zgooglałam że jesteś psychologiem i z pewnością masz pojęcie o czym mówisz. chodzi mi o to że rozmawianie o rysunkach to nie jest do końca to samo co rozmawianie o dobrych i złych uczynkach, to nie jest wychowywanie. zawsze traktowałam to w ten sposób, że dopóki młody człowiek nie jest dojrzały i nie wychwytuje do końca tego, co jest dobre a co złe, pewna pochwała tudzież pokręcenie nosem jest pewnego rodzaju drogowskazem. być może nagroda i kara to trochę za dużo powiedziane w tym kontekście.

        • Beata Nowicka-Misiewicz

          Tak, przykład może zbyt prosty, ale idea ta sama – najlepszą nagrodą nie powinno być uznanie rodzica czy szefa, ale zadowolenia człowieka samego z siebie. Oczywiście, jak jestem dumna z syna, to mu to okazuję spontanicznie, ale ważniejsze jest, żeby to on sam był z siebie dumny. Znam historie opowiadane przez rodziców o swoich dzieciach, które nie uzyskują spokoju, dopóki nie usłyszą od rodzica, że dobrze coś zrobiły. Proszę sobie wyobrazić, jak ciężkie może być ich życie w dorosłości. A co do dobrych i złych uczynków – ” podzieliłeś się ciasteczkami z kolegami – na pewno było im miło” bardziej sprzyja rozwojowi moralnemu niż „podzieliłeś się ciasteczkami z kolegami – mama jest z Ciebie dumna”, Tak jak: „Uderzyłeś brata – to go boli, jest mu przykro” jest bardziej wartościowe dla zrozumienia dobra i zła niż ” Uderzyłeś brata – mama jest rozczarowana”. Ale to wszystko o czym piszę jest lepiej i dokładniej wytłumaczone w „Wychowanie bez nagród i kar” Alfie Kohn. Ja tylko dzielę się moją nauką jaką wyciągnęłam z tej książki.
          Bardzo polecam.

          • Beata Nowicka-Misiewicz

            Aha, no i coaching rodzicielski – taki sposób rozmowy z dzieckiem, aby ono samo odkrywało odpowiedzi na ważne pytania i wyciągało wnioski. Jeśli raz czy drugi wskażemy dziecku, że to co zrobiło (np. rzucanie piłką w pokoju) jest niewłaściwe, to za trzecim, można już tylko spytać, a ono samo sobie odpowie, czy to jest odpowiednie zachowanie w tym pomieszczeniu, czy nie i podejmie (choć pewnie nie zawsze) odpowiednie zachowanie.

      • kwieto

        Tyle że dziecko naturalnie potrzebuje uznania rodzica, który jest w pewien sposób „lustrem” dla oceny jego możliwości.
        Jeśli tego „lustra” zabraknie, dziecko ma kłopot z urealnieniem swoich możliwości i predyspozycji, co w konsekwencji często prowadzi do tego, że później stawia nierealne oczekiwania w stosunku do siebie (tak, to jeden ze sposobów w jaki rodzą się „perfekcjoniści”, w złym tego słowa znaczeniu).

        Kłopot pojawia się również w przypadku, gdy dziecko spotka się (a w końcu się spotka) z negatywną oceną tego co robi. Jeśli zawsze rodzice mówili „ważne że Tobie się podoba” dziecko będzie miało trudności aby poradzić sobie z sytuacją gdy ktoś powie „ten rysunek jest do kitu, w ogóle nie umiesz malować”.

        Na usamodzielnienie się i oddzielenie jest czas w okresie dojrzewania, sztuczne przyśpieszanie tego może przynieść więcej szkody niż pożytku.

        • Beata Nowicka-Misiewicz

          Witam, nie jestem w stanie wytłumaczyć w 5 zdaniach tego, na co Alfie Kohn potrzebował 250 stron, dlatego pozwalam sobie dołączyć kilka słów od niego i zaprosić do lektury jego książki.

          • kwieto

            No widzisz, z kolei Jonice Webb ma nieco inne zdanie na część z tych punktów (zwłaszcza hasła typu „brak reakcji nie szkodzi”).

            W przeciwieństwie do Alfie Kohna Jonice Webb jest praktykiem – jest czynnym psychologiem i swoje opinie buduje na pracy z dorosłymi już dziećmi, które często mówią „miałem super dzieciństwo i rodziców, więc co jest ze mną nie tak?”

            Kto ma rację?

            P.S.
            Są też tacy, którzy (podpierając to konkretnymi badaniami) mówią, że i tak bardziej się liczy to jacy rodzice są, niż to jak zachowują się w stosunku do dziecka.

          • Beata Nowicka-Misiewicz

            „Brak reakcji” rozumiem, jako sytuacje, w której jestem przy dziecku, słucham co do mnie mówi, patrze na niego i czekam. Czasem zbyt szybką reakcją, typu „brawo” „Super” odbieramy dzieciom możliwiość spontanicznego cieszenia się ze swoich sukcesów. Przypominam, że we fragmencie książki, który dołączyłam są różne metody, które dostosowuje się do sytuacji i potrzeb dziecka. Co nie oznacza, że moje spontaniczne „SUPER!!!” „Jestem dumna” też mi się nie wymsknie, jeśli naprawdę tak czuję :)

          • kwieto

            „Przypominam, że we fragmencie książki, który dołączyłam są różne metody, które dostosowuje się do sytuacji i potrzeb dziecka.”

            I o tym też mówię, np. o tym, że dziecko może potrzebować uznania rodziców i naprawdę nie widzę nic złego w tym, żeby mu je dać.
            Przeciwnie, uważam, że sztuczne powstrzymywanie się przed tym, w imię jakiejś koncepcji wychowawczej, przyniesie więcej szkody niż pożytku.
            Sama piszesz: „czasem”. Czasem lepiej tak, czasem dokładnie odwrotnie. Nie chcę się zamykać na całe spektrum narzędzi wychowawczych tylko dlatego, że jakiś znany pan (autorytet) mówi mi że tak trzeba. Wolę być w zgodzie ze sobą, niż z owym panem :”)

            To samo widzę w przypadku kar – nie jestem ich zwolennikiem, jednak jestem w stanie znaleźć takie przykłady, w których kara jest najefektywniejszą metodą wychowawczą.

          • W jakim to przypadku kara jest najefektywniejszą metodą wychowania? Albo nagroda?

            Podany przykład „biegania dla dyplomu”, jest właśnie przykładem idealnie obrazującym dlaczego nagrody są bez sensu. Nagrody produkują osoby, które nic same z siebie nie zrobią i wiecznie będą potrzebowały zewnętrznej motywacji.

          • kwieto

            „W jakim to przypadku kara jest najefektywniejszą metodą wychowania? Albo nagroda?”

            Przykład ze szlabanem na samochód podałem powyżej.
            Chyba że masz jakiś inny pomysł? Pogadanka? Potrącanie z kieszonkowego kosztów naprawy (w przypadku kasacji auta pewnie przez najbliższe paręnaście lat)?

            Inny problem: Dziecko odmawia chodzenia do szkoły. Rozmowa (punkt 2) nie skutkuje. Będziesz siłą wciągał dziecko do samochodu, zawoził do szkoły a potem stał pod tą szkołą pilnując, by się nie urwało z lekcji (punkt 1)? Poczekasz aż przyjdą naturalne konsekwencje w postaci gorszej pozycji na rynku pracy i raczej kiepskich perspektyw rozwoju (punkt 3)?
            Czy po prostu wprowadzisz sankcje (karę)?

            Kolejny:
            Dziecko idzie na imprezę, umawiacie się, że wróci o 22:00. Wraca o 01:00 w nocy. Rozmawiacie o tym, wyjaśniacie, sytuacja się powtarza – jest impreza, dziecko wraca grubo po umówionej godzinie.
            Będziesz dalej rozmawiał i tłumaczył? Jeśli podejmiesz działania prewencyjne w postaci np. odwożenia go na imprezę i osobistego odbierania o 22:00, to przecież dla dziecka będzie to forma kary (chociażby w postaci grubego obciachu przed kolegami/koleżankami).

            Jeszcze inny przykład:
            Dziecko sypie piaskiem w oczy innym dzieciom. Tłumaczenie (punkt 2) nie pomaga. Będziesz stał nad nim oraz interweniował za każdym razem gdy podnosi rękę do sypania (punkt 1)? Poczekasz na naturalne konsekwencje w postaci np. tego, że któreś z innych dzieci się wkurzy i rzuci się na Twoje z pięściami (punkt 3)? Czy może ukarzesz dziecko w ten sposób, że pozbawisz je świetnej zabawy w piaskownicy i pójdziesz z nim gdzie indziej (nie obejdzie się bez protestu i płaczu)?

            Co do dyplomu maratończyka: Ale ci biegacze nie potrzebują zewnętrznej motywacji. Biegają dla siebie i później nie chwalą się tym dyplomem. Ma on wartość wyłącznie dla nich. I nie rozumiem, co w tym złego?

          • Ewelina Rzycka

            Bardzo ciekawa dyskusja! Szalenie mi się podobają argumenty obu stron. Obie strony czegoś mnie uczą :)

          • kwieto

            Dopisek:
            I jeszcze garść wątpliwości.
            Np. „Kiedy dziecko pyta mnie: „ładnie narysowałem?” Ja odpowiadam „a Tobie się podoba?” i zwykle on mówią „Tak”, a ja na to „to dobrze”, on się uśmiecha i zwykle się na tym kończy. To buduje poczucie wartości niezależne od opinii innych ludzi.”

            Przełóżmy to teraz na życie dorosłe:
            Ktoś zaczyna wiercić dziurę w ścianie o 23:00, w bloku. Idziesz do niego i prosisz o to by przestał, a on odpowiada „mnie się podoba”.
            Poczucie wartości niezależne od opinii innych, czy może jednak brak empatii i zrozumienia dla owych innych?

            Osobiście uważam, że ważne jest odpowiadanie na potrzeby dziecka. I jeśli dziecko potrzebuje uznania ze strony rodzica, pyta o jego zdanie na jakiś temat, to trzeba mu to dać, a nie wykręcać się tekstami „najważniejsze, że Tobie się podoba”.
            Niezależności zaś znacznie lepiej jest uczyć respektując prawo dziecka do samostanowienia i włączając je w życie rodziny na równych prawach, nie zaś unikając oceny jego działań.
            Bo z taką oceną i tak się spotka, jedyne co uzyskamy to to, że nie będzie na nią przygotowane.

