Co naprawdę chciałbym przekazać rodzicom stosującym klapsy? 9 ostrzeżeń

W przeciwieństwie do tego, co przekazywałem im do tej pory?

3462897583_7bbd1fd251_b

Don Kichot?

Od dwóch lat, odkąd założyłem bloga, walczę z wiarą w to, że klapsy są koniecznie do wychowania dobrego człowieka. I po tych dwóch latach muszę niestety przyznać, że wielokrotnie w tej walce poległem. Wielokrotnie popełniłem błąd. Zdarzało mi się nazywać ludzi dających klapsy nieudacznikami, nazywałem ich troglodytami i nazywałem ich bezmózgimi yeti (między innymi tutaj). Wylewałem swoją frustrację na to, że krzywdzą swoje dzieci i jednocześnie całkowicie zamykałem możliwość porozumienia między nami. Zakładałem, że nie są warci mojego czasu poświęconego na jakiekolwiek tłumaczenia, bo przecież są w oczywistym błędzie i sami powinni to zrozumieć. Jednak w błędzie byłem ja.

Byłem w błędzie zakładając, że oni są złymi rodzicami. W rzeczywistości są to rodzice tacy jak wszyscy inni, którzy kochają swoje dzieci i chcą dla nich jak najlepiej. Może używają innej formy okazywania tego. Formy, która uznawana jest za przemoc, ale ich celem mimo wszystko nie jest skrzywdzenie własnego dziecka. Ich celem jest okazanie swojemu dziecku takiej samej miłości, jak każdy z nas okazuje swoim. I dlatego chciałbym wszystkie te osoby dzisiaj bardzo przeprosić. I powiedzieć, co naprawdę przez ten cały czas chciałem im przekazać, a co do tej pory było niejednokrotnie przykryte pod moimi pełnymi gniewu i jadu słowami.

Skąd taki pomysł?

Zupełnie niedawno przeczytałem, że mówienie ludziom czego nie powinni robić, przynosi bardzo niewielki skutek. Że nawet jeśli zrozumieją co do nich mówimy, to nie znając alternatywy i tak wrócą do swoich niewłaściwych wzorców. Zresztą wyobraźcie sobie, że ktoś nam mówi: „Nie chcę, żebyś jutro ubierał dżinsy”. Jaką informację nam to daje? Czy chodzi o to, że będzie ciepło i mamy się nie zgrzać? A może idziemy jutro do teatru i musimy się ubrać elegancko? A może chodzi o to, żeby wyprać dżinsy? Nie wiemy. Jeśli więc wyrazimy tylko to, czego nie chcemy, nasza wiadomość nie będzie wartościowa. Zamiast tego dobrze jest wyrazić nasze potrzeby i to czego chcemy.

Idąc więc tą drogą, stworzyłem pewną listę rzeczy, które chciałbym przekazać ludziom, którzy stosują klapsy i którzy uważają, że to jest koniecznie w procesie nauki. Zaczniemy od dużego kalibru.

1. Dzieci są bite i dostają klapsy tylko dlatego, że są słabsze od dorosłych

Naprawdę. Nie ma żadnego innego argumentu stojącego za tym, że dajemy klapsy. Nie dajemy dzieciom klapsów dlatego, że mniej od nas rozumieją czy że czegoś nie potrafią. Dajemy im je dlatego, że są słabsze.

Może oczywiście nam się wydawać, że nasza motywacja jest inna (na przykład chęć nauczenia dziecka, żeby nie wybiegało na ulicę), ale przecież gdybyśmy mieli obcokrajowca pod swoją opieką, któremu należałoby długo tłumaczyć dlaczego ma nie wchodzić pod jadące samochody – to tłumaczylibyśmy, aż by zrozumiał, a nie bilibyśmy go (przynajmniej ta cywilizowana część z nas).

Dodatkowym argumentem na podparcie tej tezy są liczne rozmowy z ludźmi, którzy dostawali klapsy tak długo, aż potrafili się postawić. I jak tylko ich rodzic poczuł, że podniesienie ręki, może go kosztować wizytę na ostrym dyżurze (uwierzcie mi, że bardzo często bite dzieci, które zbierają się na odwagę, aby postawić się takiemu rodzicowi, są gotowe na wszystko), to przestawał ją podnosić.

Czy chcecie więc dawać klapsy tylko dlatego, że wasze dziecko jest słabsze? Co więc zrobicie wtedy, gdy będzie nastolatkiem?

2. Niepewność, presja i strach uniemożliwiają naukę

To kolejny bardzo istotny punkt.

Nasz mózg jest zbudowany w pewien specyficzny sposób i ma to spory związek z naszą ewolucją. Jeśli nasze otoczenie staje się niebezpieczne lub czujemy się zagrożeni w jakikolwiek sposób, automatycznie uruchamiane są wszelkie pierwotne instynkty i najgłębiej zakodowane systemy obronne. To było nam kiedyś bardzo pomocne przy atakach drapieżników. To jest nasz taki „tryb bojowy”. Jednocześnie jednak, w takiej sytuacji automatycznie odcinane są wszystkie wyższe formy działania mózgu. Nie ma w takiej sytuacji możliwości na jakąkolwiek naukę, a często nawet na normalną rozmowę, bo nasz umysł operuje wówczas w inny sposób. Dokładnie tak samo jest z dzieckiem, które doświadcza strachu, bo ktoś na nie krzyczy lub ktoś je bije. Dlatego też nie jest to fizycznie możliwe, aby dziecko było w stanie się czegokolwiek sensownego nauczyć, gdy akurat „obrywa” od rodzica.

