Czy naprawdę wyrośliśmy na porządnych ludzi?

Garść statystyk, które sugerują coś zupełnie innego. Do przemyślenia.

3475656949_4a5b47c295_b

Stare, dobre czasy

Kiedy czytam teksty zaczynające się od:

„My, urodzeni w latach 50-60-70-80 tych, wszyscy byliśmy wychowywani przez rodziców patologicznych. Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi.”

zawsze zastanawia mnie jedna rzecz. Czy naprawdę mieliśmy szczęście? Gdzie teraz są owe pokolenia? Co robią? Jak się czują? I czy naprawdę dzięki takiemu nostalgicznie-patologicznemu wychowaniu wyrośli na porządnych ludzi, jak wielu z nich twierdzi?

Dzisiaj więc chciałem pokazać kilka statystyk, po przeczytaniu których, każdy będzie mógł sobie sam odpowiedzieć na powyższe pytania.

8 milionów Polaków cierpi na zaburzenia psychiczne (1)

Zaczynamy z grubej rury. 8 milionów. Liczba, która niesamowicie mnie zaskoczyła, bo nie miałem pojęcia, że problem jest tak duży. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest nas w kraju ponad 38 milionów, to i tak wychodzi nam, że co piąta osoba ma jakieś zaburzenie.

Niestety okazuje się, że jest jeszcze gorzej, gdyż po zgłębieniu badań okazuje się, że owe 8 milionów dotyczy wyłącznie ludzi dorosłych (wiek 18-64). A więc dodając do tego dzieci, młodzież i ludzi starszych, to wyjdzie nam w sumie 12 milionów osób z zaburzeniami psychicznymi. To jest niemal jedna trzecia całego kraju. 

Nawet to nie jest jeszcze koniec. Z tych 8 milionów, aż 6 milionów ma zaburzenia średnie i silne, które wymagają pomocy. Niestety ledwie 1-1,5 miliona z tej pomocy korzysta. Reszta nie potrafi ich zdiagnozować lub nawet o nich porozmawiać, bo w Polsce jest to dalej oznaka słabości. Rozmawianie o problemach? Lepiej chodźmy się napić.

3 miliony osób z problemami alkoholowymi

Wśród powyższej grupy mamy prawie milion alkoholików i kolejne dwa miliony osób, które alkoholu zdecydowanie nadużywają. Co powoduje, że piją? Najczęściej piją, aby zapomnieć o problemach w domu, w szkole lub w pracy, żeby się rozluźnić, żeby zyskać aprobatę otoczenia lub żeby przełamać nieśmiałość. Jakie są uboczne „straty” tej statystyki? Rozbite rodziny? Przemoc domowa? Pijani kierowcy? Możemy sobie wybrać.

Mężczyźni są głównymi ofiarami tej choroby, a jest to spowodowane tym, że to właśnie my, faceci, nigdy nie byliśmy uczeni rozmowy o naszych uczuciach. Nie byliśmy uczeni tego, jak radzić sobie z problemami lub nawet tego, że te problemy mieć będziemy. Wręcz przeciwnie. Słyszeliśmy „bądź mężczyzną” i zamiast rozwiązań, dostawaliśmy strzał w tyłek albo w twarz (pisałem już o tym w tekście Dwa najgorsze słowa, jakie można powiedzieć do chłopca). Bo prawdziwy mężczyzna się nie mazgai. Prawdziwy mężczyzna sam sobie radzi z własnymi problemami.

A jak sobie nie radzi, to zawsze może się powiesić, bo wśród prawdziwych mężczyzn nie ma dla niego miejsca. Nikt tego oczywiście nie mówi wprost, ale taki właśnie jest efekt.

28 Polaków próbuje się zabić każdego dnia. 16 się udaje (2)

Z czego aż 85% to właśnie mężczyźni. Ta statystyka, w porównaniu do pozostałych, może nie wydawać się aż tak wielka, jednak gdy się zagłębimy w dostępne dane, okaże się, że najwięcej samobójców, decyduje się na ten czyn, z powodu nieporozumień rodzinnych. Wyobrażacie sobie?! Problemy komunikacyjne z tymi, którzy powinni nam być najbliżsi, są głównym powodem, aby pragnąć śmierci.

To jest bardzo ważna informacja dla wszystkich rodziców

Powyższa statystyka moim zdaniem bardzo silnie dowodzi, że ponad wszystko, pragniemy właśnie akceptacji. Pragniemy bliskości. Pragniemy miłości bezwarunkowej. Szczególnie od osób nam najbliższych.

Niestety przez wiele lat dzieci jej nie dostawały. Dostawały miłość, gdy były grzeczne, ale gdy były niegrzeczne, dostawały kary i lanie. To była dla nich bardzo szybka nauka tego, że inni są ważniejsi. Że potrzeby innych są ważniejsze od naszych własnych. I że problemy się ukrywa nawet przed najbliższymi, bo rozmowy o problemach nie prowadzą do ich rozwiązania, lecz do agresji u innych osób.

Jak gdyby dzieci same nie wiedziały, że popełniły błąd i potrzebowały dorosłego, który im to wbije do głowy.

Z takich właśnie rodzin wyrastają właśnie później albo ludzie którzy nie radzą sobie z własnymi problemami albo ludzie, którzy ponad wszystko pragną zaspokajać potrzeby innych. Bo tak bardzo brakuje im akceptacji, że w stanie zrobić wszystko, aby ją otrzymać. Oni potrafią całe życie sądzić, że właśnie to – zaspakajanie potrzeb innych – da im szczęście, miłość czy uznanie.

Tacy ludzie są wszędzie

Faceci, którzy każdego wieczoru wychodzą na piwo z kumplami, zostawiając w domu rodzinę, bo przecież kumple i alkohol są ważniejsi. Kobiety, które przez całe życie odkładają swoje plany i karierę, aby mąż mógł się realizować, bojąc się samej spróbować czegoś nowego. Czasami tylko samych siebie zapytają czy naprawdę o takim życiu marzyli jako dzieci, ale ostatecznie i tak nie mają dość siły, aby na to pytanie odpowiedzieć lub coś z tym zrobić.

Bo nikt im tej siły nie dał. Bo rodzice nauczyli ich takiego właśnie życia. Służalczego. Pod dyktando innych.

Nie ma jednego winowajcy

To nie jest oczywiście tak, że „tradycyjne wychowanie” (czyli pasem i klapsem) jest jedynym winnym tych wszystkich psychicznych zaburzeń, na które obecnie cierpią Polacy. Chowanie pod kloszem, zwane też bezstresowym, też prowadzi do wielu różnych zaburzeń i wcale bym nie nazwał ich mniej niebezpiecznymi. Szczególnie, że na widok takiego bezstresowego nastolatka, który traktuje innych ludzi jak śmieci i uważa, że wszystko mu się należy za sam fakt jego istnienia, to mi samemu się nóż w kieszeni otwiera.

Nie bez znaczenia pozostaje też kwestia genów i środowiska.

Niemniej takie historie nie są czymś wyjątkowym:

„Systemowym” podejściem niektórzy rodzice się chlubią. Na jednym z forów internetowych ojciec o pseudonimie Krzysiek szczegółowo opisał, jak swojemu ośmioletniemu synowi, mimo płaczu i próśb, wpalił na goły tyłek 15 pasów. Matka trzymała dzieciaka za ręce, ale i tak się wyrwał i zasłonił obolałe pośladki, więc za karę obiecano mu kolejną dawkę. „Rano, jak go zawołałem, przyszedł i na początku coś marudził” – relacjonuje „Krzysiek”. W końcu jednak „grzecznie się rozebrał i położył na taborecie”. Sprawiedliwy ojciec docenił postęp w zachowaniu dziecka: zamiast obiecanych 15 pas świsnął tylko 10 razy.” (3)

Niestety aż 82% badanych w 1991 roku (3) przyznało się do tego, że w wychowaniu stosowali przemoc fizyczną. W roku 2008, w dalszym ciągu 78% ludzi uważało, że są sytuacje w których należy stosować kary cielesne (4).

Z tego wysuwa się jasny wniosek: cztery na pięć polskich dzieci, było wychowywane w domu, w którym zamiast rozwiązywać z dzieckiem problemy, karano je za to, że w ogóle miały problem. Problemy były więc chowane i ukrywane. Wewnątrz. Jeden za drugim. Niektóre dzieci miały szczęście i trafiały na przyjaciół, nauczycieli czy partnerów, z którymi mogli się problemami podzielić i je rozwiązać. Niestety sporo ludzi takiego szczęścia nie miało. I tych zgromadzonych problemów było coraz więcej i więcej. Jak pokazują powyższe badania, aż jedna trzecia wszystkich Polaków nigdy takiego wsparcia nie dostało. Stąd też bierze się owe 12 milionów ludzi.