          • Beata Nowicka-Misiewicz

            skąd tak daleko posunięty wniosek, że dziecko, któremu pozwalam, aby było zadowolone z wykonanego przez siebie rysunku, wyrośnie na człowieka antyspołecznego, który ma gdzieś opinię innych? (bo tak rozumiem, to porównanie) To obraża zarówno rodzica i jego umiejętności wychowawcze jak i dziecko i zdolności rozwoju moralnego. Poczucie wartości niezależne od opinii innych, to taka sytuacja w której lubię siebie, przy świadomości swoich zalet i wad, słabych i mocnych stron. I lubię siebie, nawet wtedy, kiedy ktoś mi powie, że jest do kitu. A ponieważ jestem w dobrej relacji sam ze sobą, jest mi taż łatwiej budować relacje z innym ludźmi. Podany przeze mnie przykład jest tylko wycinkiem rzeczywistości, dlatego w dalszym ciągu zapraszam do lektury książki, która pokazuje taki model wychowania, który jest oparty na miłości bezwarunkowej. A miłość bezwarunkowa, czyli akceptacja człowieka takim jest jedną z najważniejszych potrzeb człowieka.
            p.s. co to znaczy „wykręcać się tekstami”? jeśli moja odpowiedź i jego zadowolenie mu nie wystarczy i pyta ponownie o moje zdanie, to dalej o tym ROZMAWIAMY. Rozmawiamy, tzn rzadko wydaję opinię (jeśli nalega), ale raczej zadaje pytania – zakładam, że nawet młody człowiek jest sam w stanie wyciągać wnioski na temat tego, co jest dobre, a co złe i wcale nie muszę mu tego ja wskazywać palcem, bo odpowiednio pokierowany pytaniami, sam wyciąga wnioski.

          • kwieto

            „skąd tak daleko posunięty wniosek, że dziecko, któremu pozwalam, aby było zadowolone z wykonanego przez siebie rysunku, wyrośnie na człowieka antyspołecznego, który ma gdzieś opinię innych?”

            No skoro zawsze najważniejsze było co ON/A na dany temat sądzi… ?

            „A miłość bezwarunkowa, czyli akceptacja człowieka takim jest jedną z najważniejszych potrzeb człowieka.”

            OK, tyle że co innego akceptacja człowieka, co innego akceptacja jego zachowania. I tutaj akurat nie ma znaczenia czy stosujesz kary lub nie, ale to w jaki sposób adresujesz problem (jest np. różnica w stwierdzeniu „jesteś bałaganiarz” a „nabałaganiłeś”).
            Możesz nie stosować kar, a nadal wpajać w dziecku przekonanie, że nie jest OK.
            Możesz stosować kary, ale w taki sposób, że dziecko ma świadomość, że dotykają one określonego postępowania, a nie dziecka jako takiego (czytaj: każdy ma prawo do błędów).

            Na marginesie, np. Thomas Harris (Ja jestem OK, ty jesteś OK)twierdził, że przekonanie „nie jestem OK” jest pozycją wyjściową każdego człowieka, niezależnie od tego jak traktowali go rodzice. Dlatego etap zabiegania o akceptację innych (zwłaszcza rodziców) jest nieunikniony. I trochę nie rozumiem dlaczego mam od tej potrzeby uciekać i udawać, że mogę tego etapu uniknąć.

            „p.s. co to znaczy „wykręcać się tekstami”?”
            To znaczy, że zamiast dziecku dać potwierdzenie, którego potrzebuje, rodzic odwraca jego uwagę i kieruje ją gdzie indziej, natomiast potrzeba dziecka nie zostaje przez rodzica zaspokojona, a wręcz odrzucona.
            Eric Berne podawał przykład takiej rozmowy z dzieckiem:
            „- mamo, kochasz mnie?
            – hmm, a czym jest miłość?”

            Nie jestem pewny, czy dziecko otrzymawszy taką odpowiedź było by szczęśliwe…

  • Pingback: Dlaczego nie lubię rodzicielstwa bliskości? - MUM AND THE CITY()

  • Też daję się czasami ponieść emocjom, ale generalnie stosuje to, co opisałeś (jakiś rok temu przeczytałam w bardzo mądrej książce) i ze zdumieniem zauważam, że to działa. Ostatnio ze zdziwieniem słuchałam, jak mój syn poucza mojego tatę, żeby uważał z gniazdkiem, bo może kopnąć go prąd (tata jest elektrykiem i akurat naprawiał gniazdko).

  • „życie na krawędzi w wersji dla rodziców” – jak dobrze to znam :D

  • Nihiru

    Nie formułując tego w jakieś manifesty, w zasadzie postępowałam podobnie: zamiast kar – konsekwencje (za długo się bawiłeś i nie słuchałeś jak wołałam do kąpieli, sorry teraz już za późno na oglądanie bajek). Ale przyznam, że im dziecko starsze tym jest trudniej…

    • Nie pocieszasz :)

      • Nihiru

        „Welcome to the real world, Neo”:D

  • Daje do myślenia… Dzięki :)

  • Lukasz

    Wszystko pięknie, ale dużo bardziej interesująca byłaby rozmowa nt.:
    – jasnych zasad vs. arbitralnych kar i nagród,
    – nieuniknioności kar vs. srogości kar,
    – mechanizmach uczenia się i odbierania pozytywnej i negatywnej informacji zwrotnej z otoczenia.

    Bez tego rozmowa o karach i nagrodach to trochę ślizganie się po powierzchni.
    Kara karze nierówna, nagroda nagrodzie nierówna.

  • Kinga Bojarczuk

    Czytam, słucham, rozmawiam , szukam itd o braku kar i nagród. I nawet mnie już to przekonało bo sensownie brzmi,dopóki nie spotkałam w grupie znajomych doroslych osób, które były tak wychowane. Spotkałam takie osoby na forach ale te w realu jakoś tak bardziej dały do myślenia. I mimo że są fajne babki i faceci,którzy radzą sobie w życiu swietnie,przeraziło mnie jaki maja ogromny żal do rodziców ze nie usłyszeli od czasu do czasu np. : jaki piękny rysunek, pięknie posprzątany pokój, super poskładałeś prani. Mówią że im tego brakowało, zwłaszcza gdy np. pojawiały sie sytuacje w szkole gdzie inni rodzice chwalili swoje dzieci za występ na przedstawieniu itp.
    Brak kar rozumiem ale ten brak nagord nie do końca. Wiem że nie można przeginać z nagrodami i że lepiej chwalić za to że dziecko poprostu jest a nie za to co zrobiło ale… No właśnie zawsze jakies ale.
    Jak czytam rożne grupy, fora na ten temat i widzę że dużo rodziców jest w tym na 100% zastanawiam sie czy tylko tak można, czy może jednak wrzucić troche na luz i rzeczywiście kar unikać ale na nagrody czasem przymrużyć oko i czasem zatańczyć taniec hula z okrzykami och i ach na widok pięknego rysunku dziecka a nie tylko powiedzieć: o narysowałeś słońce.

    • Tylko, że nikt całkowicie nie wyklucza chwalenia. Po prostu chodzi o to, aby to chwalenie skupiało się na wysiłku, który dziecko wkłada, a nie na określaniu ostatecznego efektu. Tutaj o tym pisałem: http://www.blogojciec.pl/dzieci/dlaczego-niektore-dzieci-sie-staraja-a-inne-rezygnuja/

      • Kinga Bojarczuk

        Tu jak to przeczytałam to podniosło mnie na duchu bo jak dołączyłam do grupy na ten temat to mnie to zmroziło plus opinie już dorosłych dzieci wychowanych bez pochwał.
        Czyli jak we wszystkim, zdrowy rozsądek i umiar przede wszystkim :)

  • m0gart

    Szkoda, że nie byłeś moim rodzicem jakieś 30 lat temu ;-)

    • Świetny avatar :)

      • m0gart

        I równie świetny serial ;)

  • Szkolne inspiracje

    Niestety w większości naszych polskich szkół, nie prowadzi się zajęć metodą Montessori. W związku z tym dzieci szybko zetkną się w szkole z systemem kar i nagród. Zresztą nie tylko w szkole.

  • W tym tygodniu u mnie też o karach- zapraszam do lektury :) http://mamaalone.blogspot.com/2016/05/dlaczego-kary-zawodza.html

  • Świetny tekst, mocno dał mi do myślenia i jeszcze zgłębię temat. Niestety jestem wybuchowa i nerwowa, zdarzyło mi się dać klapsa i wcale nie jestem z tego dumna ani z żadnych moich krzyków i złości. Wiem jednak, że przytulenie działa zawsze najlepiej. Parę razy przy silnej złości odtrąciłam Zuzię, to poskutkowało jeszcze większym płaczem. Dlatego nigdy tego nie róbcie! Zamiast krzyczeć, wytłumaczmy, co dziecko zrobiło źle, nie wysyłajmy je w kąt, przytulmy, jeśli tego potrzebuje i powiedzmy, co dalej (gdy np. stłukło szklankę lub rozlało mleko i trzeba posprzątać). I tłumaczmy do skutku, przypominajmy, na co się umawialiśmy. Niestety, im mniejsze dziecko, tym trudniej coś wytłumaczyć. Dlatego rodzic musi uzbroić się w cierpliwość. Samej nieraz mi jej brakuje, niestety. Chyba nikt nie jest idealnym rodzicem. :)

    • Cały czas takiego poszukujemy :) Jak znajdziemy takiego idealnego, to wsadzimy go w ramkę ;)

    • Beata Nowicka-Misiewicz

      Ja polecam „wychowanie bez nagród i kar” Alfie Kohn. ¡!!!!!!!!!

  • Thomas

    Ja byłem wychowany na karach i nagrodach, jednocześnie byłem kochany, wspierany, zawsze wysłuchany, zawsze mówiono, że jestem zdolny i dam sobie radę, kiedy trzeba chwalony, kiedy trzeba skarcony, klapsa nie raz dostałem i o ile wtedy miałem do tego żal jako dziecko, w momencie karania, to teraz jestem rodzicom wdzięczny, bo nauczyli mnie kochać, szacunku do innych szczególnie rodziny, jestem świadom swojej wartości i możliwości. Widzę, że to się sprawdziło, wszystko to było wyważone. I sam to stosuję. Mam z rodzicami rewelacyjny kontakt, nie mam oporów w mówieniu im czegokolwiek, moim najlepszym przyjacielem oprócz żony jest mama. Rodzice zawsze patrzyli na moje problemy względem mnie, zawsze szanowali mój czas i prywatność.