3. Zagrożenia płynące z „klapsa”

Nie będę was nawet tutaj próbował przekonywać, że każdy klaps powoduje traumę. Niemniej faktem jest, że jest kilka cech, które można nabyć dzięki klapsom. Oto część z nich:

  • niska samoocena,
  • izolacja społeczna,
  • nadużywanie alkoholu, środków przeciwbólowych, leków, a nawet narkotyków,
  • odczuwanie niepokoju,
  • depresja,
  • samouszkodzenia,
  • osłabienie koncentracji objawiające się, np. osiąganiem niskich wyników w szkole,
  • pogorszenie samopoczucia,
  • nieposłuszeństwo,
  • agresja wobec otoczenia,
  • występowanie koszmarów sennych,
  • moczenia nocne,
  • dolegliwości fizyczne, będące skutkiem stresu psychologicznego,
  • nieumiejętność radzenia sobie z silnymi uczuciami agresywnymi,
  • nieumiejętność rozpoznawania własnych uczuć i przeżyć,
  • problem z kontrolowaniem impulsów,

Źródło – tutaj jest ich jeszcze więcej. Warto też się zastanowić, które z nich mamy my sami, jako ludzie wychowywani klapsem. Mi wydawało się, że ja sam nie mam żadnych. Jednak po uczciwym przeanalizowaniu tej listy, znalazłem co najmniej pięć negatywnych cech, z którymi zmagałem się w moim życiu.

Jeszcze jedno ciekawe źródło, gdyby ktoś potrzebował.

4. Nie ma minimalnej dawki klapsa

Tak jak pisałem. Mało który pojedynczy klaps powoduje traumę. Szczególnie, że na pewno znajdą się dzieci bardziej wytrzymałe i nic im nie będzie nawet po latach klapsów. Niemniej będą i takie, które już po kilku uderzeniach, będą czuły się gorzej. Niestety nigdy też nie wiemy, który klaps może być tym, który naprawdę skrzywdzi nasze dziecko. Może nie stanie się to nigdy i oto będziemy mieć kolejne dziecko głoszące, że było bite i wyrosło na porządnego człowieka. Może. Istnieje jednak równie duża szansa, że nasze dziecko nie będzie miało tyle szczęścia, co inni.

Niestety w takiej sytuacji możemy stracić coś więcej niż tylko cierpliwość (kliknij tutaj).

5. Jestem zarówno przeciwnikiem klapsa, jak i „wychowywania bezstresowego”

Ten akapit piszę dla tych wszystkich, którzy już po tytule tego tekstu postanowili napisać mi co myślą o wychowaniu bezstresowym. A ja was uprzedzę moi mili. Wychowanie bezstresowe jest największą zakałą dwudziestego pierwszego wieku. Wychowanie typu curling, w którym wszystkie zakazy i granice są usuwane z życia dziecka sprawia, że albo w efekcie otrzymujemy dupka, który sądzi, że wszystko mu się należy albo z drugiej strony mamy melepeta, który nawet butów nie umie zawiązać mając dwadzieścia lat o zrobieniu sobie obiadu nie wspominając. Bo mamusia/tatuś zrobi za niego.

6. Brak klapsa, nie oznacza braku dyscypliny

Dlatego też brak klapsa, nie oznacza w moim domu braku granic czy braku zasad. Zarówno granice jak i zasady w naszym domu panują, a jedyna różnica jest taka, że przykładamy sporą wagę do tego, aby uniemożliwić dzieciom ich przekraczanie. Czyli na przykład zamiast dwadzieścia razy tłumaczyć dwulatkowi, żeby nie szedł na schody, założyliśmy bramki, które mu to uniemożliwiały. Druga różnica polega na tym, że jeśli już dzieci przekroczą jakąś granicę (na przykład uderzą rodzeństwo), to nie bije ich za to, ani nie upokarzam w inny sposób. Zamiast tego rozmawiam z nimi i dowiaduje się skąd wzięło się w nich przekonanie, że musi uderzyć brata. I pokazuje alternatywy. To jest szczególnie ważne, jak pisałem na początku. Klaps pokazuje dzieciom jedynie to czego im nie wolno. Nie wiedzą one jednak co mogą robić zamiast. Natomiast rozmowa pokazuje im, że są inne drogi, które mogą wybrać i nawet jeśli nie wybiorą ich za pierwszym razem, to po piątej czy dziesiątej rozmowie, w końcu się na to zdecydują.

7. Rodzice mogą użyć siły, ale nie po to, aby skrzywdzić dziecko

Nie chciałbym też, aby moje negatywne podejście do klapsa zostało odebrane jako całkowity zakaz stosowania siły wobec dziecka. Nic bardziej mylnego. Jako rodzice, wielokrotnie będziemy musieli jej użyć i nie powinniśmy się tego obawiać. Za każdym razem, gdy nasze dziecko zagraża sobie (np. wchodząc na jezdnie) lub innym (np. uderzając kogoś), mamy pełne prawo użyć siły, aby je powstrzymać. Przytrzymać, przytulić, podnieść, przenieść. Chodzi o to, aby powstrzymać, ale nie krzywdzić dodatkowo. Stać się czymś, co działa jak naturalna przeszkoda, typu bramka na schodach. Bo taka bramka nie pozwoli dziecku chodzić po schodach, ale też nie uderzy dziecka, gdy ono będzie próbowało.

Także jak najbardziej możemy użyć siły i zadziałać wbrew woli naszego dziecka, ale musimy pamiętać, aby robić to z poszanowaniem jego jako osoby.