Teraz pozostaje zadać sobie tylko jedno pytanie

Czy chcemy ryzykować, że nasze dzieci również znajdą się w tej grupie? Bo wyjdziemy z założenia, że przecież „nas też tak wychowywano i mimo wszystko wyrośliśmy na porządnych ludzi”? Szczególnie, że gdy weźmiemy pod uwagę powyższe statystyki, to dość łatwo zauważymy, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia co my.

Bibliografia:

1. Kondycja psychiczna mieszkańców Polski. Źródło.

2. Samobójstwa 2014. Źródło.

3. Klaps nasz powszedni. Źródło.

4. Społeczne przyzwolenie na bicie dzieci. Źródło.

Prawa do zdjęcia należą do Elisabetta.

  • Trafiłeś w samo sedno. Nas w dzieciństwie traktowano przedmiotowo i wielu obecnych, młodych rodziców postępuje tak samo. Co jest smutne i przerażające zarazem. Wystarczy szanować dzieci, kochać je i być wsparciem. A nie wyrocznią i niestety często katem. I życzę wszystkim, którzy są jak cytowany przez Ciebie „ojciec” (choć ciężko tego bandytę ojcem nazywać) żeby na starość role w rodzinie się zamieniły.

  • Marek Kozłowski

    Nareszcie ktoś to zebrał i opisał. Jak ktoś by chciał zidentyfikować i przeciąć powtarzające się wzorce/archetypy kulturowo/wychowawcze to polecam. https://www.facebook.com/mateuszgrzesiak?fref=ts

  • „cztery na pięć polskich dzieci, było wychowywane w domu, w
    którym zamiast rozwiązywać z dzieckiem problemy, karano je za to, że w
    ogóle miały problem” – tu jest clue – widzę to w domach moich rodziców i dziadków, to lanie za każdą złą ocenę, rozdarty lub ubrudzony ciuch, jakby to był „koniec świata”. Nie wspomnę o odpowiedzialności zbiorowej i niewysluchiwaniu drugiej strony, wbrew fundamentalnej zasadzie prawa rzymskiego :( Dzieci miały być ciche i „grzeczne”, a jak nie, to w łeb, aż problem nie zniknie. Zimno się robi na samą myśl… Do tego brak uczuć i przekonanie, że pochwały szkodzą, a jedynie ścisły rygor jest drogą do sukcesu… brr…

  • o chlopcu I

    Ojciec ! Jak ja Cie lubie ! Za prawdę i za otwieranie oczu …. Mnie teksty ” my dzieci lat ….” bardzo denerwują . Moze nie słowa bo rozumiem sentyment do gumy balonowej ale interpretacja … Ja nawet sentyment do klapsa rozumiem ale to nie oznacza, ze bije własne dzieci. Czym innym jest wspomnienie a czym innym prawda i realistyczna ocena. A pod takimi tekstami zawsze całe litanie komentarzy pod tytułem ” no wlasnie, ja tez ” … Tak ! A kiedyś ludzie w jaskiniach na czterech chodzili …

    • Dokładnie tak, aż się ciśnie na usta, żeby wrócić do średniowiecza czy do prehistorii wręcz, skoro kiedyś było nam tak dobrze. Jasne, były pewne zalety, ale wady też były. Nie można być ślepym w tym względzie, bo to do niczego dobrego nie doprowadzi.

  • Anna Bejrowska

    Jestem urodzona 92 roku i problem dotyczy również mnie. Mam przed sobą ostatni tydzień pracy w żłobku i z przykrością stwierdzę, że połowa dzieci będzie miało problemy takie jak ja/ albo i gorsze.
    Ja się swojej choroby nie wstydzę. Napisałam nawet swój pierwszy artykuł pt: kogo można spotkać w poczekalni do psychiatry?
    Od listopada będę uczęszczać na oddział dzienny psychiatryczny i niestety w dobrej połowie przez ludzi, którzy nie wiedzą, że przemoc psychiczna/fizyczna/społeczna nie jest rozwiązaniem do wychowania dobrego dziecka (rodzice, szkoła, rówieśnicy, toksyczni ludzie są naokoło nas problem tkwi w miękkich sercach i w tym że jesteśmy zbyt przewrażliwieni na to co nas otacza – bo otacza nas o wiele więcej niż kiedyś naszych rodziców)
    Czytam od niedawna, mądry Ojciec z Ciebie.

    • kolorowe kredki

      Podziwiam za odwagę! Ja ciągle gdzieś to w sobie tłumie

      • Anna Bejrowska

        nie ma co tłumić, trzeba leczyć. By zerwać schemat wychowania.

  • Katarzyna Gieracka

    W moim rodzinnym domu też był pas …i wódka i brak czasu …na rozmowę, na tłumaczenie życia, na odpowiedzi …W domu mojego męża była za to oziębłość,pod rzucanie dzieci ciotce, brak tradycji czy zwykłej zażyłości.Taki przykład:teściowa nie pamięta dat urodzin swoich dzieci,daty śmierci męża,a nawet imion wnuków…bo to do niczego jej nie potrzebne,a 1Wigilia w domu męża to barszcz z uszkami zjedzony przed telewizorem…i nie wiem co gorsze.Ale najważniejsze ,że dwie pokaleczone dusze stworzyły ciepły dom,w którym dzieci są szczęśliwe…nikt nie podnosi na nie ręki,tłumaczymy,rozmawiamy ,czytamy,kochamy,przytulamy….jesteśmy dla siebie i dla nich ….szanujemy się wzajemnie i choć nie jesteśmy idealni to bardzo się staramy…

    • I dzięki takim osobom jak wy, świat powoli będzie się zmieniał na lepsze. Kiedy to wszystko co wynieśliśmy z domu sprawi, że nigdy nie będziemy chcieli tego samego dla naszych dzieci i wybierzemy inną drogę. Dajecie nadzieje.

      • To prawda, niestety, jeszcze sporo czasu minie zanim rodzice zaczną myśleć jak dobrze wychować swoje dziecko i wydaje mi się, że takich ludzi jak nas jest mało (pomimo, że mam dopiero 21 lat i jeszcze długo ojcem nie będę ;) ).

        • Pawel

          Widzisz, ja mam 28 i dopiero czuję, że zaczynam wkraczać w dorosłość, przy tym zanim siebie określę, zanim „ustatkuję”, dorosnę do bycia Ojcem i będę miał wystarczające nakłady finansowe miną lata.

          • Ania Lwsx

            To grubo :) Jestem w dokładnie twoim wieku i czuje się okrutnie staro, a ty powolutku wkraczasz w dorosłość.. chyba powinnam zmienić myślenie ;)

            • Pawel Zabicki

              Coś robisz/idzie nie tak, niestety.

  • kolorowe kredki

    W „moim rodzinnym domu” nie było problemu alkoholowego wręcz przeciwnie, uwielbiałam wręcz kiedy do ojca przychodzi znajomi na wódkę, bym miły, towarzyski, zabawny, odwiedzali nas jacyś ludzie, coś się działo no i był wtedy zawsze w dobrym humorze – o ironio…
    Klapsów w stronę dzieci nie było, dostałam raz z liścia w twarz za to, że płakałam po tym jak kolejny raz zostawałam zwyzywana od pojebanych, popierdolonych lewusów, ach te nieznośne 7 latki.. w „moim rodzinnym domu” była totalna przemoc psychiczna ze strony ojca, ale pomijam to jak mam zrytą psychikę, to, że mój brat trafił na żonę bardzo podobną do tatusia i sięga właśnia dna, pomijam to wszystkie przepłakane noce i modlitwy do boga, żeby tatuś wyjechał daleko.
    Najbardziej bolała niewiedza wszystkich w koło, sąsiadów, rodziny, przyjaciół rodziny – nikt nigdy nie zapytał, nie spojrzał, nie wyciągnął ręki… przecież byliśmy „taką cudowną rodziną, przykładem dla polskich rodzin…”

    • Paulina Gaworska

      Dałaś mi do myślenia…
      Chyba nazwalas to co czuję

    • To się dalej dzieje. Problemy z przemocą czy z alkoholem dalej w wielu domach są niestety bagatelizowane, szczególnie przez najbliższą rodzinę. To jest najgorsze. To poczucie bezradności i całkowity brak wsparcia. Aż by się chciało wziąć i tych wszystkich ludzi, którzy biernie patrzą na ludzką krzywdę wziąć i skazać na to samo…

    • kolorowe kredki

      I jeszcze jedna myśl mnie naszła, wiecie chyba najgorsze/najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że to nigdy nie jest czarno-białe, mój ojciec potrafił być naprawdę super – nie raz chodziliśmy całą rodziną na obiady, kolacje, do kina, do teatru, coś świętować – tak jakby tej przemocy nigdy nie było (była cały czas, natomiast z biegiem czasu została tylko słowna). Nie raz myślałam sobie jakie to dziwne, że siedzę w niedziele przy jednym stole z osobą, która zrujnowała mi psychikę, która tłukła głową mojej matki o ścianę, i tak sobie siedzimy wszyscy razem nad tych schabowym jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

      • A przy tym wszystkim jest jeszcze świadomość, że ta osoba nawet nie czuje się źle z tym co zrobiła. I prawdopodobnie do końca życia będzie się uważać za jednego z tych porządnych ludzi.