    Natomiast widzę jak wychowano mojego kolegę, nota bene młodszego ode mnie o 4 dni, mało okazywano uczuć, nie karano, głównie nagradzano. Teraz on nie szanuje rodziców, nikogo, ma wszystkich za debili, i nie wie że wszystko w życiu, na świecie ma swoje konsekwencje, że zawsze na akcję jest reakcja.

    Zgodzę się z częścią artykułu, aczkolwiek moim zdaniem te rady sprawdzają się w jakimś procencie i nie są remedium na wszystkie przypadki. Nasz syn na szczęście jest inteligentny, ale tłumaczenie nie zawsze skutkuje.

    Moim zdaniem kary uświadamiają również jak działa świat, że za złamanie prawa jest kara. Jak dziecko uderzy drugie, bez kary, to za dwadzieścia lat uderzy kogoś i pójdzie do więzienia…sąd mu nie powie, że to złe zachowanie i żeby więcej tego nie robić, bo komuś stała się krzywda… Po prostu wsadzi do więzienia.

    • Wiesz, system kar i nagród to tak zwany system tradycyjny. Krzywdzi część jednostek, a część na szczęście go przeżywa bez większego uszczerbku na zdrowiu i psychice.

      Natomiast Twój kolega doznał wychowania, które określa się mianem bezstresowego, co w zasadzie oznacza brak wychowania. Z tego niestety na porządnych wyrasta bardzo mało osób – najczęściej efektami tego wychowania są osoby, które mają bardzo wysokie mniemanie o sobie, niskie o innych i ogólnie zerowy szacunek do otaczającego ich świata. Jednocześnie uważają, że wszystko im się należy za sam fakt istnienia.

      Drugie jest fatalne, pierwsze też jest nie najlepsze.

      Co do tego jak działa świat – ja chciałbym, aby moje dzieci nie krzywdziły innych z powodu tego, że może czekać ich więzienie, ale z powodu tego, że tak postępują dobrzy ludzie.

      • Thomas

        Ale taki system jest stosowany od setek lat i jakoś nie mamy armii skrzywionych ludzi.
        Ja nie pomijam kwestii „nie rób komuś tego, co Tobie nie miłe”. Od tego zaczynam. Ale uważam, że musi dziecko mieć świadomość też takich konsekwencji swoich czynów. Być świadomym z czym się to wiąże w świecie.
        Coraz więcej mówi się o tym, że ten system jest zły, a przecież jest powszechnie stosowany od wielu lat. Natomiast ostatnio coraz więcej się od tego odchodzi i niestety mamy tego efekty. Armię dzieci i młodzieży, która uważa, że wszystko im się należy, są najmądrzejsi, niezaradni i nie szanują innych. Może rodzice popadają w skrajności? Dlatego, jak ze wszystkim, uważam że ważny jest złoty środek. Samo tłumaczenie nie zawsze się sprawdza, bo dziecko i tak chce się samo przekonać. Samo karanie też jest głupotą.

        • „Ale taki system jest stosowany od setek lat i jakoś nie mamy armii skrzywionych ludzi. ”
          To nie jest prawda i pisałem o tym tutaj: http://www.blogojciec.pl/dzieci/czy-naprawde-wyroslismy-na-porzadnych-ludzi/. System jest stosowany od wielu lat i od wielu lat jego efektem jest mnóstwo ludzi skrzywdzonych, mających wiele problemów natury psychicznej i nie tylko.

          Jak pisałem – chciałbym, aby moje dzieci robiły dobre rzeczy i unikały złych, nie z obawy przed karą, ale dlatego że takie postępowanie jest właściwe. Jeśli ktoś uważa, że jego dziecko musi być ukarane, bo inaczej nie zrozumie, to jest to jego wybór, ale ja mam świadomość, że to nie jest jedyna droga i że nie jest to najlepsza droga.

          • Thomas

            Piszesz raptem o pokoleniu naszych rodziców. A to że Ci wszyscy mają zaburzenia wynika tylko ze sposobu wychowania nie jest prawdą. Poczytaj choćby o tym z czego bierze się depresja. Zbyt generalizujesz.

          • Depresja bierze się najczęściej z tego, że ludzie lądują w sytuacji bez wyjścia. Czy to z powodu nagłej sytuacji czy to z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. A do tego prowadzi najczęściej nasza nieumiejętność do komunikowania własnych potrzeb, rozmawiania o emocjach czy w ogóle zwierzania się innemu człowiekowi. Niestety wszystkie te cechy nabywa się w tradycyjnym wychowaniu, gdzie jesteśmy karani za to kim jesteśmy. Zamiast przewodnictwa, oferujemy kary.

            Dziecko nie panuje nad emocjami, to się je karze i ono te emocje tłumi. Raz za razem, aż staje się obojętne i otępiałe albo wręcz przeciwnie – staje się niezwykle wręcz wybuchowe.

            Mamy setki, jak nie tysiące badań potwierdzających, że bicie dzieci zwiększa ryzyko negatywnych zachowań u dzieci, łącznie z chorobami psychicznymi, depresją czy też kryminalnymi czynnościami.

            Mamy badania potwierdzające, że klapsy i krzyki mogą mieć bardzo podobne efekty (oczywiście wszystko zależy od nasilenia, ale w przypadku niektórych dzieci nawet niewielkie ilości mogą być mocno szkodliwe). I mówimy tutaj o całych dekadach badań, na setkach tysięcy dzieci. Pisałem o tym tutaj: http://www.blogojciec.pl/dzieci/dajesz-klapsa-chcesz-dobrze-jestes-bledzie-cierpi-tym-dziecko/.

            Mamy nawet badania potwierdzające, że kary, takie jak „time-out” mają podobne skutki jak przemoc fizyczna (http://time.com/3404701/discipline-time-out-is-not-good/).

            Jasne, możemy robić różne rzeczy „tradycyjnie”, ale to słowo najczęściej jest jednoznaczne z archaicznie czy przestrzale. Kiedyś auta były bez pasów, a dzieci usypiano spirytusem. To też jest tradycja. Tylko ja zdecydowałem się jej nie kontynuować.

            Jednocześnie patrząc na obecne pokolenie dorosłych ludzi „wychowywanych tradycyjnie” (które nie wiedzieć czemu wszyscy próbują na siłę koloryzować), którzy nie potrafią ze sobą rozmawiać, którzy wszędzie widzą wrogów, którzy wyzyskują innych lub sami dają się wyzyskiwać, którzy ślepo wierzą osobom z telewizji, mimo że klną na nie przy każdej wolnej okazji, którzy idą nie „za kimś”, a „przeciwko komuś/czemuś”, którzy stale dają się manipulować, którzy wolą coś zniszczyć sąsiadowi, niż zapracować na własne, którzy każdego człowieka z pieniędzmi traktują jak złodzieja i przestępcę, którzy uważają, że czy się stoi czy się leży, dwa tysiące się należy (tak, to nie jest domena „millenialsów”)… to ja chyba podziękuję za taką przyszłość dla moich dzieci i jeśli mogę coś zrobić, aby ona taka nie była, to to zrobię.

            Oczywiście nie chciałbym tutaj uogólniać, bo nie wszyscy dorośli ludzie tacy są, ale ignorowanie korelacji między „tradycyjnym wychowaniem”, a takim właśnie podejściem do życia byłoby błędem.

            Szczególnie, że nie znam osoby, która byłaby wychowywana w duchu rodzicielstwa bliskości i którą dałoby się opisać w powyższy sposób. Te osoby znają swoją wartość i nie patrzą na innych. Nie są zawistne, bo nie mają takiej potrzeby. Nie potrzebują innych, aby się dowartościować, co tak często jest cechą osób, którym to rodzice nadawali wartość na zmianę je karząc, gdy zachowywały się źle i nagradzając, gdy zachowywały się dobrze. Tradycyjnie wychowywane osoby cały czas szukają w dorosłym życiu tej samej akceptacji, którą otrzymywały w domu. Osoby wychowane w rodzicielstwie bliskości wiedzą, że muszą żyć w zgodzie z samym sobą i z otoczeniem, ale nie potrzebują dodatkowego potwierdzenia swojej wartości.

            Bo kiedy te osoby popełniły błąd, to tłumaczono im, że to jest błąd, a nie karano je za to, że ten błąd popełnili.

          • kwieto

            „A do tego prowadzi najczęściej nasza nieumiejętność do komunikowania własnych potrzeb, rozmawiania o emocjach czy w ogóle zwierzania się innemu człowiekowi”

            A może po prostu okoliczności?
            Np. uchodźcy s Syrii niekoniecznie znaleźli się tam gdzie się znaleźli ponieważ „nie umieli komunikować własnych potrzeb”.

            Pamiętam świetny fragment książki, którą kiedyś czytałem, a który bardzo uczył pokory zarówno w stosunku do siebie, jak i oceniania innych. Brzmiało to mniej więcej tak:
            „Ludzie którzy odnieśli sukces często mówią, że to dlatego, że codziennie wstawali o 6-tej rano i ciężko pracowali do wieczora wykuwając swój los. Ale w Bangladeszu są tłumy ludzi, którzy codziennie wstają o 6-tej rano i ciężko pracują do wieczora, a mimo to nie widać tam milionerów”.

            Co do badań – mamy też badania mówiące, że brak pewnych struktur i zasad przynosi efekt podobny do kar – przebąkuje się nawet o „przemocy miłości”.
            Myślę, że sporo zamieszania rodzi definicja kary jako takiej. Nie wszystko da się „ogarnąć” naturalnymi konsekwencjami, typu „zostawiłeś rower na deszczu to zardzewieje”, poza tym wprowadzenie ich zbyt wcześnie może w efekcie uczynić dziecko nadodpowiedzialnym, takim „małym dorosłym”. Czasem trzeba wprowadzić konsekwencje, które są arbitralnie narzucone, tyle że trzeba to wcześniej uzgodnić z dzieckiem (np. brak odrobionych lekcji skutkuje tym i tym).