8. Dzieci rodzą się dobre i mają pragnienie współpracowania z rodzicami

Cała filozofia klapsów wywodzi się z wiary w to, że dzieci żyją po to, aby nam przeszkadzać i aby robić nam na złość. To jednak nie jest prawda. Dzieci mają w zasadzie tylko jedno pragnienie. Zaspokajać swoje potrzeby. Potrzebę bliskości z rodzicami, potrzebę bezpieczeństwa, potrzebę akceptacji, potrzebę samorealizacji, potrzebę aktywności fizycznej… wiele jest tych potrzeb i każde dzieci mają je w innym stopniu wykształcone. Jedno dziecko będzie potrzebowało sporo się ruszać, a inne będzie potrzebować dużo się przytulać. Jedno dziecko będzie chciało spać samo, a inne z rodzicami. I to jest zupełnie naturalne, że dzieci są od siebie różne. Problem pojawia się jednak, gdy postanawiamy jakiejś dziecięcej potrzeby nie zaspokoić. Na przykład uważając, że dzieci powinni zasypiać same (bo tak zasypia dziecko naszej znajomej), zmuszamy nasze dziecko do tego samego, mimo że ono wyraźnie chce być z rodzicami. Lub dużo pracując, nie zaspokajamy dziecięcej potrzeby bliskości z rodzicami. Wtedy też dzieci mogą być „niegrzeczne” czy „złośliwe”.

To jest jak krzyk rozpaczy, który mówi: „Jeśli to będzie potrzebne, to będę najbardziej złośliwym dzieckiem na świecie, ale proszę poświęć mi kilka minut swojego czasu.”

Bo próbują zwrócić na siebie uwagę. Bo tylko będąc „niegrzecznymi” ją otrzymują.

9. Gdy dziecko przeżywa silne emocje, to potrzebuje bliskości, a nie kary

Wyobraźcie sobie, że nagle ogarnia was straszny smutek? Albo wszechogarniająca złość? Wręcz wściekłość? Lub jakakolwiek inna ogromna emocja, z którą nie potraficie sobie poradzić? Czego potrzebujecie w takiej chwili? Klapsa? Uderzenia? Krzyku? Kary?

Teraz zastanówcie czego potrzebuje wasze dziecko? Czego potrzebuje zdenerwowane lub wściekłe dziecko, które przytłoczone własnymi emocjami, zaczyna reagować agresją? Zaczyna być niegrzeczne? Nieposłuszne? Jaki sygnał ono nam wysyła?

Dla mnie sygnał jest dość jasny: „Nie radzę sobie z tym, co dzieje się u mnie w środku. Reaguję w jedyny znany mi sposób. Pomóżcie mi to zmienić. Nauczcie mnie, jak mógłbym postąpić inaczej. Pokażcie mi alternatywy. I proszę, nie krzywdźcie mnie tylko dlatego, że jeszcze nie potrafię robić wszystkiego tak dobrze, jak dorośli.”

I szczerzę mam nadzieję, że właśnie w ten sposób już za kilka lat, każdy rodzic będzie odbierał „niegrzeczne” czy „złośliwe” zachowanie. Dokładnie tak, jak chcą je wyrazić dzieci, ale nie jeszcze potrafią.

Zresztą, czy którykolwiek rodzic właściwie interpretujący zachowanie dziecka i widzący w nim to czym jest w rzeczywistości, czyli dziecięcą prośbę o pomoc, kiedykolwiek podniósł by na nie rękę? Myślę, że warto się nad tym zastanowić.

Prawa do zdjęcia należą do anthony.

  • Ewa Jędo

    dziękuję

  • Chochlik

    Szczerze mowiac, to nie wiem czy post jest w stanie zmienić myślenie. Tak samo jak Ty jesteś przekonany, ze Twój sposób wychowywania jest właściwy i ktoś by Ci powiedział „nie rób tak, rób tak jak ja ci mowie”. Aczkolwiek może do kogoś trafi ;) na temat samego wychowywania sie nie wypowiem, bo dzieci nie mam, ale mnie rodzice nie bili i jak widac mozna i bez tego wyrosnąć na dobrego, porządnego człowieka.

    • Miejmy nadzieję, że trafi chociaż do jednej osoby, która po takim wpisie stwierdzi, że „spróbuje inaczej reagować”. Jedna osoba to też duzy sukces, bo to jedno dziecko, które nie musi doświadczać klapsa.

  • Konrad Norowski

    Po raz kolejny – rodzicielstwo to cholernie poważna sprawa, a gdyby ludzie analizowali tak swoje życie częściej to świat byłby lepszy . W sytuacji gdy takie rodzicielstwo trafia się z przypadku- wyłącza rodziców z życia, zmusza ich mimo woli do czegoś -rodzą się frustracje, przechodzące w „no dobra, skoro już jest to niech sobie jest”, co przekłada się na bezrefleksyjne i niedbałe wychowanie. Zresztą taka bylejakość nie jest wcale domeną wychowywania.

  • Beata Kwiczalová

    Jestem pod wrażeniem, mam nadzieję, że tekst trafi do ,,grupy docelowej,, i uda mu się zmienić poglądy czytelników.

  • w naszej kulturze jest tak zakorzeniona przemoc wobec dzieci, że nieraz sobie myślę, że „jazda czołgiem” :) do mózgów rodziców napotkała by na opór. Mi w moim długim życiu udało się wpłynąc tylko na 1 osobę, a poznałam naprawdę setki jak nie tysiące osób, którym strałam się grzecznie tłumaczyć co w zamian. Kończyło się tym, że gadam bzdury a to że mam syna emocjonalnie zrównoważonego to tylko szczęście moje, że taki się urodził – ten kometarz pod moim tekstem http://masculinum.org/mamo-tak-mnie-kochalas-ze-teraz-juz-cie-nie/ jest b. ciekawy: ….” Krótko mówiąc mysle, że miała Pani szczęście. Spodziewam się, że znajdzie się spora liczba dwudziestolatków, którą mimo zaufania jakim darzą ich rodzice, wykorzysta to… ” — tak jak pisałeś w jednym z ostanich tekstów ludzie widzą w dzieciach wrogów, a z wrogiem trzeba krótko. W każdym bądź razie próbować trzeba wszystkiego, żeby zatrzymać tą przemoc.