        • kolorowe kredki

          trafiłeś w sedno, raz jeden spytałam go czy nie pamięta jak tłukł głową matki o ścianę, stwierdził, że jesteśmy pojebane i nic takiego nie było, ech. Przepraszam za przekleństwa, ale uważam, że nie ma co owijać w bawełnę. Nie dość, że on nie widzi w tym nic złego, to za to ja czuje się ta zła i to ja publicznie się do tego nie mam odwagi przyznać, podpisać imieniem i nazwiskiem – ja, ofiara…

          • Dobrzy ludzie często czują się winni, mimo, że nic nie zrobili. Źli niestety nie czują się winni nigdy. Dlatego też trzeba sobie wybaczyć i innym też. Bo ta niechęć czy czasami wręcz nienawiść, krzywdzi tylko nas samych. I chyba najlepiej odciąć się od takich osób. Raz, a dobrze. Niech chociaż to im zaburzy spokój ducha.

  • Kinia

    Nie ma pewności, że to jak
    my wychowujemy nasze dzieci uchroni ich od różnych zaburzeń.. rodzina która
    tworzymy to nie samotna wyspa, na rozwój maluchów ma też wpływ otoczenie i
    nawet często myślę, że może i dobrze, że nie jest takie poprawne i idealne, że
    w przedszkolu czy szkole działa statystyka społeczeństwa i moje dziecko w
    pewnym stopniu się „zahartuje”, mało tego czasem sie boję, że jak w
    domu ma tak odmienne warunki niż ja miałam ( ojciec alkoholik, przemoc itd. ,
    separacja rodziców ) to czy da sobie radę w krwiożerczym świecie, kiedyś
    później, bo ja daję sobie radę i może to dzięki trudom wcześniejszym.. Ale tak
    sobie myślę, że ja chce mu ufundować fantastyczne wspomnienie dzieciństwa,
    niech gdzie indziej „obrywa”, a do mnie wraca po wsparcie, i jak
    czasem w chwili słabości nakrzyczę na któregoś z synów, to straszeni, ale to
    strasznie się cieszę, że żaden z nich nie boi sie mnie i potrafi postawić się
    mówiąc ” nie krzycz na mnie/mojego brata” bo ja nawet mając lat 15
    bałam się ojca przeraźliwie.. I pamiętam też, że może sobie radzę bo mam
    wsparcie w mężu, który pomógł rozprawić się z przeszłością, aby wpływu nie miała
    na nasze DZIŚ..

    • Katarzyna Kempina

      Nie ma pewności, ale jest duża szansa. Badania różnych społeczeństw pokazują, że im mniej przemocy, tym większy rozwój nie tylko społeczny i kulturalny, ale też techniczny. Po prostu, jeśli nie czujemy permanentnego zagrożenia, to stajemy się kreatywni. Piramida potrzeb.
      Ty miałaś ciężki start i sobie „jakoś”radzisz, a Twoje dzieci mają lekki start i już teraz są dalej, z tego co piszesz :) Wychowanie w duchu miłości, akceptacji i porozumienia to niesamowity potencjał społeczny, który dajemy naszym dzieciom. Już na starcie mają narzędzia, żeby się mierzyć z przeciwnościami losu w cywilizowany sposób :)

      • kolorowe kredki

        Miało być do KINI

        Hmm powiem Ci tak, ja sobie poradziłam, ale mój brat osiąga życiowe dno – a oboje byliśmy tak samo „hartowani” – różnica? Ja trafiłam na faceta, który mnie z tego wyciągnął, on na kobietę, która go jeszcze bardziej spychała na dno. Nie ma reguły. Myślę, że wybrałaś najlepszą drogę dla swoich dzieci :)

        • Kinia

          chyba właśnie w ostatnim zdaniu starałam się to ująć, że gdybym nie spotkała TEGO mężczyzny, świetnego męza ,ojca i człowieka mogłoby być źle bo jednak pamiętam swój wcześniejszy na maksa toksyczny związek..

  • Konrad Norowski

    To jest bez sensu. Stworzyliśmy durny i nieprawdziwy obraz mężczyzny który nie okazuje emocji, zawsze chłodny i zdystansowany, radzi sobie z każdym problemem, a jeśli nie to cóż, selekcja naturalna… Obraz który nijak ma się do rzeczywistości, skoro tyle ludzi wysiada i nie radzi sobie z dążeniem do niego.

    • To jest bardzo ciężki temat i zawsze ciężko mi jest się do niego zabrać. Niestety dalej wielu ludzi uważa, że facet nie może okazywać słabości czy smutku, bo to jest niemęskie. A rozmowy o problemach ograniczają się niestety do spotkań przy piwie, bądź przy kieliszku.

  • Kalina Latosińska

    Każda osoba przed rozpoczęciem życia rodzinnego powinna przejść obowiązkową psychoterapię.

    • Wystarczyłyby lekcje empatii i komunikacji bez przemocy. Ale tego chyba szkoła nas prędko nie nauczy i musimy liczyć na samych siebie.

      • Kalina Latosińska

        Wiele wydarzeń i poglądów w naszym życiu warunkuje dzieciństwo. Jeśli do tego dołożymy geny i osoby w naszym otoczeniu mamy 3 rzeczy, które wpływają na nas samych. A warto wiedzieć jakie mechanizmy nami kierują.

        W mojej ocenie szkoła zapomina o rozwoju osobistym, w efekcie czego mamy później wokół siebie wielu nieszczęśliwych ludzi. Ci nieszczęśliwi ludzie popadają w depresję i inne choroby głowy, które obecnie są odsunięte na bardzo dalekie tory. Myślę, że to wynika trochę z braku dialogu w tym zakresie, i trochę z barku przymusu bycia efektywnym wśród nauczycieli czy rodziców. Po co rozbudzać w dzieciach ciekawość świata, skoro nikt od nas tego nie wymaga. Przecież tak bardzo chcemy być przeciętni.

  • Zawsze powtarzam, że gdyby tak dokładnie przyjrzeć się naszemu pokoleniu, to pod kątem normalności nie wypadamy najlepiej. Myślę, że te 3 mln ludzi z problemami alkoholowymi to numerek nieprawdziwy. Jest ich zdecydowanie więcej tylko Ci dobrze sytuowani, którzy piją tylko wieczorem po powrocie z dochodowej pracy uważają, że to normalne i nie ma nic wspólnego z alkoholizmem. To nic, że dla nich każde spotkanie towarzyskie, czy rodzinne to powód by napić się zdecydowanie za dużo, oni nie mają problemu. Pracują, utrzymują rodziny, więc chyba im wolno napić się od czasu do czasu.

    • Niestety znam wielu takich, którzy podpadają pod ten schemat. Prawnik, lekarz, prezes. I podobnie jak Ty, podejrzewam, że ich w tych statystykach nie uwzględniono.

  • Gdy pisałem o dda odbiór był jeden: „odpuść, nie zajmuj się przeszłością. Przestań o tym myśleć, zapomnij.” Ale na boga! 3 mln ludzi dolicz do tego żonę i ~1-2 dzieci w rodzinie. To jest ogromna skala.
    Jak już przestałem o tym pisać ludzie z którymi rozmawiałem często mówili „ja to czytałem, było dla mnie ważne, czułam/em w tym część swojej historii”. Mówili, tak jakby chcieli żeby ich słowa zostały usłyszane, ale zaraz potem uleciały….
    3 miliony…

    • Skala ludzi cierpiących na dany problem to jedna rzecz, a skala wszystkich ludzi dotkniętych owym problemem, to jest kolejna rzecz. Słusznie zauważyłeś. Tylko jeśli zaczniemy to tak liczyć, to niestety nie napawa to optymizmem.