            I jeszcze jedno – nie masz wpływu na to, jak dziecko zinterpretuje określone działania. Np. „naturalne konsekwencje” w postaci konieczności jeżdżenia zardzewiałym rowerem może zinterpretować jako karę (zwłaszcza jeśli np. dziecko sąsiadów otrzymało w podobnym przypadku nowy rower). W tym przypadku skutki psychologiczne będą bardzo podobne do tego, jakbyś dziecku świadomie wymierzył karę.

          • „Ludzie którzy odnieśli sukces często mówią, że to dlatego, że codziennie wstawali o 6-tej rano i ciężko pracowali do wieczora wykuwając swój los. Ale w Bangladeszu są tłumy ludzi, którzy codziennie wstają o 6-tej rano i ciężko pracują do wieczora, a mimo to nie widać tam milionerów”.

            Mamy dostępne jakieś statystyki w tym temacie? Czy to tylko takie hasło, które ma dobrze brzmieć? Bo w rzeczywistości ludzie sukcesu nie mówią, że wystarczy ciężko pracować i wcześnie wstawać. Oni zawsze mówią, że trzeba jeszcze się ciągle rozwijać i uczyć na błędach (swoich i cudzych). W końcu można przez 40 lat nosić wodę ze studni, a można też poświęcić 2, 3 lata ze swojego życia i wybudować wodociąg, który zaopatrzy nas i całą wioskę.

            Dlatego też sama ciężka praca jest w rzeczywistości przereklamowana i żaden rozsądny człowiek sukcesu nie wskaże jej jako jedynego sposobu na osiągnięcie czegoś w życiu.

          • kwieto

            „Mamy dostępne jakieś statystyki w tym temacie?”

            W temacie twierdzeń ludzi, czy wpływu otoczenia?
            Jeśli chodzi o wpływ otoczenia to doskonały przykład podałeś Ty sam (zadanie ze świeczką) – wystarczyło nieco zmienić okoliczności (wprowadzić nagrodę) by zauważalnie wpłynąć na efektywność wykonania zadania.

            Czy teraz mam rozumieć, że w tym zadaniu to jednak nie nagroda była problemem, ale to, że badani „nie chcieli się rozwijać i uczyć na błędach” albo nie mieli potrzebnych „umiejętności”? ;”)

            A idąc dalej tym tokiem rozumowania, czy należy przyjąć, że np. bieda w krajach trzeciego świata bierze się przede wszystkim stąd, że ludzie tam mieszkający „nie chcą się rozwijać”, w przeciwieństwie do np. mieszkańców Europy? (Bardzo kusząca logika dla zwolenników białej supremacji)

            Żarty na bok, choć Twój przykład bardzo dobrze opisuje ten problem.

            Z perspektywy ekonomicznej tego typu zagadnieniami zajmowała się dwójka naukowców z Uniwersytetu w Princeton, Niejaki Eldar Shafir i Sendhil Mullainathan. Testowali dokładnie tezę, czy biedni są „sami sobie winni” (czytaj: ich bieda wynika głównie z niezaradności i gorszych predyspozycji niż w przypadku ludzi, którzy odnieśli sukces).
            I doszli do bardzo ciekawych wniosków. Badali np. postępowanie farmerów tuż po okresie zbiorów (kiedy mają dużo pieniędzy za sprzedane plony) oraz tuż przed zbiorami (kiedy pieniądze się kończą). I okazało się, że różnica w postępowaniu jest na tyle duża, że można ją porównać do spadku ilorazu inteligencji o kilkanaście procent w sytuacji, gdy mają ograniczone zasoby (przed zbiorami). Robili też szereg innych badań z których niezmiennie wynikało jedno – w sytuacji ograniczenia zasobów ci sami ludzie radzą sobie zauważalnie gorzej z takimi samymi zadaniami. I działa to nawet w przypadku tylko potencjalnego lub wyimaginowanego ograniczenia (w jednym z badań kazano uczestnikom wyobrazić sobie, że mieli właśnie kosztowną awarię samochodu i już to wystarczyło, by negatywnie wpłynąć na ich umiejętności.

            ja wiem, że fajnie jest myśleć, że jest się kowalem swego losu i że to co nam się przydarza i jak postępujemy jest efektem naszych własnych predyspozycji oraz umiejętności. Tyle że to nieprawda :”)

          • „Jeśli chodzi o wpływ otoczenia to doskonały przykład podałeś Ty sam (zadanie ze świeczką) – wystarczyło nieco zmienić okoliczności (wprowadzić nagrodę) by zauważalnie wpłynąć na efektywność wykonania zadania.”

            Tylko, że właśnie nagroda obniżyła efektywność, co jest dodatkowym argumentem na niekorzyść nagród.

            „A idąc dalej tym tokiem rozumowania, czy należy przyjąć, że np. bieda w krajach trzeciego świata bierze się przede wszystkim stąd, że ludzie tam mieszkający „nie chcą się rozwijać”, w przeciwieństwie do np. mieszkańców Europy? (Bardzo kusząca logika dla zwolenników białej supremacji)”

            Ja nie mówię, że dziecko urodzone w biednej wiosce w Kenii ma obiektywnie takie same możliwości jak dziecko urodzone w bogatej rodzinie w USA. Szczególnie, gdy chcielibyśmy te dzieci bezpośrednio ze sobą porównać. Mi chodzi tylko o to, że niezależnie od miejsca na ziemi, w którym się urodziliśmy – ciężka praca + ciągły rozwój = zdecydowanie większa szansa na „sukces” (choć oczywiście w każdym miejscu będzie on inaczej definiowany i u niektórych będzie to wystrzelenie rakiety w kosmos, a u innych będzie to otwarcie własnego sklepiku z rybami). Uważam też, że niektóre dzieci urodzone w biednej wiosce w Kenii będą miały lepsze, szczęśliwsze i bardziej satysfakcjonujące życie, niż niektóre dzieci z tych bogatych rodzin w USA.

            „Z perspektywy ekonomicznej tego typu zagadnieniami zajmowała się dwójka naukowców z Uniwersytetu w Princeton, Niejaki Eldar Shafir i Sendhil Mullainathan. Testowali dokładnie tezę, czy biedni są „sami sobie winni” (czytaj: ich bieda wynika głównie z niezaradności i gorszych predyspozycji niż w przypadku ludzi, którzy odnieśli sukces).
            I doszli do bardzo ciekawych wniosków. Badali np. postępowanie farmerów tuż po okresie zbiorów (kiedy mają dużo pieniędzy za sprzedane plony) oraz tuż przed zbiorami (kiedy pieniądze się kończą). I okazało się, że różnica w postępowaniu jest na tyle duża, że można ją porównać do spadku ilorazu inteligencji o kilkanaście procent w sytuacji, gdy mają ograniczone zasoby (przed zbiorami). Robili też szereg innych badań z których niezmiennie wynikało jedno – w sytuacji ograniczenia zasobów ci sami ludzie radzą sobie zauważalnie gorzej z takimi samymi zadaniami. I działa to nawet w przypadku tylko potencjalnego lub wyimaginowanego ograniczenia (w jednym z badań kazano uczestnikom wyobrazić sobie, że mieli właśnie kosztowną awarię samochodu i już to wystarczyło, by negatywnie wpłynąć na ich umiejętności).

            ja wiem, że fajnie jest myśleć, że jest się kowalem swego losu i że to co nam się przydarza i jak postępujemy jest efektem naszych własnych predyspozycji oraz umiejętności. Tyle że to nieprawda””

            Tylko akurat ta korelacja może mieć związek z tym, jak owi badani byli wychowywani, czyli w podejściu, że problemy są złe i że trzeba ich unikać (pisałem na ten temat tutaj: http://www.blogojciec.pl/dzieci/dlaczego-niektore-dzieci-sie-staraja-a-inne-rezygnuja/). Niestety gdy owe problemy się pojawią (a pojawią się na pewno), to sporo ludzi wpada w panikę, rezygnuje i ogólnie się poddaje.

            W dalszym ciągu więc problemem może być mentalność i brak świadomości, że wytrwałość i przezwyciężanie porażek jest kluczowym elementem „sukcesu” (czy w ogóle przetrwania), a nie sama sytuacja materialna (korelacja nie oznacza przyczynowości – w końcu istnieje nawet korelacja między ilością utonięć w USA, a ilością filmów, w których grał Nicolas Cage). Szczególnie, że większość milionerów na świecie sama doszła do swojego majątku (73%), często zaczynając od zera (36% z nich pochodzi z biednych rodzin, z czego kilka procent było sierotami), co można by wziąć za dowód na to, że jednak człowiek jest kowalem swojego losu.

          • kwieto

            „Tylko, że właśnie nagroda obniżyła efektywność, co jest dodatkowym argumentem na niekorzyść nagród.”

            Tyle że tu nie mówiliśmy o nagrodach ale o wpływie otoczenia i tym, że przyczyny pewnych problemów (np. depresji) nie zawsze można przypisać brakowi określonych umiejętności.

            I jeszcze pytanie, czy w eksperymencie ze świeczką problemem była nagroda, czy lęk związany z ryzykiem jej utraty?
            Ja bym tu unikał łatwych ocen, bo trudno jest ocenić np. pozytywny/negatywny aspekt rywalizacji o nagrodę, tudzież np. cały zespół uczuć związanych z ową nagrodą.
            Znam badanie z zupełnie innego obszaru, gdzie część badanych przed wykonaniem zadania otrzymała cukierka (to też forma zachęty/nagrody) i w efekcie wykonała owo zadanie lepiej niż ci, którzy takowej zachęty nie otrzymali.
            Myślę że z karami i nagrodami jest tak jak z nożem – możesz go użyć do krojenia chleba, ale też do tego by kogoś zabić. Problem nie w narzędziu samym w sobie, ale w tym w jaki sposób się z tego narzędzia korzysta.

            „Mi chodzi tylko o to, że niezależnie od miejsca na ziemi, w którym się urodziliśmy – ciężka praca + ciągły rozwój = zdecydowanie większa szansa na „sukces”.
            Być może, choć wcale niekoniecznie. Jeśli masz 1.2m wzrostu i chcesz zostać pierwszoligowym koszykarzem to możesz latami pracować i się rozwijać, a i tak kariery w NBA raczej nie zrobisz. Twój wzrost już na starcie odcina Cię od całego spektrum możliwości dostępnych dla tych, którzy są wyżsi i żadna w tym zasługa rozwoju czy ciężkiej pracy.
            Jak prześledzisz życiorysy ludzi sukcesu to zauważysz, że ich droga usłana jest szeregiem biznesów i projektów które nie wypaliły. I teraz pytanie, czy ostateczny sukces jest wynikiem ciężkiej pracy i rozwoju (wyciągania wniosków), czy po prostu tego, że któraś z kolei próba chwyciła zupełnym przypadkiem?
            Pamiętaj, iż rachunek prawdopodobieństwa uczy, że nawet małpa jest w stanie napisać Pana Tadeusza na oślep stukając w klawisze, jeżeli tylko dasz jej odpowiednią ilość czasu.