  • Julia

    „Stać się czymś, co działa jak naturalna przeszkoda, typu bramka na schodach. Bo taka bramka nie pozwoli dziecku chodzić po schodach, ale też nie uderzy dziecka, gdy ono będzie próbowało.” Wyobraziłam sobie bramkę na schodach, którą ktoś próbuje przekroczyć, a ta bramka daje temu komuś w pysk. Śmiałam się z własnego żartu…

  • Joanna Zagórska

    Jako dziecko byłam bita przez rodziców i wyrosłam na porządnego człowieka… a przynajmniej na tyle, aby NIGDY nie uderzyć własnego dziecka. Miałam raczej przeciętne, normalne dzieciństwo, klapsy nie były na porządku dziennym, tylko gdy coś przeskrobałam lub też gdy w ocenie moich rodziców na nie zasłużyłam (teraz jako dorosły człowiek widzę, że ocena ta niejednokrotnie była błędna), a z moimi rodzicami mam dziś wspaniały i bardzo przyjacielski kontakt, ale do końca życia będę pamiętała te momenty, kiedy dostawałam lanie. Nie ma na to żadnego wytłumaczenia, a tym bardziej śmieszy mnie (i martwi równocześnie) tłumaczenie rodzica, że ‚ja dostawałem i nic mi się nie stało/jestem normalny/nie mam problemów emocjonalnych/czy jeszcze coś innego’. Bo po pierwsze (w moim osobistym mniemaniu) nie można nazwać się porządnym człowiekiem, gdy bije się dziecko – małego człowieka, którego wydało się na świat i którego chce się przed wszelkim złem tego świata bronić. I po drugie skoro dostawałeś to powinieneś wiedzieć jak ci było po tym źle, jak się bałeś, czułeś się upokorzony i jak zdarzało się, że dostałeś za nic, bo rodzic nie uwierzył twoim słowom.

    Nigdy nie zrozumiem stosowania przemocy wobec dzieci, mam tylko nadzieję, że z czasem takich przypadków będzie coraz mniej.

  • Tomasz Chodkowski

    Co wybralibyście, klaps od rodzica, który kocha i nie nadużywa tego narzędzia, czy słowno-emocjonalne gierki, od rodzica, który i tak pokaże kto tu rządzi, któremu tak naprawdę rodzicielstwo już dawno „przeszło” i dziecko jest tylko ciężarem, ale chce rodzic być na czasie?

    • Masz rację, że pasywna agresja jest w Polsce równie powszechna jak klapsy (jeśli nawet nie bardziej), tylko że sam fakt użycia klapsa jest już nadużyciem, bo wykorzystuje siłę i fakt, że dziecko jest od rodzica zależne.

    • Morrrigan

      Dziecko z dobrej rodziny nie powinno stawać przed takim wyborem :)

    • Przemoc słowna jest równie niebezpieczna, a czasami nawet bardziej, bo można za jej pomocą, dużo sprawniej manipulować ofiarą.

  • Morrrigan

    No właśnie, pytasz co będzie jak dziecko będzie nastolatkiem? Jeżeli nastolatek nadal ma takie problemy jak w dzieciństwie gdy dostawał lanie, czyli nadal nie nauczy się panowania nad sobą, nie jest bezbłędny, nie stanie się „posłuszny”, to dopiero wtedy będzie dostawał prawdziwe lanie. Pewnie takie wyrośnięte już dziecko, gdyby faktycznie było bardzo zbuntowane, mogłoby stanowić jakieś zagrożenie dla rodzica i to mogłoby go powstrzymać przed karą fizyczną, natomiast często osoby od dzieciństwa traktowane w sposób podrzędny są z tym pogodzone a przynajmniej nie mają odwagi tego zmieniać. Poza tym nastolatki z natury robią więcej głupot i częściej „zasługują” na taką karę. Więc problem jak najbardziej nadal istnieje. Pisałeś o tym ;) Pozdrawiam.

    • Kiedyś może i dostałby prawdziwe lanie. Dzisiaj jednak dzieciaki są dużo bardziej świadome swoich praw w wieku nastoletnim i jeśli nie potrafiłyby się same obronić, to znalazłyby kogoś, kto mógłby im pomóc. Przynajmniej trochę na to liczę.

  • MlodaMama

    Chwilę przed wejściem na Twój blog natknęłam się na taki oto filmik.

    Oczywiście tego typu treści jest cała masa. Dziwi mnie nieustannie to, że takie filmiki bawią… to, że są szeroko akceptowane i oklaskiwane przez dzieciaki, także dziewczyny. Zawsze w tego typu sytuacjach zastanawiam się, gdzie leży podłoże tego typu „poczucia humoru”, tego typu zachowania u dzieciaków. Czy wina rzeczywiście leży wyłącznie po stronie rodziców i ich błędów w wychowaniu?

    • Oczywiście, że wina leży po stronie rodziców. Rodziców, którzy nie nauczyli własnego dziecka szacunku do drugiego człowieka. Rodziców, których nie było obok, aby pokazywać mu, jak się traktuje innych. Rodziców, którzy ponad wspólne spędzany z dzieckiem czas postawili na coś innego (telewizję, komputer, alkohol lub jakieś inne uzależnienie).

      Niestety w wyniku tych (i jeszcze mnóstwa innych) rodzicielskich błędów, otrzymaliśmy osobnika, który myśli, że przemoc i wulgarność jest fajna i jest narzędziem do zdobycia uznania i popularności wśród rówieśników. Osobnika, który myśli, że bycie dorosłym kończy się na możliwości wypowiedzenia kilku kurw przed kamerą. Osobnika, który jest tak niepewny siebie i ma tak wiele kompleksów, że jest gotowy robić za błazna przez milionami ludzi, aby tylko to poczucie własnej wartości wzmocnić. Rodzice zawiedli i skrzywdzili go, a powyżej widzimy tego efekty.