      • Właśnie, ale żadne z tych badań nie napawa optymizmem.
        Możemy patrzyć na to z drugiej strony: jest nad czym pracować, możemy zrobić coś, by żyło się lepiej.
        Lepiej – niekoniecznie jak ze spotu wyborczego, ale tak normalnie, po ludzku.

    • kolorowe kredki

      DDA, DDD – tylko powiedzcie, skąd wziąć siłe, żeby z tym walczyć? Nie raz zbierałam się w sobie, żeby iść do kogoś kto mi z tym pomoże, tylko na samą myśl, że mam o tym opowiedzieć (sic!) po prostu uciekam w głąb siebie i staram się to zakopać, sam fakt, że pisze to tu – jako anonim już jest ciężkie

      • Zapoznaj się proszę z metodą 10 kroków. Warto przemóc się i zapisać się do grupy („iść do kogoś”) i nie trzeba od razu na pierwszym spotkaniu się uzewnętrzniać. Czasem warto pobyć z osobami, które miały podobne problemy i przede wszystkim z kompetentną osobą, która wie jak pomóc.
        Co do odwagi, próby pokazania siebie – podchodzę do tego troszkę brutalnie. Podczas wybryków takiego rodzica cała dzielnica/wioska/miasteczko wiedziało co, gdzie i jak się dzieje, więc mówiąc, że to wszystko jest anonimowe i w tajemnicy tak naprawdę szukałem usprawiedliwienia dla siebie, by nic z tym nie robić, gdy rzeczywiście wszyscy o wszystkim wiedzieli i dla nikogo nie było to żadną tajemnicą.

        • kolorowe kredki

          hmm, żeby było zabawnie, właśnie byłam tak skrytą osobą, że moja przyjaciółka z która się wychowywałam, która mieszkała 5 m dalej dowiedziała się o tym dopiero po 25 latach. I była w totalnym szoku jak to możliwe, że nic nie wiedziała. Ja sobie jeszcze jakoś radzę, ale chyba najbardziej dobija fakt, że moja matka ciągle w tym siedzi.. ona swoje też ma za uszami, ale przy nim to pikuś. Miała szanse się wyrwać ale odpuściła i jeszcze zmieszała mnie z błotem. Nie którym ludziom chyba nie da się pomóc.

          • kolorowe kredki

            i jeszcze dla sprostowania; to nie jest tak, że siedzę w koncie i roztrząsam wszystko. Jestem silna! Jestem zadowolona ze swojego życia, mam cudownego faceta, prace która mnie uszczęśliwia, jego rodzinę na którą zawsze możemy liczyć, kończę drugie studia, planuje kolejne – chociaż przypuszczam, że nie jedna nauczycielka już dawno spisała mnie na straty. Walczę ze swoimi demonami i nie daje sobie wejśc na głowę, od 2 lat zerwałam całkowicie kontakt z oprawcą. Żyję, żyję tak jak nie żyłam kiedyś, czasami tylko kiedy patrzę na ojców jak bawią się z dziećmi, jak patrzą na te dzieci, jak o nich mówią i tym błyskiem w oku – to wtedy właśnie robię się na parę sekund słaba i smutna – bo patrze na coś pięknego czego nigdy nie doświadczyłam.

            Czasem tak nie wiele dziecku potrzeba do szczęścia.

  • Kot Niezależny

    Dopiero w kontraście z moim mężem widzę różnice w naszym wychowaniu. U mnie było ciśnienie, by być najlepszą bez możliwości pomyłki, u niego – luz, kiedy coś się nie udało. U mnie nagrody za wyniki, u niego po prostu – obecność rodziców bez dozowania jej w zależności od zasług. Moi rodzice mówili „kocham cię”, jego rodzice co weekend spędzali razem aktywne dni. Jego rodzice nie są wylewni, uczuciowi, ale można na nich liczyć i nigdy nie byli kimś, kogo należy się bać. Moi budowali autorytet na uczuciowości, ale w najważniejszych momentach nie stawali na wysokości zadania. Ja uważałam, że miałam wyjatkowych rodziców, mój mąż – że ma normalnych.
    I takie tam.
    Dziś wychowujemy syna będąc zlepkiem tego wszystkiego, choć osobiście, wolałabym nie być moimi rodzicami.

  • O matko, nareeszcie! Te wszystkie demotywatory o dzieciństwie na trzepakach, gdy rodzice nie wiedzieli nic o tym, gdzie i co dzieje się z szyją, na której wisi klucz od domu a wszystko i tak kończyło się dobrze- to takie romantyczne i idealne. Ale jest NASZE pokolenie- alkoholizmu kobiet, depresji, zaburzonych relacji i abonamentów na terapie. Dzięki za ten tekst!

    • Nie ma sprawy. Sam potrzebowałem go podesłać paru osobom, które tak się roztkliwiały nad tymi starymi, dobrymi czasami :)

  • Kamil, przerażające liczby i świetny tekst.
    Ci wszyscy ludzie mówią, że „wyrośli na porządnych ludzi, BO ich bito i krótko trzymano”, zamiast stwierdzić, że wyrośli na porządnych ludzi POMIMO tego wychowania.

    • Żeby to stwierdzić, najpierw trzeba do tego dojrzeć. Niestety, paradoksalnie, im bardziej owe osoby były bite, tym ciężej jest im dostrzec, że to była zwykła przemoc i rozładowywanie emocji dorosłego człowieka, który nie potrafił nad sobą zapanować. Oni chcą i niektórzy wręcz muszą wierzyć, że to była miłość, bo inaczej cały świat by się im zawalił.

      • kolorowe kredki

        Łatwiej wydaje się to w sobie zdusić niż zmierzyć się z problemem, a to, że prędzej czy później wybuchnie to tylko kwestia czasu..

  • barra

    przytoczona historia „ojca podpisującego sie Krzysiek” to temat na namierzenie IP, raport na Policję i niebieską linię. to wstep do nastepnej historii takiej jak opisał Szczygieł w reportażu „Śliczny i posłuszny”. daj link do tego posta.

    • Ten cytat pochodzi z artykułu do którego linkuje, ale tam już nie ma dalszych namiarów na owe forum niestety.

    • mono

      zawsze mnie to zastanawia, jak to zrobić, ponieważ istnieją fora poświęcone specjalnie osobom, które dyskutują o tym, jak najlepiej ukarać dziecko, jaką metodą, ile pasów, kto może pomóc… To chore.

  • Krzysztof Rutkiewicz

    Miałem się tutaj trochę naprodukować, ale pójdę na łatwiznę i wkleję filmik, który moja zona ostatnio gdzieś znalazła, myślę, że idealnie obrazuje sytuację…
    https://www.youtube.com/watch?v=0Gj9SC75edk

    • Kinia

      uwielbiam ten filmik… jak mam gorsze dni, keidy brak czasu i cierpliwości puszczam sobie, a mój prawie 5 latek uwielbia gdy sie go pytam: kto kogo jadł na obiad zupa jego czy on zupę :) i od kiedy weszło mi w nawyk tak traktowanie tego tematu nie zdarzyło mi się zdenerwować na ubrudzone ciuchy,nawet te super wyjsciowe założone 5sec temu..

  • Wioleta Mikulska

    Jakie to cholernie prawdziwe!
    Po dziś dzień bezwiednie podążałam za teorią,że na miłość i zainteresowanie trzeba sobie zasłużyć :/ Nasi rodzice (mnie i siostrę wychowywała mama i jej

    • Kiedyś było „szanuj ojca swego i matkę swoją”. Bezdyskusyjnie, bezrefleksyjnie. Dobrze, że dzieci są dzisiaj bardziej świadome.

  • eV

    >cztery na pięć polskich dzieci, było wychowywane w domu, w
    którym zamiast rozwiązywać z dzieckiem problemy, karano je za to, że w
    ogóle miały problem
    Zawsze, kiedy coś zgubiłam.
    Zawsze, kiedy coś zniszczyłam.
    Zawsze, kiedy coś mi nie wyszło.
    Zawsze, kiedy się z kimś pokłóciłam, zwłaszcza z młodszą siostrą.
    Do dzisiaj nie mówię rodzicom o wszystkim. Dzwonię do nich raz na parę tygodni, rozmawiam o pogodzie, o tym jak minął tydzień, co robiłam a co oni, co słychać w małym miasteczku. Z uczuć opisuję tylko ból głowy.

    • Wielu z nas nie potrafi i już nigdy niestety nie będzie potrafiło porozmawiać z rodzicami o rzeczach naprawdę ważnych. Niektórych rzeczy zwyczajnie nie da się już odbudować, a niektórych ludzi odmienić. Możemy tylko mieć nadzieję, na niepowtórzenie tych samych błędów.