            Wróćmy jednak do depresji (bo od tego wyszliśmy). Nawet jeśli masz świetne predyspozycje i umiejętności, w odpowiednio dobranych warunkach „polegniesz”. Udowodnił to Zimbardo swoim „eksperymentem więziennym”, w którym zamienił świetnych studentów w bezwzględnych tyranów. Zimbardo zauważył później, że zawsze gdy omawiał wyniki eksperymentu na swoich wykładach studenci zarzekali się, że „oni by nie ulegli”.
            Dokładnie takim samym brakiem pokory wykazali się uczestnicy jego eksperymentu.
            Przy czym w depresji jest coś takiego jak depresja endogenna, która jest uwarunkowana genetycznie i tutaj umiejętności komunikacyjne itp. niewiele mają do powiedzenia.

            „Niestety gdy owe problemy się pojawią (a pojawią się na pewno), to sporo ludzi wpada w panikę, rezygnuje i ogólnie się poddaje.”

            Więc twierdzisz, że w krajach III świata ludzie masowo wpadają w panikę gdy tylko pojawiają się przed nimi problemy?

            Dodam jeszcze, że badania o których mówię były prowadzone w różnych miejscach na świecie i w różnych środowiskach. Efekt był zawsze ten sam.

            „W dalszym ciągu więc problemem może być mentalność i brak świadomości, że wytrwałość i przezwyciężanie porażek jest kluczowym elementem „sukcesu” (czy w ogóle przetrwania), ”

            Nie obraź się, ale teoretyzujesz
            Powiedz człowiekowi, który ciężko haruje tylko po to by mieć za co przeżyć kolejny dzień, że w gruncie rzeczy problem w jego mentalności i tym, że brakuje mu wytrwałości i woli do przezwyciężania porażek :”)

            „Szczególnie, że większość milionerów na świecie sama doszła do swojego majątku (73%), często zaczynając od zera (36% z nich pochodzi z biednych rodzin, z czego kilka procent było sierotami), co można by wziąć za dowód na to, że jednak człowiek jest kowalem swojego losu”

            Tyle że owi milionerzy jakoś dziwnym przypadkiem rekrutują się z bardzo określonych miejsc na ziemi. Nie dziwi Cię to?
            I na przykład 90% mieszkańców USA (gdzie jest najwięcej milionerów) zarabiających powyżej 100.000 dolarów rocznie ma wyższe wykształcenie co oznacza, że jeśli Twoich rodziców nie stać by posłać Cię do college’u, szanse na zostanie milionerem znacząco spadają.
            Jestem bardzo ciekaw jak wyglądałoby życie tych ludzi, gdyby urodzili się np. w Bangladeszu a nie w San Francisco.

          • kwieto

            Dopisek:
            Jeszcze parę przemyśleń i wątpliwości co do stosowania nagród i kar.
            Bo tak sobie myślę… idea wychowania bez nagród i kar jest atrakcyjna, zwłaszcza jeśli chcemy uchodzić za „nowoczesnych” rodziców.

            Jednak wychowanie bez nagradzania i karania ma pewien istotny feler – otóż nie rozwiązuje ono problemu.
            Owszem, możesz zaprzestać stosowania nagród i kar, tyle że w sytuacji gdy dziecko będzie samo z siebie czegoś bardzo pragnęło stanie dokładnie przed tym samym problemem co dzieci w eksperymencie ze świeczką. Problemem nie jest bowiem nagroda (jak pisałem wyżej, wręczenie zachęty PRZED zadaniem poprawiło wyniki badanych), ale to, jak bardzo tej nagrody pragniemy i jak bardzo boimy się, że nie uda się jej zdobyć.
            To czy pragnienie pochodzi z wewnątrz czy z zewnątrz oraz to czy nagrodą jest coś zewnętrznego (medal) czy wewnętrznego (satysfakcja) nie ma tu bowiem znaczenia, mechanizm działania w obu przypadkach jest dokładnie ten sam. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

            Innymi słowy, aby naprawdę uchronić dziecko przed negatywnymi skutkami kar i nagród należałoby nie tylko usunąć zewnętrzne motywatory, ale dodatkowo pozbawić wszelkiej motywacji wewnętrznej – co mnie osobiście wydaje się bardzo słabym pomysłem.

            O wiele lepiej jest uczyć dziecko jak sobie radzić np. z sytuacją, gdy nie udało mu się zdobyć owej nagrody, Jak sobie poradzić z emocjami gdy nie osiągnęło celu, do którego zmierzało itp. A to wymaga ćwiczeń, czyli… między innymi stosowania nagród.

          • Danie „nagrody” przed powoduje, że to nie jest nagroda. To jest jak miłość bezwarunkowa. Otrzymujesz ją niezależnie od tego jak się zachowujesz, niezależnie od wyniku. I to nic dziwnego, że ona „poprawia wyniki”. Poprawia, bo zdejmuje stres związany z ewentualnymi nagrodami czy karami i dziecko może skupić się na samym zadaniu. Pisałem o tym też w tekście: http://www.blogojciec.pl/dzieci/piec-slow-ktore-wszystkie-dzieci-chca-uslyszec/ – dzieci nie chcą być przez rodziców chwalone za wyniki. Mają dookoła siebie cały świat, który je ocenia i pragną, aby rodzice byli tymi wyjątkowymi ludźmi, którzy będą je kochali niezależnie od ich wyników.

            Jednocześnie ja osobiście uważam, że różnica między motywacją zewnętrzną i wewnętrzną jest ogromna. Pisałem o tym tutaj: http://www.blogojciec.pl/dzieci/dlaczego-niektore-dzieci-sie-staraja-a-inne-rezygnuja/. Ta różnica odpowiada też za to jak różni ludzie radzą sobie w życiu – dlaczego jednym się „udaje”, a innym niestety niekoniecznie. Im większe skupienie na motywacji zewnętrznej, tym gorsze są rzeczywiste wyniki. Im większe skupienie na motywacji wewnętrznej, tym wyniki są lepsze. Nie widzę więc sensu skupiania się na pierwszej, ani likwidowania tej drugiej. W końcu można się po prostu skupić na drugiej.

          • kwieto

            „Danie „nagrody” przed powoduje, że to nie jest nagroda”

            To zależy od definicji nagrody. W ujęciu behawioralnym nagrodą jest każdy bodziec wpływający na zmianę zachowania w pożądanym kierunku.
            Oraz od konstrukcji tejże nagrody – nagrodzenie (np. pochwała) za wykonanie zadania 1 wpływa pozytywnie na skuteczność wykonania zadania 2 i BUDUJE pewność siebie (wykonałem dobrze pierwsze zadanie, to pewnie poradzę sobie i z drugim).

            Ciekawe badania dotyczyły np. sportowców – otóż jeśli trener omawiając wyniki treningu koncentruje się na pozytywnych aspektach (czyli nagradza, chwaląc te elementy, które sportowiec wykonał dobrze) wzrasta prawdopodobieństwo, że to zachowanie się umocni.

            „Poprawia, bo zdejmuje stres związany z ewentualnymi nagrodami czy karami i dziecko może skupić się na samym zadaniu.”

            No widzisz, sam zauważasz, że problemem nie jest nagroda sama w sobie, ale związany z nią stres.
            Dlatego koncentrowanie się na samej nagrodzie i karze to moim zdaniem obszczekiwanie złego drzewa. Lepiej się zając tym, aby dziecko dobrze radziło sobie ze stresem.

            Na marginesie – słowa które wymieniasz w linkowanym tekście („Pięć słów”) to jak najbardziej pochwały, czyli nagrody. To że akcentują one działanie a nie efekt tego działania to miłe, ale to tylko pozornie zmienia sytuację.
            Proponowane przez Ciebie pochwały również niosą ze sobą presję, jedyne co osiągnąłeś to to, że jest ona nieco zawoalowana.
            Weźmy pierwsze z brzegu zdanie:
            „Uwielbiam cię oglądać, gdy grasz.”
            Czy to oznaczy, że gdy nie gram, to już nie uwielbiasz mnie oglądać?
            Czyli kiedy gram, to jednak jest lepiej niż kiedy nie gram?
            Czy jeśli przestanę grać, to przestanę ci się podobać? Przestaniesz mnie lubić?
            Gdyby granie nie miało znaczenia, to chyba powiedziałbyś „uwielbiam Cię oglądać”, bez tego warunkowego „gdy”?
            I tak dalej.

            Przy czym o „wynikach” tak czy siak trzeba rozmawiać. Jeśli dziecko robi coś nie tak to trzeba ten problem zaadresować, w tym również to, jakie emocje budzi w rodzicu określone postępowanie. Sztuką nie jest unikać tematu, sztuką jest poruszyć temat w taki sposób, by dziecko wiedziało, że problem dotyczy zachowania a nie osoby. I dokładnie tę tematykę porusza problem stałej i wzrostowej mentalności, poruszany przez Ciebie w drugim linku.
            Chwalenie (o, proszę, czyli jednak jest nagradzanie) za wysiłek to nic innego jak tylko odwoływanie się do zachowania, a nie do osoby.
            Tyle że dokładnie to samo można zastosować w przypadku reprymendy (karania).
            I znowu – problemem nie są tu ani kary ani nagrody same w sobie, ale to w jaki sposób się ich używa.

            „Ta różnica odpowiada też za to jak różni ludzie radzą sobie w życiu – dlaczego jednym się „udaje”, a innym niestety niekoniecznie. ”

            Wiesz, tylko problem z tym co piszesz jest taki, że nie można tego stwierdzenia ani obalić, ani udowodnić.
            Równie dobrze możemy za Freudem przyjąć, że za wszystkim stoi seksualna niepewność, albo odwołać się do złej lub dobrej woli boga Wahu-Wahu.
            Ktoś dobrze zainwestował – cóż, Wahu-Wahu prowadził jego rękę.
            Ktoś celnie wyczuł koniunkturę na biznes – no wiesz, Wahu-Wahu jest nie w ciemię bity i podszepnął w odpowiednim momencie co trzeba.
            Udowodnisz, że tak nie jest?
            Udowodnisz, że czyjś sukces nie wynika akurat z tego, że Wahu-Wahu czuje do niego sympatię i mu sprzyja?