      • MlodaMama

        Dziękuję za komentarz. Jestem początkującą mamą 3-miesięcznej córeczki, obawiam się („obawiam się” to ostatnio w moim słowniku słowo klucz;)…) tego, co pewnie nieuniknione – że spotka kiedyś w swoim życiu tego typu ‚osobników’, że będzie musiała radzić sobie z takim czy innym chamstwem i wulgarnością… Zaprząta mnie myśl – jak wychować dziecko, aby z jednej strony było wrażliwe i czułe, a z drugiej silne i odporne na tego typu ‚osobników’. Jakieś pomysły;)?

  • msurma

    Lano mnie w dupę w dzieciństwie i powiem Wam jedno. Nabyłem w ten sposób wiele lęków i blokad z którymi do teraz walczę a mam 35 lat. Zapewne dotyczy to wszystkich osób mówiących „a mnie bito i jestem porządny/a”. Niektórzy nigdy nie dojdą do tego, że wprowadziło to w ich życie upośledzenie umysłowe/emocjonalne. Powiecie że jestem chory na głowę, ale to tylko dlatego że jeszcze nie zaczęliście obserwować siebie i swoich zachowań. Nie mówiąc już o ich przeprogramowaniu, bo do tego etapu to w ogóle mało kto dochodzi.

    • Ja nie powiem, że jesteś chory na głowę, a wręcz przeciwnie. Jesteś nieliczny z wszystkich osób, które były bite i które przejrzały na oczy. I jeśli ktoś jest chory, to cała reszta, która dalej wierzy, że wszystko z nimi w porządku. Dzięki za ten głos.

  • Nie wiem, czy wyłapałam teraz wszystko, co dało mi do myślenia wczoraj, jak czytałam Twój tekst. Siedzę na wysokim stołeczku, pod oknem, z laptopem na kolanach – tak, tak, nie na fotelu, gdzie za chwilę „wtargnęłaby” moja 1,6-roczna córka. Takie separowanie się to jedyny sposób, by mieć chwilę spokoju w ciągu dnia. Innego na razie nie znalazłam. Można to nazwać stawianiem granic: teraz jest czas dla mnie, Marysiu. Piszesz o założeniu bramek na schody, które będą dzieciom uniemożliwiały wspinanie się na nie. Pomyślałam, że robię podobnie, tj. staram się uniemożliwiać przekraczanie granic. Moja córka rozrzuca po domu różne rzeczy: buty, zabawki, książki, garnki i pokrywki (te, do których ma dostęp) itp. Zbieram, zbieram, zbieram, pokazuję gdzie jest ich miejsce, tłumaczę, czasami spokojnie, czasami w nerwach – bo już jestem zmęczona sprzątaniem, albo gniecie mnie coś innego. Ale w pewnym momencie zaczęłam te rzeczy odkładać wyżej, tak by Marysia nie sięgnęła, np. buty wsadziłam do torby i powiesiłam na wieszaku. To jest właśnie uniemożliwienie przekraczania granic. Działa. Zastanawia mnie jednak, czy to nie jest trochę takie schodzenie dziecku z drogi… Co o tym myślisz?
    Podobają mi się jeszcze fragmenty w Twoim wpisie:
    „Dzieci rodzą się dobre i mają pragnienie współpracowania z rodzicami”
    i
    „Gdy dziecko przeżywa silne emocje, to potrzebuje bliskości, a nie kary”.

    • Nie uważam, że to jest schodzenie z drogi. Bardziej dostosowywanie otoczenia do dziecka, aby mogło sobie z nim poradzić i aby jego odkrywanie, nie było dla nas zbyt męczące/wymagające. W końcu dziecko nie rozrzuca butów, żeby zrobić na złość, tylko robi to, bo chce zobaczyć co się stanie. A że później leżą wszędzie buty, to nawet dla małego dziecka może być przytłaczające i może sobie z tym nie poradzić, bo nie przewidziało jeszcze konsekwencji swoich działań. Jednak nie pozwolenie jej teraz na rozwalanie butów nie oznacza, że będzie to robiła za pięć lat :)

      • No rzeczywiście, nie przyszło mi do głowy, że porozwalane po mieszkaniu buty mogą być przytłaczające i dla dziecka. A wiesz, coś takiego zrobiłam z zabawkami: zostawiłam trzy komplety, a resztę wyniosłam do piwnicy (zamierzam ja wymieniać). Zauważyłam bowiem, że zabawki leżą tylko rozwalone, a moja córka się nimi nie bawi – to taki przytłaczający nadmiar. Ładnie wygląda tylko dla rodziców. Nie myślałam też tak o tym, że dziecko może sobie nie radzić z otoczeniem, kiedy je odkrywa.:) W tym ostatnim zdaniu sugerujesz, że tłumaczenie dziś dziecku, że buty powinny leżeć na swoim miejscu, może być po prostu nieskuteczne (i np. nadal, za pięć lat, będzie je rozwalać), czy tak?

  • Michał Stolarczyk

    Kamilu, czy Ty również, jak wiele osób wypowiadających się w tym temacie nie widzisz różnicy między dawaniem klapsów a biciem dziecka?

    Oczywiście formalnie rzecz biorąc klaps jest również uderzeniem, jednakże trzeba powiedzieć, że wyrażenie „bić swoje dziecko” raczej odnosi się do czegoś, regularnego i częstego, być może jakiejś formy rytuału.