  • mów mi depresja

    Dorzucę swoje 3 grosze. W moim domu tata był tylko od święta bo pracował za granicą, jak przyjeżdżał była walizka z prezentami i na tym się radość z posiadania taty kończyła. Tata nie poszedł ze mną nauczyć mnie jeździć na rowerze – musiałam to zrobić sama, Nie bywał na dniu ojca a samodzielnie zrobiony przeze mnie prezent wyrzucił do śmieci. Jak mi było źle to wysyłał mnie do pokoju i naśladował mój płacz żeby zrobić mi na złość. Kiedy miałam jakieś ambitne plany cała rodzina je wyśmiewała i tym sposobem zamiast na prawo poszłam na polonistykę, chociaż nie miałabym problemu, żeby się na prawo dostać. Tak było zawsze.

    Byłam prymusem ale nie uczyłam się dla siebie, tylko dla nich, Żeby tata był ze mnie dumny. Tymczasem pamiętam jak mnie terroryzował kiedy czytałam na głos przy nauce czytania. Pamiętam jak się bałam. Do tej pory potrafię pięknie czytać na głos ale zdiagnozowano u mnie dysleksję, wymysł 21 wieku i leniwych dzieciaków. Jak coś przeskrobałam chowałam się w pokoju i udawałam, że śpię. Często moczyłam się w nocy, nawet jako nastolatka. Studia skończyłam na ocenę bardzo dobrą, dostałam nawet nagrodę rektora za działalność w środowisku akademickim, mimo, że rodzice mówili mi, że mam się nie wychylać. Do tej pory się nie wychylam, choć moje ambicje są ponad to.

    Mimo tego, że mam wszystko czego potrzebuję do szczęścia nie jestem szczęśliwa. Całe życie porównywana, nie potrafię cieszyć się z tego co mam. Moi rodzice nie wiedzą nic o antydepresantach, które biorę. Dwa lata temu moja mama wygarnęła mi, że uważam się za taką piękną, zgrabną i mądrą a resztę traktuję z wysoka. W potoku słów uwidoczniał się jakiś rodzaj zazdrości. Stwierdziłam że to chyba dobrze, że czuję się dobrze w swoim ciele i jestem pewna siebie. Przecież mama nic nie wie o tym, że to tylko maska.

    Mój syn ma 4 lata, jest równie wrażliwy jak ja. Możliwe, że będzie miał dysleksję, patrząc na sposób w jaki się rozwija. Raz nie wytrzymałam swoich nerwów i dostał klapsa. Stanął jak wryty i spojrzał mi w oczy. Był zaskoczony równie jak ja. Przeprosiliśmy się a ja do końca dnia byłam roztrzęsiona. Do tej pory brzydzę się, że powieliłam schemat, którego tak nienawidziłam. Całe życie byłam porównywana i wyśmiewana przez najbliższych. Do tej pory boję się sama zasypiać, miewam napady lękowe a z rodziną ograniczam czas nawet w Święta. Chciałabym, żeby mój syn realizował swoje marzenia, a nie wszystkich wokół.

  • Łukasz

    Jakkolwiek sporo do myślenia daje to wszystko, co tutaj przytoczyłeś, nie mogę się do końca zgodzić z jednym stwierdzeniem, które w mojej prywatnej ocenie jest naciągnięte: „cztery na pięć polskich dzieci, było wychowywane w domu, w którym zamiast rozwiązywać z dzieckiem problemy, karano je za to, że w ogóle miały problem”.

    Od razu, żeby naświetlić sytuację – jestem synem trepa (wojskowego) a kto miał ojca trepa, wie o czym mówię – szalona dyscyplina, przy której wspominane 15 pasów „na zimno” to naprawdę nic wielkiego. Naprawdę. Nie potrzebuję tutaj opowiadać o konkretach – uwierzcie na słowo, że dzieciństwo było koszmarem. Na pewno nie jestem tym „normalnym”, choć chcę wierzyć, że wyrosłem na dobrego człowieka (bez, a raczej wbrew udziałowi moich rodziców).

    Dziś mam 32 lata, własną rodzinę, cudowną żonę i zjawiskową córkę. Oraz ciężką depresję której żadne prochy nie są w stanie zaleczyć a żaden psycholog czy psychiatra podołać.

    No ale właśnie – pamiętając o wszystkim powyższym – wcale nie uważam, że przytoczona przez Ciebie statystyka –
    „W roku 2008, w dalszym ciągu 78% ludzi uważało, że są sytuacje w których należy dać dziecku klapsa” – była jakaś przerażająca. Jestem dokładną odwrotnością mojego ojca. Nie biję dziecka, staram się wszystko mu racjonalnie tłumaczyć, staram się okazywać miłość i bezgraniczną akceptację. Jednak są sytuacje, w których trzeba dziecku wyznaczyć granice. Nie jestem zwolennikiem źle pojmowanego „wychowania bezstresowego”. Nie jestem zwolennikiem karania dziecka. Jestem zwolennikiem myślenia. Jeśli pamiętasz – jako dorosły – jak to było być dzieckiem, to nigdy nie pozwolisz sobie na jego skrzywdzenie. Ale czasem musisz dać klapsa, zaznaczyć wyraźnie – tu jest granica. Klapsa. Nie lanie, nie piętnaście batów, nie „plaska w pysk”, nie żelazną dyscyplinę (50 pompek i zameldować po wykonaniu) i takie tam. Ale klaps – jeden, lekki, stanowczy, sprawi więcej dobrego, niż godzinny wykład, którego dziecko i tak nie przyswoi. To nie jest karanie za to, że dziecko ma problem. Dziecko potrzebuje naznaczenia granic, czuje się wtedy bezpieczniej. Naznaczmy te granice.

    Ale nie bijmy naszych dzieci, bo skończą właśnie tak samo „zdrowe” jak my.

    • Ostatnio widziałem świetną grafikę. W sensie taki układ logiczny, czy dawać klapsa:
      1. Jeśli dziecko jest za małe, aby zrozumieć nasze wytłumaczenie -> jest za małe, aby zrozumieć dlaczego dajesz mu klapsa (w sensie, może zrozumieć, że to przez to, że coś zrobiło, ale nie będzie rozumiało, że robisz to w trosce o nie).
      2. Jeśli dziecko jest dość duże, aby zrozumieć nasze wytłumaczenie -> tłumaczymy.

      Poza tym warto się też zawsze zapytać: dlaczego chcemy, żeby nasze dziecko robiło coś w dany sposób? Dlatego, że będzie chciało czy dlatego, że będzie się bało oberwać?

      A co do tego, że jesteś przeciwieństwem swojego ojca, to jest zupełnie normalne. Niektórzy ludzie powielają wzorce z domu, a niektórzy postanawiają sobie, że nigdy nie pozwolą dzieciom przejść przez to, przez co oni przeszli.

    • noida

      Trzeba dziecku wyznaczać granice, ale nie trzeba tego robić klapsem. Poza tym warto poczytać o rozwoju dziecka i dowiedzieć się, co jest nieposłuszeństwem, a co normalnym etapem rozwoju. Naprawdę da się bez klapsów wychować dobrych, empatycznych, porządnych ludzi.

      • Łukasz

        Nie wiem dlaczego, ale wszyscy i wszędzie demonizują tego mitycznego klapsa – jak już zaznaczyłem – czasem klaps, to najlepsze naznaczenie granic. Dziecko może jeszcze nie rozumieć dlaczego (naprawdę sporo wiem o fazach rozwojowych dziecka i rozumiem różnicę między nieposłuszeństwem a niezrozumieniem), ale może zrozumieć, że tu jest granica. Wolę dać klapsa, niż jeździć z moim dzieckiem po szpitalach. Ok 30% ciała mam pokryte bliznami poparzeniowymi – nie pozwolę, żeby coś takiego spotkało moją córkę tylko dlatego, że źle pojmuję „wychowanie w miłości i bez przemocy”. I nie należę do tych, którzy puszczają dziecko samopas, ale nikt nie należy do tych, co mają oczy z tyłu głowy. Klaps to broń ostateczna, ale jednak jak najbardziej dopuszczalna. To nie jest agresja, nieudacznictwo, bezmyślność, chodzenie na skróty – w moim odczuciu to jest dawanie dziecku granic, których ono potrzebuje. Ale teraz już się powtarzam…

        • mono

          „Klaps to broń ostateczna”
          Ciarki mnie przechodzą gdy czytam to zdanie. Jak gdyby dziecko i rodzic stali po przeciwnych stronach barykady.
          Nie spotkałam jeszcze ani jednego zdrowego argumentu za tym, kiedy ten jeden klaps zmienił cokolwiek na lepsze. W morzu osób będących za klapsem, nikt nie był w stanie przytoczyć jednej sytuacji kiedy ten klaps pomógł, zmienił coś w taki sposób, że dziecko się czegoś nauczyło oraz nie zachowało urazy do rodzica.
          Przestraszyło się i przestało? Owszem. Ale nauczyło? Człowiek w stresie nie uczy się.