            Aby to zrobić trzeba by było dokładnie tego samego gościa postawić w innych okolicznościach.
            I wszystkie eksperymenty, w których stawiano ludzi w tego typu sytuacjach wykazywały, że w określonych okolicznościach zachowanie ludzi się istotnie zmienia.
            Naprawdę uważasz, że akurat dziwnym trafem wszystkim uczestnikom tego typu eksperymentów zabrakło wytrwałości czy woli?

  • Beata Nowicka-Misiewicz

    Brawo, świetny artykuł. Zgadzam się w pełni. „WYCOWANIEH BEZ NAGRÓD I KAR” już jakiś czas temu przekonało mnie, że to nie są najlepsze metody.

  • kwieto

    Generalnie tak.
    Ale jak to zwykle w życiu bywa generalizacja pokazuje tylko część prawdy.
    Nie wszystko bowiem da się ogarnąć radą i przewodnictwem, nie wszystko da się ogarnąć naturalnymi konsekwencjami.

    Przykład: dziecko bierze kamień i zabiera się do rysowania nim po drzwiach samochodu.
    Naturalne konsekwencje? Jakie, skoro samochód jest nie jego i to nie ono będzie nim później jeździć?
    Tłumaczenie – owszem, tylko co w sytuacji gdy dziecko pomimo tłumaczeń nie słucha i dalej próbuje robić swoje? Można tłumaczyć n-razy, tyle że efekt jest taki, że co sprytniejsze dziecko poczeka aż rodzic zniknie z pola widzenia a potem weźmie kamień i…
    Tymczasem odciągnięcie dziecka od dobrej zabawy lub pozbawienie go tego kamienia… cóż, będzie formą kary. Można ją „opakować” by wyglądała jak „naturalne konsekwencje” („jeśli będziesz się bawić w ten sposób, tata/mama zabierze kamień”), ale to nadal będzie po prostu kara.

    No chyba że nie spuszczamy dziecka ani na krok i permanentnie obserwujemy co robi interweniując za każdym razem gdy coś idzie nie tak… Tylko czy nie tak właśnie wygląda cieszące się złą sławą „helicopter parenting”?

    • „Przykład: dziecko bierze kamień i zabiera się do rysowania nim po drzwiach samochodu. Naturalne konsekwencje? Jakie, skoro samochód jest nie jego i to nie ono będzie nim później jeździć?”
      Umówmy się szczerze, że w takiej sytuacji winny jest rodzic, a nie dziecko, bo to rodzic dziecka nie upilnował. To jest jak z tym wbieganiem na ulicę – jeśli masz dziecko, które może wbiec na ulicę, bo jest jeszcze małe i nie rozumie, to go pilnujesz. Od tego są rodzice.

      Nie musimy też być helicopter parent, aby uchronić się przed takimi sytuacjami. Wystarczy odpowiednio dobierać miejsca zabaw.

      Co do terminologii:
      Karą w moim odczuciu nie jest sytuacja, w której podejmujemy określone działanie, aby ochronić siebie, inne osoby lub jakieś przedmioty materialne. To jest wychowanie. Kara jest wtedy, kiedy dodatkowo krzywdzimy dziecko, aby „sobie zapamiętało lekcję”.

      • kwieto

        „Umówmy się szczerze, że w takiej sytuacji winny jest rodzic, a nie dziecko, bo to rodzic dziecka nie upilnował.”

        Ja nie pytam, kto jest winny, tylko jak sobie z tą sytuacją poradzić.
        Żaden rodzic nie jest też w stanie upilnować swojego dziecka w 100% ani przewidzieć jak zachowa się dziecko w określonym środowisku. (jeśli takiego znasz, to mi powiedz, wystawię mu pomnik).

        Nie mówiąc o tym, że wybór „miejsca zabaw” czasem jest ograniczony. W przypadku samochodu może to być np. dom, który ma podjazd wysypany grubym żwirem. Przeprowadzisz się, tylko dlatego, że dziecko MOŻE (nie musi) wpaść na pomysł taki jak powyżej? Nie będziesz wychodził z dzieckiem na dwór, albo będziesz jechał do najbliższego placu zabaw (kilka kilometrów od miejsca zamieszkania, w najbliższym mieście)?
        Toż to jest już „Helicopter paretning” w pełnej krasie :”)

        „Kara jest wtedy, kiedy dodatkowo krzywdzimy dziecko, aby „sobie zapamiętało lekcję”.”

        No to masz inną definicję kary niż ogólnie przyjęta, a zgodnie z którą kara ma mieć przede wszystkim aspekt wychowawczy. Sankcję (karę) wprowadzasz nie po to, by dziecko „popamiętało”, ale po to, by zapobiec niepożądanemu zachowaniu. Jeśli nie wprowadzisz elementu sankcji, sama prewencja połączona z monitorowaniem ale pozbawiona sankcji może mieć wymiar de facto demoralizujący (rodzice sobie pogadają, ale jak zrobię X kiedy nie patrzą to i tak nic mi nie zrobią).
        Tymczasem nie zawsze sankcja w postaci „naturalnych konsekwencji” jest możliwa, nie zawsze też konsekwencje są na tyle czytelne, żeby miały jakikolwiek efekt (np. palaczy jakoś nie odstraszają „naturalne konsekwencje” w postaci zwiększonego ryzyka raka płuc i krótszego życia).

        Jeśli w określonych sytuacjach nie wprowadzisz sztucznej sankcji, nauczysz dziecko, że wystarczy na chwilę odwrócić uwagę rodziców…Innymi słowy jeśli zabierzesz kamień z ręki dziecka to w ten sposób je ukarzesz (wprowadzisz sankcję), bo pozbawisz go innych możliwości zabawy z tymże kamieniem. Podobnie dziecko odbierze np. zmianę miejsca zabawy.

        Wprowadzenie „kary” „by dziecko popamiętało” moim zdaniem nie ma niczego wspólnego z karą a jest zwyczajnym odwetem powodowanym gniewem rodzica. To takie podejście „rewolucyjne” (winnych należy rozliczyć a potem przykładnie ukarać, nawet jeśli zrozumieli swój błąd i wykazali skruchę), które kompletnie pomija naczelny, to jest wychowawczy aspekt kary.

        • Znaczy mamy po prostu inne definicje kary, ale podejście to samo i jest ono zdroworozsądkowe.

  • Paulina

    Niestety Twoje podejście może się sprawdzić tylko w niektórych sytuacjach. Sama pracuję w przedszkolu gdzie mam w grupie 20 osób. Jeśli miałabym nie stosować kar i nagród to w pewnym momencie dzieci pogubiłyby bo do poczucia bezpieczeństwa potrzebne są zasady. Zasady, za których przestrzeganie dzieci otrzymują nagrodę (np. naklejkę), a za których złamanie mają karę (nie dostają naklejki). Podczas mojego pięcioletniego stażu pracy tylko jeden przedszkolak uczęszczający do naszej placówki był wychowywany w sposób bez kar i nagród. Sprawdziło się to rewelacyjnie do drugiego roku życia, a później zaczęły się problemy. W dużej grupie dzieci łatwiej o konflikt. Nawet jeśli Twoje dziecko ma wsparcie w domu i wspaniały przykład to wchodząc w grupę spotka się z dziećmi, które sprawią mu przykrość, coś zabiorą, nie będą chciały podzielić się zabawką i wtedy Twoje dziecko może zareagować różnie. Czasami reakcja będzie agresywna. Jestem bardzo ciekawa jak Twoje zasady miałyby działać w następującej sytuacji:

    Twoje dziecko uderzyło kolegę i nie chce przeprosić mimo Twojej interwencji i rozmowy bo czuje się skrywdzone, ono tylko broniło swojego zdania. Co robisz? Jak reagujesz?

    Chciałabym zauważyć, że system kar i nagród to całe nasze życie w szkole, na studiach i w pracy. Uczysz się – dostajesz piątki, pracujesz – masz pensję, itd. Jeśli nic nie robisz, łapiesz kolejne złe oceny i jesteś zwolniony z pracy.

    Pozdrawiam serdecznie

    • Moje podejście sprawdza się w każdej sytuacji. Zarówno na linii rodzic – dziecko, jak i w niektórych lepszych przedszkolach. Niestety w większości przedszkoli (i u sporej części rodziców) nie ma na to szans, bo kadra nie jest do takiego podejścia przygotowana i zakłada, że dziecięce zachowanie może zostać wytresowane za pomocą naklejek. Takiej kadrze (i rodzicom stosującym takie podejście) zależy na tym, aby dziecko, jak posłuszny piesek, robiło różne sztuczki w oczekiwaniu na nagrodę. Czyli „warto się dzielić, bo można dostać naklejkę”, a nie „warto się dzielić, bo to jest coś wartego robienia”. Albo z drugiej strony „nie wolno bić innych, bo można zostać ukaranym”, zamiast „nie wolno się bić, bo to krzywdzi innych”.

      Szkoda, że ludzie nie dość, że nie widzą absurdu w tym co robią, to jeszcze bez żadnych argumentów na poparcie swojej tezy (wybacz, pojedyncze dziecko, które BYĆ MOŻE zostało wychowane w opisany sposób, to żaden argument – poproszę o linki do badań) atakują podejście, które traktuje dziecko jak człowieka, a nie jak zwierzątko. Przykre to.

      • Paulina

        Po pierwsze bardzo bym prosiła o odpowiedź na pytanie bo jestem bardzo ciekawa jak zareagowałbyś w danej sytuacji? Widzę, że mocno zirytował Cię mój komentarz, ale liczę na dalszą dyskusję i odpowedź na moje pytanie. Jak zareagujesz w sytuacji, o której pisałam w powyższym komentarzu?

        Po drugie, pracuję w prywatnym przedszkolu, gdzie na 20 osoób przypada trzech pedagogów i jeden psycholog. Tak warto się dzielić bo jest nagroda, warto się uczyć bo jest dobra ocena, warto pracować bo są pieniądze niezbędne do kupienia pożywienia i przeżycia. Postępowanie wygląda następująco u nas w przedszkolu:

        Uderzyłeś kolegę, ale jest mu przykro, powinieneś go przeprosić. Jeśli dziecko przeprosi – nie ma kary, ale jeśli mimo rozmów i tłumaczenia nie chce, bo jest zbuntowane, uważa że to nie problem i nie chce nas słuchać ma karę.