    Jeśli rodzic stosuje klapsy to nie koniecznie oznacza, że regularnie bije dziecko. Może np dać klapsa nieregularnie przeciętnie raz w miesiącu lub raz na dwa miesiące lub raz na pół roku. Czy to też stanowi problem?
    W międzyczasie zdąży pewnie popełnić wiele innych błędów wychowawczych, więc nie wiem czy klaps stanowi tutaj jakiś problem.

    Obcokrajowcowi nie dajesz klapsów, bo obcokrajowca nie wychowujesz. Raczej złapiesz go za ramię i szarpniesz, żeby nie zginął pod kołami (to samo z resztą zrobisz z dzieckiem). Potem pewnie się na niego wydrzesz albo spokojnie mu wytłumaczysz. Różnie bywa. Ale też zastosujesz formę przemocy, bo sytuacja tego wymaga.

    Strach jest bardzo silnym i skutecznym elementem procesu uczenia się. Nie chodzi oczywiście o życie w ciągłym strachu, ale czy Ty piszesz o rodzinach patologicznych? Chyba nie. Chodzi o strach związany z konkretną sytuacją.

    Z tą listą cech, które wymieniłeś zmaga się spora część ludzi. Jest wiele czynników rodzinnych, którą mogą mieć na to wpływ. Naprawdę klapsy są ewentualnie tylko elementem , które może mieć tu znaczenie. Nie są ani warunkiem koniecznym, ani warunkiem wystarczającym.
    I nie sądzę, abyś spotkał osobę, która nie ma żadnej z tych cech. Niezależnie od klapsów lub ich braku.
    Obniżenia samooceny najlepiej się nabawia w szkolenie, a tam żadnych klapsów nie ma.

    Podsumowując: klaps, krzyk czy szarpnięcie to nie są oczywiście metody wychowawcze, które należy stosować nagminnie i za każdym razem. Ale są to metody bardzo szybkie, gwałtowne, po które również moim zdaniem można sięgnąć w skrajnych sytuacjach. Nie wiem jakich. Nie chcę mi się snuć teorii na ten temat.

    Nie rozumiem jednak za bardzo tej idei walki z klapsem. Sam klaps nie ma znaczenia. Znaczenie ma klimat emocjonalny w relacji dziecko rodzic. Po tym, że widzimy rodzica dającego dziecku klapsa nie można wyciągnąć żadnego sensownego wniosku co do klimatu emocjonalnego w tej relacji.

    Polowanie na klapsy, to polowanie na czarownice – dobrze widoczne, wyraziste, wyrwane z całej puli innych zachowań wychowawczych. Osobiście boję się, że kiedyś przejdzie to w paranoję odbierania dzieci rodzicom za to, że dali im klapsa.
    Boję się też że doprowadzi to błędne przeświadczenia, że jak nie daję klapsów to już jest wszystko ok.
    W końcu boję się podejścia, w którym nie wolno stosować wobec dziecka żadnego rodzaju siły czy przemocy, po czym następnie dziecko to dorastając trafi do świata poza rodzinną i jeszcze będzie długo zdziwione, że coś takiego ja przemoc czy dominacja występuje.

    Rodzina na pewno dobrze jeśli jest bezpiecznym miejsce, pełnym pozytywnych, serdecznych relacji, ale nie ulegajmy utopijnej wizji, że tam nie ma żadnego rodzaju przemocy i dominacji. Jest i musi być. To jest nieodłączny element budowania hierarchii, która jest kluczowym elementem w każdej mniejszej lub większej społeczności. Także w rodzinie.

    • Od czegoś moim zdaniem trzeba zacząć. Ja zacząłem od klapsa, bo jest takim punktem granicznym, który dość łatwo jest wskazać palcem. Jest wykorzystaniem swojej siły, zamiast swojego intelektu. Jest uczeniem dziecka szacunku do ludzi silniejszych, a nie do ludzi mądrzejszych. Jest tworzeniem zasad w oparciu o prawo dżungli, a nie w oparciu o szacunek do drugiego człowieka. I dlatego jest szkodliwy. Zresztą ja nie tylko z klapsem „walczę”, ale też na przykład z systemem kar i nagród (http://www.blogojciec.pl/dzieci/czy-da-sie-wychowac-dzieci-bez-karania-i-bez-nagradzania/ ) czy z krzykiem (http://www.blogojciec.pl/dzieci/najlepszy-sposob-zeby-wychowac-swoje-dzieci-bez-krzyku/ ). Ja „walczę” z każdym objawem przemocy wobec dzieci, czy to fizycznej czy psychicznej. Z każdą sytuacją, w której nie tłumaczymy dziecku dlaczego ma czegoś nie robić, ale zmuszamy je do tego, aby się podporządkowało silniejszemu. Ja „walczę” z każdą sytuacją, w której traktujemy dzieci jak podludzi, których prawa można naginać wedle uznania, tylko dlatego, że są od nas słabsze.

      Dlatego też rozumiem, że nie uważasz „klapsa” jako jedynego szkodliwego zachowania i są rzeczy skrajnie gorsze. Rozumiem też, że znajdą się rodzice, którzy będą znęcać się nad dzieckiem psychicznie, ale nie będą dawać klapsa, więc będą się czuli rozgrzeszeni. I dlatego też ja nie stawiam klapsa jako jedynej złej rzeczy. Ja po prostu staram się „walczyć” z każdym wychowawczym problemem w systemie „jeden problem na jeden raz”. Na blogu inna forma mogłaby być ciężka do wykonania.

      • Michał Stolarczyk

        No widzisz. W takim ja nie tyle się wycofuję z tego co napisałem, ale przyznaję, że tak skrytykowałem Twoje podejście, ale tylko dlatego, że w krótkim czasie dużo podobnych artykułów czytałem i jakoś tak wypadło.