          • Łukasz

            Teraz już mam wrażenie, że rozmawiam ze ścianą. Dlaczego mówisz o braku argumentów, skoro odpowiadasz na post, w którym przytoczyłem (same tylko najważniejsze z mojego punktu widzenia) argumenty? Niestety mam wrażenie że to nie zwolennicy klapsów są zatwardziali w swojej opinii, ale właśnie zwolennicy „bezstresowego wychowania” nie chcą w ogóle słyszeć/widzieć argumentów drugiej strony, co właśnie udowodniłaś. Raz jeszcze powtórzę – to nie jest wojna, to wyznaczanie granic, dziecko uczy się bardzo wyraźnie co mu wolno a co nie. Wyjaśnisz dwuletniemu dziecku, żeby nie ściągało wrzącej wody z gazu? Naprawdę? Dasz klapsa to pokażesz, że nie wolno tam sięgać. Gdyby mnie tak nauczono, dziś byłbym ładniejszym człowiekiem. Wyobrażasz sobie ile razy moja matka musiała to sobie powtarzać później w życiu? Tak, nie upilnowała dwulatka, tak, nie wierzę, że zawsze i wszędzie jesteś w stanie upilnować dwulatka.

            • Niestety zwolennicy klapsów mają bardzo wiele wspólnego ze zwolennikami bezstresowego wychowania i w bardzo podobny sposób krzywdzicie swojego dzieci. I dlatego też ja oraz wiele innych osób tutaj zebranych, wybieramy trzecią drogę, która opiera się na zaufaniu do własnego dziecka i jego zrozumieniu. Niestety ani zaufanie, ani zrozumienie nie może współistnieć razem ze strachem i przemocą.

              • Łukasz

                Zobacz co się dzieje – nie odnosisz się niemal zupełnie do mojego ostatniego posta, więc co wnosisz swoją odpowiedzią? Emocje. Niestety – wyraźnie widzę, że naruszyłem Twoją i wielu innych osób tutaj strefę komfortu, wyrażając swoje zdanie, zakładając mylnie, że przyszedłem na dyskusję na argumenty a nie na emocje. Wyłożyłem swoje karty na stół, wyraziłem zdanie, przedstawiłem też doświadczenia. W zamian dostałem jedną racjonalną odpowiedź (od Ciebie) i serię zarzutów – „nie znam się na fazach rozwojowych dziecka” (jestem pedagogiem, znam się), „ustawiam dziecko po przeciwnej stronie barykady” i na koniec, co już jest zwyczajnie przykre – że „krzywdzę swoje dziecko strachem i przemocą, nie okazuję mu zaufania”. Nikomu z Was tutaj nie zarzuciłem bezmyślnego podążania za Jesperem Juulem, źle pojętym rodzicielstwem bliskości itp, jednak w zamian dostałem jedynie emocjonalne ataki. W porządku, zasłużyłem, niepotrzebnie założyłem, że ktoś w ogóle chce na ten temat dyskutować. Niestety taką postawą udowadniacie właśnie brak zaufania i zrozumienia – w jaki sposób stosujecie to na własnych dzieciach, skoro w prostej internetowej dyskusji, z anonimowym facetem, który wyraził swoją opinię na jeden tylko z aspektów Twojej wypowiedzi – co wyraźnie zaznaczyłem w pierwszym swoim poście – nie potraficie zastosować się do głoszonych tutaj zasad? Niepotrzebnie zmąciłem wodę, niestety zbyt wiele jest osób wykazujących się samozadowoleniem ze swoich postaw, ale jednocześnie brakiem jakiegokolwiek autokrytycyzmu. Zastanówcie się ludziska, czy stosujecie się naprawdę do tego, co głosicie.

                I na koniec, ponieważ ze swojej strony zamykam tę dyskusję, moja – dziś pięcioletnia – córka, wielokrotnie w ciągu dnia przychodzi, przytula się, daje nam prezenty i mówi żonie, czy mnie „Kocham Cię”. Jeśli to nie jest zaufanie, to rzeczywiście nic nie wiem. Ale oczywiście musicie mi uwierzyć na słowo.

                • Ciężko mi jest dyskutować z człowiekiem, który stwierdza, że jeśli nie daję klapsów, to wychowuję bezstresowo, a wychowanie bezstresowe jest złe. Tak jest złe. Ja się zgadzam. I jednocześnie ja nie mam nic wspólnego z bezstresowym wychowaniem, więc wszystkie argumenty przeciwko niemu są zupełnie nietrafione.

                  Czekam więc na argumenty przeciw rodzicielstwu bliskości i wtedy możemy porozmawiać. Szczególnie, że jak piszesz – przyszedłeś tu na dyskusję na argumenty, a nie na emocje, a jednocześnie żadnego argumentu przeciwko rodzicielstwu bliskości jeszcze nie wytoczyłeś.

                  • Łukasz

                    Najpierw, żebyśmy zaczęli taką dyskusję, wskaż mi proszę miejsce, w którym oskarżyłem którekolwiek z Was o wychowanie bezstresowe, albo, że rodzicielstwo bliskości jest złe. Mówiłem o źle pojętym rodzicielstwie bliskości. Nie będę wytaczał przeciw temu argumentów, ponieważ sam zgadzam się z tą filozofią. Jednakże – i od początku wytaczam argumenty przeciw tej właśnie postawie –> nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że klaps jest zły. To Wy robicie ze mnie potwora który brutalizuje relację ze swoim dzieckiem, co uważam za manipulację, nadużycie i generalnie niegrzeczność. To Wy powinniście mi przytoczyć argumenty – przeciw klapsom, bo na moje argumenty przyszły tylko emocje. Ale nie musicie się irytować, prawdopodobnie w większości przypadków w innej dyskusji stalibyśmy po tej samej stronie „barykady” którą tutaj usypujecie, a poza tym, wszystkie Wasze argumenty prawdopodobnie znam, i prawdopodobnie niemal zawsze się zgodzę. Niemal, ponieważ poczytajcie powyższe posty.

                    Nie chcę się tutaj powtarzać raz po raz, a na pewno nie chcę zmienić tej rozmowy w przepychankę, w jaką się zamienia, tak jak mówię – warto czasem spojrzeć na argumenty drugiej strony, i nawet jak się nam nie podobają, to przynajmniej nie wojować z nimi dla zasady. Wiem że nikogo tutaj nie przekonam do swojej postawy – teraz odpowiadam już tylko, żeby uściślić swój punkt widzenia.

                    • Ależ ja mam całe mnóstwo argumentów przeciwko klapsom, z czego spora część jest poparta konkretnymi badaniami naukowymi. Zresztą, żeby się nie powtarzać podsyłam link: http://www.blogojciec.pl/dzieci/co-naprawde-chcialbym-przekazac-rodzicom-stosujacym-klapsy/.

                      I nie mów, że górę wzięły emocje – ja tylko stwierdziłem fakt, że zaufanie i współpraca nie może istnieć wspólnie ze strachem, a klaps jest powodem, dla którego dzieci boją się rodziców. Emocji w tym zero – same fakty.

                      A co do tego, w którym miejscu oskarżyłeś nas o wychowanie bezstresowe, to oczywiście żaden problem. Tutaj:
                      „zwolennicy „bezstresowego wychowania” nie chcą w ogóle słyszeć/widzieć argumentów drugiej strony, co właśnie udowodniłaś.”