        Co Ty robisz w takiej sytuacji? Jak reagujesz? ALbo jakbyś zareagował jeśli Twoje dziecko się zbuntuje? Wnioskuję, że masz jeszcze małe dzieci bo u starszych metoda bez kar i nagród jest o wiele trudniejsza do wprowadzenia, a czasami (z tego co widzę u dzieci starszyh) niemożliwa W PEWNYCH SYTUACJACH. Sama jestem mamą dziecka, które nie ma jeszcze dwóch lat i, które jeszcze nigdy nie miało kary, ale nie wykluczam tego w przyszłości.

        Liczę, że tym razem odpowiesz na pytanie i odniesiesz się do powyżej wskazanego przykładu.

        Wybaczam, ale pojedyncze dziecko, które ZOSTAŁO WYCHOWANE W TEN SPOSÓB na tle dzieci, które potrafią nie krzywdzić innych bo kilka razy zostały ukarane w sposób, który nie narusza ich godności (np. nie pójdziemy do Krzysia bo ostatnio nie zachowałeś się ładnie w stosunku do niego) jest dobrym przykładem, że brak kar i nagród bardzo często nie sprawdza się w wychowaniu dzieci.

        Pozdrawiam i jeszcze raz proszę o odpowiedź na powyższe pytania. Kto wie, może wprowadzimy Twoje metody do przedszkola. Dam znać czy się sprawdzą :)

        • Przepraszam za moje wcześniejsze uniesienie, ale nie lubię, gdy ktoś odgórnie stwierdza, że wszystko o czym pisze jest nieprawdziwe, bo jemu się tak wydaje. Postaram się więc odpowiedzieć na pytania.

          Moje dzieci są w wieku 5, 7 i 10 lat, więc jako małe bym ich nie określił. Mimo wszystko radzimy sobie bez systemu kar i nagród, przynajmniej w tradycyjnym znaczeniu tych słów.

          Co bym zrobił gdyby moje dziecko uderzyło drugie i nie chciało przeprosić? A co miałbym zrobić? Zmusić go do przeprosin? To przecież jest zmuszenie dziecka do zrobienia czegoś, w co nie wierzy, czyli do kłamstwa. Naprawdę na tym nam zależy? Aby dziecko kłamało, by tylko uniknąć kary?

          W takim razie polecam badania udowadniające, że m. in. takie podejście powoduje, że dzieci zamieniają się w skutecznych kłamców: http://www.iflscience.com/editors-blog/stricter-parents-turning-children-effective-liars/.

          W końcu jeśli dziecko nie czuje się winne, to jak mam sprawić, aby się poczuło? Może rzeczywiście zostało zaatakowane i tylko się broniło? Może wina jest po obu stronach? Przyznam, że nie zdarzyła mi się jeszcze sytuacja, w której dziecko byłoby wyraźnie winne i nie chciało przeprosić – za każdym razem gdy nie chciało przeprosić, okazywało się najczęściej, że wina jest po obu stronach.

          Poza tym jest różnica między karą w postaci karnego krzesełka, a karą w postaci „Krzysiu nie chce się z Tobą bawić, bo ostatnio go uderzyłeś”. To drugie to nie jest kara, lecz konsekwencja dziecięcego postępowania. Może gdyby przeprosił, to Krzysiu by chciał?

          • Paulina

            „Przepraszam za moje wcześniejsze uniesienie, ale nie lubię, gdy ktoś odgórnie stwierdza, że wszystko o czym pisze jest nieprawdziwe, bo jemu się tak wydaje. ” przyjmuję przeprosiny, ale pragnę zaznaczyć, że ani przez moment nie stwierdziłam, że to co piszesz jest nieprawdziwe. Pozwoliłam sobie zauważyc, że Twoje podejście nie sprawdzi się zawsze:
            „Niestety Twoje podejście może się sprawdzić tylko w niektórych sytuacjach”.

            Pracuję od czterech lat i miałam w swojej karierze dzieci, które nigdy nie miały kary, nawet jeśli ktoś je uderzył przestawały się z nim bawić i po sprawie. Nawet nie musiałyśmy interweniować. Niestety część przedszkolaków przechodzi prawdziwy bunt: zabiera zabawki, szarpie, krzyczy.

            Niestety nie odpowiedziałeś na moje pytanie, bo „miałbym zmusić do przeprosin?” to nie jest rozwiązanie. To znaczy, że jeśli dziecko uderzy bo odda za otrzymanego kuksańca to mamy nie reagować bo się broniło? Jest to dla mnie niepojęte bo jeśli dziecko jest agresywne z jakiegoś powodu należy tę sprawę rozwiązać najlepiej rozmową, a jeśli dalej nie chce współpracować to co zrobić żeby nie miało kary?

            Wyczytałam w komentarzach poniżej, że jesteś psychologiem i Twoje metody są na pewno skuteczne, ale dalej twierdzę, że nie można ich wprowadzić w każdej sytuacji.

            Serdecznie Ci gratuluję bo z tego co piszesz masz mądre i gotowe do współpracy dzieci. Jest to na pewno zasługa wychowania, ale także otoczenia i najprawdopodobniej tego, że dzieci nie ulegają wpływom zbuntowanych kolegów i koleżanek.

            Niestety nie na wszystkie przedszkolaki, oraz dzieci starsze, działa rozmowa co potwierdza również brak rozwiązania bez karania z Twojej strony.

            Przeczytałam o eksperymencie, ale uważam, że jeśli powiemy dziecku, żeby przeprosiło kolegę/koleżankę to nie zrobimy z niego „kłamczucha”.

            Ja naprawdę pracuję w placówce, gdzie dobro dzieci jest na pierwszym miejscu i uważam, że te dobre, miłe i uczynne dzieci, które są czasami atakowane przez buntowników czułyby się pokrzywdzone gdybyśmy nie skarciły tych drugich chociażby słownie.

            Myślę, że czas zakończyć dyskusję bo niestety dalej nie otrzymałam odpowiedzi na swoje pytanie, co upewnia mnie w przekonaniu, że Twoje metody nie sprawdzą się ZAWSZE.

            Szczerze życzę, aby Twoje dzieci zawsze były takie jak do tej pory i abyś nigdy nie miał z nimi problemów wychowawczych.

            Pozdrawiam serdecznie

          • Moje dzieci nie są ani trochę bardziej gotowe do współpracy dzieci, niż jakiekolwiek inne. Wręcz powiedziałbym, że trafiły mi się wybitnie czasami trudne przypadki, które miały bardzo agresywne etapy. Mimo wszystko przeszliśmy przez nie bez kar i te etapy minęły. Więc zakładanie, że nie miałem problemów wychowawczych z dziećmi jest z góry błędne.

            To też nie jest tak, że to jest moja prywatna opinia, oparta wyłącznie o moje doświadczenie. Szczególnie, że nie jestem psychologiem, ale pedagogiem (które to wykształcenie niewiele mi szczerze powiedziawszy dało). Niemniej ja w moich artykułach opieram się na opinii takich ludzi jak Gordon Neufeld, Jasper Juul czy Marshall B. Rosenberg oraz na zdaniu wielu innych wybitnych psychologów dziecięcych i neurobiologów zajmujących się badaniem tego jak zachowuje się dziecięcy mózg. Wszyscy oni zgadzają się, że jedyną sensowną metodą postępowania w sytuacjach „trudnych”, jest pokazanie dziecku jak powinno się zachowywać, nauczenie go tego i przekonanie go, że tak (jak my uważamy) należy zrobić.

            Wszyscy oni też się zgadzają, że zmuszenie dziecka do współpracy za pomocą kar i nagród (bądź w jakikolwiek inny sposób), jest dość krótkowzroczne i takie dziecko niestety nie nauczy się postępować właściwie – nauczy się jedynie posłuszeństwa wobec osób silniejszych.

            Żadna konkretna metoda nie sprawdzi się zawsze, z tym się zgadzam. Jednak zawsze istnieje rozwiązanie nie wymagające gwałcenia dziecięcej integralności i zmuszania go siłą, bądź manipulacją do podporządkowywania się osobie silniejszej.

          • Paulina

            Znam teorie autorów o których piszesz. Psychologowie przeprowadzają badania i na tej podstawie tworzą teorie. Jak jednak wiadomo teoria teorią, a praktyka praktyką. Wymieniliśmy kilka komentarzy, a Ty wciąż nie jesteś w stanie podać rozwiązania konketnego problemu. Przyznałeś, że nie miałeś sytuacji kiedy dziecko było winne i nie chciało przeprosić wobec tego tym bardziej nie powinieneś pisać, że „moje metody sprawdzają się w każdej sytuacji”.

            Swoją drogą ciekawe jak Twoje dziecko kiedyś zostanie skrzywdzone (np. uderzone tak, że oko mu spuchnie) i trafisz na rodzica z podobnymi teoriami do Twoich „ale mój syn tylko się bronił i nie ma ochoty przeprosić pańskiego dziecka” bo właśnie takie słowa wypowiedziała kiedyś mama dziecka, które wychowywała bez kar i nagród.

            Wiem – zmuszać do przeprosin nie wolno bo wg, nowoczesnych teorii narusza to godność dziecka. Idąc tym tropem wychowamy dzieci, które będą wymierzać sprawiedliwość różnymi sposobami bo będą wiedziały, że w pewnych sytuacjach nie będzie żadnych konsekwencji.

            Życzę jednak Tobie, sobie i wszystkim dorosłym obcowania z dziećmi na które działa tylko i wyłącznie rozmowa oraz dawanie dobrego przykładu.

            Pozdrawiam serdeczcznie

          • Nie podałem konkretnego rozwiązania, to prawda, ale pokazałem, że przedstawione przez Ciebie rozwiązania są błędne i przynoszą więcej szkody, niż pożytku. Jeśli jednak tak bardzo zależy na rozwiązaniu to proszę bardzo:

            Dowiedziałbym się dlaczego moje dziecko się zachowało jak się zachowało i później albo wytłumaczyłbym dlaczego rozumiem, że nie chce przepraszać (bo nie ono zaczęło, bo się broniło, bo to ta druga osoba je skrzywdziła itp.) albo wytłumaczyłbym dlaczego należy przeprosić, gdy wyrządzimy komuś krzywdę. A jeśli tłumaczenie by nie zadziałało, to wytłumaczyłbym w inny sposób. A jeśli i to by nie zadziałało, to poszukałbym prawdziwego źródła zachowania mojego dziecka, a nie stawiał je do kąta, bo stanie w kącie (czy jakiekolwiek inna kary tego rodzaju), nie daje dziecku żadnej wartościowej informacji na temat tego co powinno zrobić w danej sytuacji. Dlatego też to nie na karach się trzeba skupić, ale na nauce.