        Właściwie to nawet nie chcę dalej polemizować czy dyskutować, bo w sumie nie ma o czym. Taki masz cel i uważasz, że to słuszne i tak należy, więc jest ok. Piszesz o tym. W sumie nie ma w tym nic złego.

        Ciekaw jestem jedynie efektu, czyli do czego ma zmierzać wychowanie w takim duchu? Jeśli wygrasz swoja „walkę” to co się stanie? Jakie będą dzieci? Jaki będzie świat?

        • Lepszy? To na pewno.

          Dzieci wychowane w takim duchu, nie będą zahartowane, aby ścierpieć okrutny świat, w jakim przyszło nam żyć, lecz będą zmieniać ten świat na lepsze. Zresztą czego możemy się spodziewać po ludziach, którzy będą dobrzy, bo będą chcieli być dobrzy i którzy będą jednocześnie silni i pewni siebie?

          • Michał Stolarczyk

            To piękna idea. W takim razie już się nie czepiam. Jeśli masz wizję, która Cię nakręca i w nią wierzysz, a ona generalnie nie szkodzi, to warto, abyś ją miał :)

            Powodzenia!

          • Wiki

            „boję się podejścia, w którym nie wolno stosować wobec dziecka żadnego rodzaju siły czy przemocy” – to podejście jest najbardziej uwalniającym odczuciem w życiu. To podejście jest sprawdzane przeze mnie i moje koleżanki-mamy na co dzień, w praktyce. Przynosi spokój w rodzinie. Spokój ducha. Daje Ci wielką moc, bo wierzysz w siebie, w swoje kompetencje, widzisz, że dziecko autentycznie slucha tego co mówisz, i nie musisz się unosić, podnosić ręki, żeby ono Cię szanowało. To jest wielka siła. Autentyczna, nie taka pozorna, jak w przypadku dyscypliny strachu i dawania klapsów. Czujesz się silny. Człowiek, który bije, jest z natury słaby, przegrany. Człowiek, który daje sobie radę z własnym dzieckiem bez konieczności wchodzenia w te wszystkie negatywne, „niskie” energie jak bicie, krzyk, szarpanie, wyzwiska, manipulacje, jest człowiekiem szczęśliwszym, pozytywnym, spełnionym. Przynajmniej jako rodzic;)
            Masz zero wyrzutów sumienia. Bo nie bijesz, nie jest ci głupio, nie żałujesz, ze przekroczyłeś granice, „wyszedłeś z siebie”, że „straciłeś kontrolę nad sobą”, itp.. Zauważasz ze zdziwieniem, że rozmowa zawsze „wystarczy”. Tyle, że czasem tych rozmów trzeba odbyć ileś tam. Powtarzać. Do skutku. Pokazywać na swoim przykładzie. Mój dwulatek zdążył zaobserwować, że nie wbiegam nagle na ulicę, tylko na spokojnie przechodzę po pasach. I naśladuje mnie mimowolnie tak jak widzisz czasem kaczątka idące za matką-kaczką:P Sorry za porównanie, ale trochę to tak wygląda. Dzieci, które mają spokojną głowę i czują się bezpieczne na świecie (=nigdy nie bite, za nic, bo tak to powinno być) chętnie idą w ślady rodziców, szybko się uczą, są pewniejsze siebie, bo nie muszą co chwila rozglądać się dookoła z drżącym sercem czy za chwilę nie dostaną „z plaskacza” od nie panującego nad sobą rodzica tylko za to, że niechcący zbiło wazon próbując wziąć sobie talerz z jedzeniem…itp.
            Poświęcasz więcej czasu dziecku, by je poznać, by móc lepiej dawać mu tego co mu potrzeba: wspólnych zabaw, rozmów, opowiadania o życiu, o sobie, o uczuciach. Relacje są lepsze, bliższe. Dziecko chowa się w cieple, chętnie o wszystkim mówi, nie musi pyskować, bo czuje sie wysłuchane każdego dnia. Nie musi bić, szarpać się, bo nikt z nim nic takiego nie robi, nikt go nie „leje”. Zasypia spokojne, bo wie, że w nocy nic mu nie grozi, budzi się z uśmiechem na ustach, bo wie, że dziś też będzie wszystko dobrze, że najbliższe mu osoby (rodzice) znowu będą po jego stronie, znowu będą sobie rozmawiać, spędzać czas i śmiać się razem lub razem płakać gdy przyjdzie na to „ochota”. Wie, że w przeciwieństwie do innych dzieci z innych domów, jego nie czeka żaden klaps ani wyzwiska itp.. Jest spokojniejsze, ze spokojem w sercu i brakiem lęków, niepokojów, dorasta, dojrzewa. Świat jest dobry a dziecko czuje się kochane.
            Czujesz, że idziecie w dobrym kierunku. Że stajecie się powoli z dzieckiem „przyjaciółmi” (powoli, gdyż na początku robisz za przewodnika, który tak, musi być wyżej w hierarchii, z racji wieku, wiedzy i doświadczenia, ale potem w latach nastoletnich Twojego dziecka to sorry: albo jesteś jego przyjacielem i ma we Tobie oparcie, przychodzi i zwierza się, albo jesteś tym słynnym „starym”, który zrzędzi, od którego trzeba się trzymać z daleka i któremu nie ma co się zwierzać, bo nigdy nie umiał słuchać, nie wysłuchiwał potrzeb, lecz ucinał je krzykiem lub laniem, bo tak było szybciej i prościej).
            Rośnie człowiek, który da sobie radę ze wszystkim, nie boi się życia, nie boi się ludzi (w przeciewieństwie do tego, któremu dawano „nawet tylko klapsy”-ten już do końca będzie miał z tyłu głowy lęk, czy tym razem od kogoś „nie dostanie”, po twarzy, po ciele..).
            To nie jest łatwa droga, bo wymaga energii, czasu, głębszego pomyślenia.. Ale warto! I człowiek wie jaką laurkę kiedyś ten młody człowiek mu wystawi za bycie rodzicem: „zawsze byłaś/eś przy mnie, zawsze bylaś/eś po mojej stronie, zawsze mnie rozumiałaś/eś, nigdy nie podniosłaś/eś na mnie ręki” (w przeciwieństwie do: „ojciec wymierzał mi klapsy, do dziś pamiętam ten lęk, kiedy się zbliżał, próbowałem uciec, płakałem, a jego to nie obchodziło, do dziś mam koszmary z tym związane, chyba nigdy mnie nie kochał”.
            Pozdrawiam. W.