                    • Kaś

                      Wie Pan, przekopałam się sprawiedliwie przez wszystkie te posty i tak:
                      1. Przede wszystkim – spokojnie. Nikt z nikogo tu potwora nie robi. Świat zero – jedynkowy nie jest. Z ludzi, którzy stosują ciągle klapsy też z resztą nie, bo prawdopodobnie większość z nich robi to w dobrej wierze. Tak samo jak w dobrej wierze mogą ograniczać im spożycie cukru, albo wręcz przeciwnie – kupować ciasta. Więc na spokojnie, bo to Pan jest tu rozemocjonowaną stroną.
                      2. Rozumiem, że poparzenie 30% ciała to straszne przeżycie i zapewne traumatyczne. Rozumiem, że nie chce Pan, aby Pana córka musiała borykać się z takimi samymi problemami, że chce nauczyć ją Pan myślenia do przodu, myślenia o konsekwencjach tego co robi. I to się ceni. Nikt też nie zasugerował w żadnym miejscu, że córka Panu nie ufa, albo, o zgrozo, nie kocha. Nigdzie to nie padło.
                      3. Nikt tu nie stoi na stanowisku, że istnieje coś takiego jak „wychowanie bezstresowe”. Nie ma czegoś takiego. Albo się wychowuje, albo dziecko w ogóle się nie przejmuje niczym.
                      I tak – wszyscy zgadzamy się, że dziecku trzeba wyznaczać granicę. Mam nadzieję, że te moje punkty wyjaśnią te kwestie.
                      4. To, o czym jest ten artykuł natomiast i ta dyskusja to chyba metody, jakie stosujemy, to, gdzie sobie indywidualnie stawiamy granice. Można nad tym dyskutować. I może Pan się z nami nie zgadzać, że nie popieramy klapsów. Ok. Ja osobiście jestem na stanowisku, że klaps to nie jest dobra metoda, ponieważ mam takie a nie inne doświadczenia, na pewno różne od Pańskich. A że wszyscy obracamy się tu w pewien sposób w sferze emocji? Oczywiście. Klaps czy inne stosowane w stosunku do dziecka metody, wywołają u niego pewną reakcję emocjonalną, tak jak wywołały ją u nas. Pytanie – czy takiej reakcji na prawdę oczekujemy, czy o to nam chodzi i czy bierzemy pod uwagę co będzie z latoroślą za 20 lat. I tu jest w tym wszystkim pies pogrzebany.

  • Łukasz Przestrzelski

    A ja się wyłamię. Jestem z tego pokolenia, rocznik 86. I, owszem, dostałem porządne lanie, kiedy na nie zasłużyłem. Ale nie było tak, jak @marekantoniusz:disqus opisuje, „za każdą złą ocenę, rozdarty lub ubrudzony ciuch”, bo to były faktycznie bzdety. Pasem dostawałem wtedy, kiedy faktycznie zrobiłem coś, czego wiedziałem, że nie powinienem. Ale we wszystkich innych momentach rodzice mówili mi, że mnie kochają, przytulali mnie, zresztą podobnie starsze rodzeństwo, które zostało tak samo wychowane. Rodzice nie krzyczeli na mnie za każdą głupotę, tylko spokojnie mi tłumaczyli. Mimo że byłem już szóstym dzieckiem, w dość późnym ich wieku urodzonym, i mogli być zmęczeni wychowywaniem. Alkohol był, ale w normalnych ilościach i tylko przy specjalnych okazjach, nikt się nie upijał. I teraz jestem normalny. Nie mam problemów psychicznych, jestem szczęśliwym mężem z kochającą od 10 lat kobietą. Wręcz przeciwnie, uważam, że dzięki temu zostałem dobrze wychowany. Nie wiem, czy będę stosował kary cielesne przy swoich przyszłych dzieciach, być może uda się wychować bez ich potrzeby. Ale na pewno nie będzie wychowywania „bezstresowego”, czyli innymi słowy zupełnego braku wychowywania. Jeśli zrobi coś złego, jakiś rodzaj kary dostanie.

    • Różni ludzie mają różne wspomnienia. Moje bliższe są Twoich, niż tych opisanych przez Marka, ale jednak po lekturze kilku książek i zobaczeniu jak dzieci reagują na konkretny rodzaj kary, przestałem je stosować. W końcu zależy mi na tym, żeby moje dzieci postępowały dobrze, dlatego że warto to robić, a nie dlatego, że będą się bały kary. Polecam też: http://www.blogojciec.pl/dzieci/czy-da-sie-wychowac-dzieci-bez-karania-i-bez-nagradzania/

    • noida

      Nie ma czegoś takiego jak „bezstresowe wychowanie” i nigdy nie było. To mit, nie było takiej koncepcji wychowawczej i nikt jej nie stosował w praktyce. Za to owszem, istnieje brak wychowania, w postaci rodziców, którzy nigdy nie mają dla swoich dzieci czasu, którzy zrzucają wychowanie na babcię/nianię itp.
      A co do bicia, to pozwolę sobie wysnuć teorię, że twoim rodzicom udało się nie zepsuć biciem pozostałej pracy wychowawczej, którą nad tobą wykonali w postaci rozmów itp. O szkodliwości bicia się kiedyś nie mówiło, rodzice kochający robili to często w dobrej wierze. Jeśli poza tym byli w porządku, dzieciom udawało się wyjść na ludzi i tak pewnie jest w twoim przypadku.

      • Jest za to coś takiego jak „permisywizm wychowawczy” i „antypedagogika”. „Wychowanie bezstresowe” to popularne określenie na te dwa nurty.

  • Eveline Wie

    Przede wszystkim nie popadajmy w skrajnosci. Duza Ilosc dzieci wychowywana obecnie ma problemy natury psychologicznej, sry swiat jest jaki jest I moim zdaniem stara szkola wychowania lepiej nas do tego przygotowywala. Ze w zyciu moze byc zle I trzeba przetrwac dla tych innych lepszych chwil. Obecnie dzieci popelniaja samobojstwa z powodu wpisu na Fb. Czy to lepsze? Czy my dorosli przygotowujemy je do tego chroniac je czasem wrecz nadmiernie? Wychowywalam sie w latach 80 I wiem jedno, ta „patologiczna ” sytuacja nauczyla mnie radzenia sobie w roznych sytuacjach I samodzielnosci.

    • No właśnie problem jest w tym, że Tobie „wydaje się”, że obecnie problem jest z dużą ilością dzieci. Jak podają statystyki, większy problem jest jednak z dorosłymi niż z dziećmi. A to, że Tobie się udało, to jeszcze niczego nie dowodzi.

  • 16 samobójstw dzienie czy ja dobrze przeczytałam ?

  • Jimi

    „cztery na pięć polskich dzieci, było wychowywane w domu, w którym zamiast rozwiązywać z dzieckiem problemy, karano je za to, że w ogóle miały problem” -> z czego dokładnie się taki wniosek nasuwa, bo niestety, ale statystki które Pani podała (źródła 3 i 4) do niego nie uprawniają, co najwyżej uprawniają do powiedzenia (i to też dość naciągany, acz do obronienia wniosek), że osoby które były karane za młodu mają tendencje do karania w podobny sposób swoich pociech, nic ponad to…poza tym ok

    • Jeśli stosuje się wobec dzieci kary cielesne, to znaczy, że karze się je za to, że mają problem. Stąd taki wniosek.

  • Katarzyna trzyimy.pl

    W Norwegii, gdzie od lat prawnie zabroniona jest jakakolwiek forma przemocy w stosunku do dzieci ok. 20% dzieci w wieku od 3-18 lat ma problemy ze zdrowiem psychicznym. Jeśli chodzi o alkoholików i samobójców to też duży społeczny problem. Więc jak widać zmiana metod wychowawczych nie gwarantuje zmian statystyk.

    • W Norwegii jest niemal dwukrotnie mniej samobójców niż u nas. Nie mówiąc już o tym, że w krajach skandynawskich część samobójstw czy depresji, przypisuje się sezonowej chorobie afektywnej, które spowodowana jest małą ilością światła słonecznego. Nijak więc ma to się to do tego o czym piszesz.

  • Ciągle od kogoś słyszę „ja byłem/am bity/a i jakoś wszystko ze mną w porządku, więc popieram bicie dzieci”. I pomijając już główną kwestię, że to, że komuś nic się od tego nie stało, nie znaczy, że tak też było i będzie z innymi, to te osoby zwykle mają objawy depresji, nerwicy czy fobii, ale najwyraźniej wcale tego nie wiążą. Być może powiązane nie jest, ale to takie bzdurne argumentowanie.

    • Masz jakiś link do tych badań o których wspominasz? To może być prawda, że częściej homoseksualni mężczyźni niż homoseksualne kobiety podejmują próby samobójcze, ale zastanawia mnie jaki to jest rząd wielkości w stosunku do całości populacji.

      • Jakiś czas temu to już było, a nie zapisywałem.

  • Dorota Borawska Fartuch

    smutne to wszystko, bardzo smutne, ale wierzę, że nowe pokolenia będą „lepsze”

  • A gdzie tu korelacja? Czy Finowie, których mężczyźni znacznie częściej popełniają samobójstwa i wpadają w problemy psychiczne byli bici? Raczej nie – przecież Skandynawia już dawno odeszła od kar cielesnych. Problemu należy szukać gdzieś indziej.