            Dodatkowo twierdzenie, że teoria teorią, a praktyka praktyką, gdy mówimy o podejściu do wychowania stworzonym przez ludzi, z których znaczna część pomogła w swoim życiu tysiącom (jak nie więcej) dzieci i ich rodzinom – bezpośrednio, a nie za pomocą książek – to trochę chyba jednak nadużycie. Skąd pomysł, że to tylko teoria niesprawdzona w praktyce? Przecież jest wręcz przeciwnie. W końcu chyba nie uważasz, że masz większą praktykę od nich?

          • Paulina

            Uważam, że mam dość doświadczenia, żeby stwierdzić, że Twoje działania niestety nie sprawdzą się zawsze. Tak jak pisałam, rozmawiamy, tłumaczymy, ale każdego roku zdarza się chociaż jeden przypadek, którego nie udaje się wychować powyższymi metodami. Na pewno psychologowie pomogli tysiącom osób, ale równie dobrze zdarzały się przypadki na które dane metody nie działały.

            Sam napisałeś, że wykształcenie pedagogiczne niewiele dało Ci w życiu, oraz piszesz o teoriach, które niestety w pewnych przypadkach się nie sprawdzają. Chętnie przekazałąbym Ci grupę naszych 20 osób i ciekawe jak byś sobie poradził z dwoma przypadkami niezwykle zbuntowanych trzylatków (być może podłoże problemu tkwi w domu, ale to my musimy sobie poradzić z zachowaniem butnownika).

            Niech każdy zostanie przy swoim bo oboje mamy pewne racje. Rózni nas tylko to, że ja uznaję Twoje metody w pewnych sytuacjach, a Ty na podstawie książek i doświadczenia w wychowaniu trójki dzieci bezapelacyjnie negujesz metody kar i nagród. Dalej nie napisałeś co zrobiłbyś gdybyś jednak nie znalazł źródła problemu. Bo to o czym piszesz to nasza procedura w placówce ( i umnie w domu działa w 100%), ale w niektórych przypadkach są dzieci uparte, które nie chcą współpracować.

            Idąc tropem nie stosowania kar, problem zostałby często nierozwiązany (zdarzały się sytuacje kiedy dziecko mówiło: nie powiem czemu uderzyłem bo nie! będę bił i koniec!). Nie będę Cię więcej przekonywać do swoich racji bo właściwie po napisaniu tego artykułu przyznanie się do tego, że czasami ten system nie działa byłoby zaprzeczeniem samym sobie.

            Pozdrawiam i żegnam

          • Widzisz, problem jest w tym, że stawiasz znak równości między moim podejściem, a tym co robią niektórzy rodzice u was w przedszkolu. Tam jednak nie ma znaku równości – oni wychowują inaczej niż ja, co widać chociażby po ich podejściu do problemu, którego oni starają się nie dostrzegać (a on przecież jest). Ich wychowanie to raczej brak wychowania, który tożsamy jest z wychowaniem bezstresowym, które tworzy „uprzywilejowanych dupków” i które jak podkreślę raz jeszcze – nie ma nic wspólnego z tym o czym ja piszę.

          • Aguaya

            No dobrze, to co w takim razie ma zrobić wychowawca przedszkolny, który ma w swojej grupie dzieci, których rodzice ich nie wychowują, tylko tresują? W jaki sposób rozwiązać konflikty w grupie, żeby nie naruszać podmiotowości agresywnie zachowujących się dzieci i jednocześnie zareagować, kiedy innym dzieciom dzieje się krzywda? Żeby te dzieci wychowywane w duchu naturalnych konsekwencji miały poczucie sprawiedliwości, żeby przypadkiem nie doszły do wniosku, że „opłaca” się być niegrzecznym/agresywnym, bo można robić to, co się chce, bez ponoszenia konsekwencji? Nie chcę, żeby to, co piszę, zabrzmiało jak hejt, bo do mnie, generalnie, idea naturalnych konsekwencji również przemawia, jednak jestem skłonna przyznać również rację osobom, które twierdzą, że w pewnych sytuacjach dochodzi się do ściany. Bo piszesz, że „Dowiedziałbym się dlaczego moje dziecko się zachowało jak się zachowało i później albo wytłumaczyłbym dlaczego rozumiem, że nie chce przepraszać (bo nie ono zaczęło, bo się broniło, bo to ta druga osoba je skrzywdziła itp.) albo wytłumaczyłbym dlaczego należy przeprosić, gdy wyrządzimy komuś krzywdę. A jeśli tłumaczenie by nie zadziałało, to wytłumaczyłbym w inny sposób. A jeśli i to by nie zadziałało, to poszukałbym prawdziwego źródła zachowania mojego dziecka” ale piszesz to jaki rodzic. I tutaj pełna zgoda – mądry rodzic może, a nawet powinien próbować dotrzeć do dziecka, starać się zrozumieć motywy kierujące jego zachowaniem, itd. Ale rodzice są różni, jest gros osób, które uważają, że zachowanie dziecka w przedszkolu to problem nauczyciela, albo wychodzą z założenia, że dzieciom, które „nie dadzą sobie w kaszę dmuchać” jest później łatwiej w życiu, itd., jednym zdarzają się rodzice nieskorzy do współpracy z przedszkolem, czy szkołą, itd., tacy, którzy nie będą zainteresowani tym, by dowiadywać się, dlaczego ich dziecko bije kolegów. I co wtedy? Jak powinien zareagować NAUCZYCIEL PRZEDSZKOLNY, który z jednej strony chce szanować integralność dzieci (nie karać, nie przekonywać do przeprosin, jeśli dziecko tego nie chce), nie może liczyć na współpracę ze strony rodziców agresywnego dziecka, a jednocześnie czuje presję ze strony rodziców pozostałych dzieci, by coś z tą sytuacją zrobił, bo nie chcą, żeby ich dzieci były bite, zaczepiane, itd., Bo bardzo łatwo napisać, że kadrze przedszkolnej „zależy na tym, aby dziecko, jak posłuszny piesek, robiło różne sztuczki w oczekiwaniu na nagrodę”.

            Dla mnie to jest patowa sytuacja, z której nie ma dobrego wyjścia (jeżeli uważasz inaczej, chętnie poznam Twoje zdanie), bo mamy agresywnego dzieciaka, który, może wyjść z założenia, że wszystko mu wolno. Lub – jeśli zostanie w jakiś sposób ukarany – prawdopodobnie i tak nie zrozumie DLACZEGO tak naprawdę nie powinien być agresywny w stosunku do innych (i jeśli jego zachowanie się zmieni, to będzie to zmiana w celu uniknięcia kary). Na drugiej szalce natomiast, mamy pozostałe dzieci, które, w moim odczuciu, potrzebują wiedzieć, że istnieją pewne zasady, których trzeba przestrzegać. Bo sytuacja w której ktoś, w tym przypadku inne dziecko, źle je traktuje sprawia, że będą miały poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Co z kolei również może rzutować na ich poczucie własnej wartości, postrzeganie samych siebie, frustrację, itd.

  • Katarzyna Janik

    a jak postapić z tą zabawkę. Bo sama mialam ostatnio taką sytuację i owszem powiedziałm, ze to byla twoja zabawka i nowej nie kupimy. Ale nie mam pojęcia jak rezgować na histerie z tym związaną.

    • Być obok, przeczekać, bądź gotowym do przytulenia, gdy się skończy.

  • Marta Suchocka

    Witam,
    mam kilka pytań, od razu zaznaczam ,że nie mam własnych dzieci, ale sporo dzieci wśród znajomych i rodziny i mam pytanie o granicę.
    Dowiedziałam się kiedyś od rodzica, że nie stosowanie przemocy wobec dziecka, oznacza nie używanie swojej przewagi fizycznej, czyli np. jak dziecko maluje ściane kredkami, to nie wolno mi mu tych kredek zabrać, tylko mam „negocjować” aby zaprzestało swojego działania. Inny przypadek, podbnie jak opisany poniżej, dziecko jest wołane na kolację, ale woli oglądac bajke, dostaeje 5 minut, po pięciu minuach ogląda dalej, po czwartym wezwaniu wstaje i wyłaczam telewizor, jestem oblana fala hejtu ze strony dziecka jak i rodziców.
    To też pytam, czy można zabrać te kredki, wyłaczyć grę czy telewizor – ewidentna kara, no bo przecież nie zostawie dziecka bez kolacji w ramach konsekwencji wyborku bajki nad kolacją.

    • Wydaje mi się, że trzeba odróżnić przemoc od użycia siły. Jeśli chwytam moje dziecko, aby nie wpadło na ulicę, to używam siły, ale nie przemocy. Podobnie jeśli odbieram mu marker, którym pisze po ścianie. Przemoc pojawia się dopiero w momencie, kiedy postanawiam dodatkowo ukarać, np. klapsem, dziecko za takie zachowanie.

      Z telewizorem (czy innym ekranem) też nie do końca widzę ową przemoc. W końcu to jest nasz telewizor i to, że pozwalamy dziecku z niego korzystać to jest nasz wybór, a nie dziecka. Ewentualnie mogę doradzić, że najlepiej jest się z kilkulatkami umawiać nie na określony czas (np. 20 minut) przy telewizorze, lecz na koniec po określonej bajce. Dziecku łatwiej się wtedy oderwać.

      Także nie popadałbym w skrajność i twierdzenie, że w ogóle nie możemy wpływać na nasze dziecko siłą, gdy pisze po ścianie, bo co w przypadku gdyby śrubokrętem kręciło obok gniazdka? Czasami trzeba zareagować stanowczo (ale bez agresji) i najczęstsze są trzy przypadki: gdy chodzi o bezpieczeństwo dziecka, gdy chodzi o bezpieczeństwo innych dzieci i gdy chodzi o bezpieczeństwo otoczenia.

      • Marta Suchocka

        dzięki piekne :)