    • Masz rację, że trzeba by się temu bliżej przyjrzeć, jednak badania pokazują korelację bicia z takimi zaburzeniami, więc jakiś związek na pewno jest. W poniedziałek będzie tekst na ten temat obejmujący badanie na ponad 160.000 uczestnikach, przeprowadzone przez ponad 50 lat. Zapraszam.

      Natomiast co do Finów, to ogólnie osoby mieszkające w miejscach gdzie jest mniej słońca, mają statystycznie większy wskaźnik samobójstw.

  • Marciszon 88

    Jak zawsze dobrze napisany post. Sama byłam dzieckiem patologicznych rodziców ( oni pewnie też , skoro mnie to spotkało ) nie chcę wracać nawet w myślach do czasów dzieciństwa. Prawda jest taka , że jak mam problem to zwyczajnie boję się zwierzyć rodzicom, wolę aby myśleli , że jest wszystko w porządku. Moją córkę wychowuje inaczej , choć wielu osobą się to nie podoba… nie podoba się to , że jej nie karzę , że za dużo tłumaczę … dużo tego ….. moja córka sama ma problem z emocjami , nie potrafi ich opisać , zawsze krzyczy … a ja staram się ją wyciszyć i porozmawiać o problemie , a nie karać lub dawać klapsa. Chcę aby w dorosłym życiu jako rodzic potrafiła rozmawiać ze swoimi dziećmi , aby potrafiła pomóc im w problemach. Mi tego brakowało w dzieciństwie , teraz się to odbija czkawką.

  • Sylwia Dąbrowska

    myślę, że odbija się to na młodym pokoleniu (20-30) śluby a po roku rozwody. nikt ich nie nauczył rozmawiać, rozwiązywać a rozwód jest dostępny „od ręki”. świadome pokolenie 35+ wychowuje swoje dzieci z dystansem do bicia, do oceniania, oczywiście nie wszyscy, oczywiście nie każdy. idą zmiany. mam nadzieję że pokolenie naszych dzieci doceni i zrozumie wiele.. mam nadzieję//…

  • Magdalena Zajdzińska

    Po 5 pasów za każdy obgryziony paznokieć (+ zaklejanie palców plastrami do szkoły, „żeby dzieci się z ciebie śmiały”). To tylko 1 przykład. Na szczęście mam dość wysoki poziom rezyliencji.

  • Kiedy tak czytam wasze wypowiedzi to myślę, że to nie jest takie proste przełożenie, że zło rodzi zło. Mimo tylu przykrych doświadczeń w dzieciństwie udało się wam, mnie także, stworzyć normalna rodzinę, w której pas, lanie nie istnieją, dzieci są kochane, wysłuchane, radosne. Czasem przekornie myslę, że osoby, które coś przeszły wiedzą jak postępować żeby tego samego nie zafundować swoim dzieciom. Myśle też, ze nie tylko agresja fizyczna wobec dzieci jest destrukcyjna. Równie zły jest brak w ogóle uczuć, zimny wychów, niepoświęcanie dzieciom czasu, nieokazywanie miłości. Takie dzieci często mają wszystko oprócz miłości właśnie i wtedy naprawdę rodzi się frustracja, brak poczucia bezpieczeństwa, nietolerancja, nienawiść. A z takimi postawami mamy do czynienia ostatnio. Czyżby to było pokolenie wyrosłe z domów bogatych ale chłodnych???

  • Natalia

    Rodzice najczęściej obierają sobie za cel ”stworzenie” grzecznego dziecka…co dla wielu oznacza ”podporządkowanego mi i mojej woli” .Jeśli rodzic chce dobrych ocen przynoszonych przez dziecko to nie jest dla rodzica ważne, że dziecko nie znosi jakiegoś przedmiotu, tylko to, że nie dostało piątki z klasówki. A gdzie w tym wszystkim jakieś zrozumienie? że nie musimy rozumieć i wiedzieć wszystkiego? Jestem ciekawa czy owy rodzic dostałby piątkę z tejże samej klasówki.
    Należę do tych statystycznych 8miu milionów ludzi z problemami, skorzystałam z pomocy i stwierdzam, że była to najlepsza decyzja w moim życiu…Niestety teraz widzę trochę więcej niż inni i mam wrażenie, że raczej nie co piąta osoba ma problemy, a co druga(przynajmniej wokół mnie widzę mnóstwo osób, którym przydałaby się pomoc terapeuty). Większośc problemów przynosimy z dzieciństwa i niestety mam wrażenie, że nasi rodzice mądrzeją w niewielkim stopniu, natomiast MY kręcimy dalej ,tym samym, toksycznym kołem….czyli powtarzamy schemat, który rodzice nam załączyli, zamiast popracować nad sobą i dzięki temu być lepszym rodzicem.

  • Pingback: NIE MÓW MI, ŻE KLAPS TO METODA WYCHOWAWCZA - Mamine Skarby by Magda Jasińska()

  • Pingback: Klaps wypełniony miłością, czyli powody, dla których bijesz swoje dziecko! | Mitomamka | by Kasia Choma()

  • Pingback: ChangeMaker » Co tam w sieci piszczy #14()

  • Moja mama nie raz podkreśla, że w jej domu nie było dobrze, sama starała się nie popełniać błędów moich dziadków, nie wszystko zawsze jej wychodziło, mi też nie, choć sama też się staram. Nie mam też, na szczęście, poczucia, że wyrosłam na porządnego człowieka, bo ojciec mnie lał, póki był. Mam tylko wciąż poczucie, że nie zawsze wszystko mi wychodzi i nie zawsze coś działa, mimo, że innym się udaje.

  • Sama zastanawiałam się nad tym tematem wiele razy a tu proszę – jest post na ten temat. W swojej świadomości praktycznie każdy jest świetnym i porządnym człowiekiem. Nawet mordercy potrafią wytłumaczyć swoje zachowanie i dla nich to jest zupełnie logiczne. Większość nawet uważa, że ich działanie jest pożyteczne czy dobre. Przeczytałam gdzieś, że człowiek żeby funkcjonować musi być ze sobą spójny. Dlatego każde nasze zachowanie dla nas samych jest logiczne, nawet jeżeli dla innych nie jest. Co innego w podświadomości. To właśnie tam spychane są wszystkie obawy, lęki. Często jesteśmy złamanymi ludźmi, których kompleksy zostały zepchnięte w kąt i udajemy, że ich nie ma. A wychodzą właśnie jako zaburzenia, depresje, nałogi itd. To jest straszne, bo gdybyśmy mieli ich świadomość, rozumieli swoje emocje i potrzeby, to o wiele łatwiej byłoby się wyleczyć. A tak to zachowujemy się jakbyśmy włożyli przedmioty pod koc i po dotyku próbowali zgadnąć co to jest – niby można, ale jest to o wiele trudniejsze i do odgadnięcia, i do wyjęcia ich.
    Bardzo się cieszę, że powoli to się zmienia. Sama trochę się tych obrażeń duszy nabawiłam. Pamiętam jak będąc w 4. czy 5. klasie mama miała trudny okres. Nie rozmawiałyśmy o tym nigdy, ale myślę że to była nerwica. Apogeum zostało osiągnięte, gdy tłumaczyła mi matematykę, z której zawsze byłam kiepska. Nic nie rozumiałam, chociaż bardzo się starałam. Mama nie wytrzymała, zaczęła uderzać ręką w stół i okropnie krzyczała. Na szczęście zrozumiała, że coś zdecydowanie idzie nie tak i chyba poszła do lekarza, bo później wszystko się uspokoiło. A warto dodać, że takie akcje ani wcześniej ani później miejsca nie miały. Teraz rozumiem, że to pewnie była choroba i trudno mi ją winić, ale tamtego dnia obiecałam sobie, że wieczorem popełnię samobójstwo. 11-letnie dziecko… Na szczęście, mimo że mojego wychowania nie oceniłabym na 6, mama zaszczepiła we mnie również pewną samoświadomość. Tak mi się wydaje, że to jej zasługa. Dzięki temu potrafię analizować i rozumieć własne emocje na tyle, aby teraz móc świadomie widzieć swoje niedociągnięcia i je naprawiać. Też jestem trochę złamana, czy może bardziej – porysowana, ale wiem o tym a to jest chyba najważniejsze, aby móc coś z tym zrobić. Mam zamiar się posklejać, chcę to zrobić dla moich przyszłych dzieci. Wiem, że jacy rodzice, takie dzieci, bo żadne słowa nigdy nie dorównają dawaniu przykładu. Dlatego chcę być takim człowiekiem, jakiego chciałabym w przyszłości widzieć w moich dzieciach.