          • Michał Stolarczyk

            Bardzo ciekawa wypowiedź i mocno przemyślana. Dziękuję za nią.

          • Wiki

            Dziekuje, Panie Michale, ze sie z nia Pan zapoznal z przyjaznym podejsciem i otwartym umyslem :)
            pozdrawiam!

          • Wiki

            Acha, I jeszcze tylko dopowiem, zeby nie bylo, ze ja taka rozowa-idealna-slodka matka jestem, o nie;) Jestem konkretna osoba, szczera, prostolinijna. Nie przeginam w zadna ze stron.

            Tak wiec, czasem uzywam pewnej sily fizycznej. A w zasadzie uzywalam , bo ta faze mamy juz chyba za soba. (obecna faza to rozmowy i modelowanie dobrego zachowania poprzez pokazywanie soba jak ja sie zachowuje w danych sytuacjach.)
            To okres kiedy dziecko mniej wiecej 1-1,5 lat, nie rozumie jeszcze wszystkich wyrazow a zaczyna miec niespozyta, niepohamowana energie. Nauczylo sie chodzic, biegac, trzeba czasem za nim „latac”, dotrzymywac tempa np na placu zabaw i nie spuszczac z oka, bo checi ma wieksze niz wyobraznie dotyczaca mozliwych nieszczesliwych zdarzen, upadkow. Plus pojawiaja sie u niego pierwsze silne emocje zwiazane np. gniewem, ze wracamy juz do domu a ono chce sie bawic dalej, albo, ze nie moze gdzies dosiegnac I zaczyna sie frustrowac:
            Uzywanie pewnej sily fizycznej ma na celu chronienie dziecka, siebie lub kogos innego:
            1. blokowanie rak lub nog dziecka jako ochrona przed jego potencjalnym uderzaniem i kopaniem (zaslaniam sie, blokujac ruch jego rak, przytrzymujac je stanowczo, lecz bezbolesnie I mowiac: „nie pozwalam Ci uderzac mamy/mnie, rozumiem, ze sie zdenerwowales na mnie, bo….ale nie bijemy nikogo.”
            2. powstrzymanie dziecka przed jakas nierozmyslna czynnoscia: np dziecko puszcza raczke na spacerze I probuje wbiec na ulice: biegne, stopuje dziecko, przytrzymuje jego cialo, stanowczno lecz bezbolesnie. Tak samo gdy zmierza w strone stolu a tam np goraca herbata/zupa.Powstrzymuje rekami jego cialo, jego rece, zeby nie siegnal tam gdzie zrodlo goraca, I tlumacze: „nie zblizamy sie tutaj, bo tu jest „si” (male dzieci szybciej zrozumieja dzwiekowe slowko „si” niz skomplikowane i dluzsze „goraco”). nie wolno dotykac, bo mozesz sie poparzyc”.
            3. ataki szalu u dziecka, keidy to dziecko traci kontrole nad soba: czasem trzeba chronic cialo dziecka, gdy sie niebezpiecznie prezy np na chodniku, gdy probuje walic ze wscieklosci glowka o twarde podloze, o sciane. Stanowczo trzymam glowke, zeby nie zrobil sobie krzywdy. Chronie przed upadkiem, przed zlamaniem czegos.Tule, o ile dziecko pozwala sie przytulic w momencie wscieklosci. Wspolnie przechodzimy przez trudne emocje. Okres takiego rzucania sie na ziemie i walenia o rozne powierzchnie czesciami ciala przechodzi kazde chyba dziecka. Jest to proba pozbycia sie nagromadzonej duzej emocji (zlosci, frustracji). Nie wolno za to karac. Trzeba dziecku pomoc, byc blisko, wspolnie przeczekac ta fale. To zazwyczaj tylko kilka – kilkanascie minut. A nauka zarzadzania wlasnymi emocjami w bliskiej czulej obecnosci kochajacego rodzica przebiega szybciej i jest latwiej takiemu dziecku szukac metod radzenia sobie z wlasnymi myslami I odczuciami. Karanie za przezywanie ciezkich emocji zamiast udzielania pomocy dziecku to najgorszy chyba blad jaki popelniaja niedoswiadczeni rodzice..
            4, czasem gdy atak szalu ma miejsce w przestrzeni publicznej gdzie nie moga takie rzeczy miec miejsca, mowimy dziecku, ze zabieramy je teraz gdzie bedzie bezpieczne i gdzie bedziemy mogli mu bardziej pomoc. Pakujemy dziecko do wozka lub do samochodu spokojnie, powoli, lecz stanowczo, „na sile” I jedziemy przeprowadzic pomoc opisana w punkcie 3 w bezpiecznym dla niego i siebie miejscu. Zdarzylo mi sie wyjsc z supermarketu, zeby schowac sie w pokoju dla matki z dzieckiem (do przewijania, kolo toalet) I tam tulic synka i wspolnie przeczekiwac jego uwalnianie emocji, sluchajac jego placzu=zalenia sie na cos, I tam sie uspokajal w moich ramionach, z dala od duzych bodzcow takich jak glosna muzyka, tlum gapiow, ostre swiatla itp.
            W kazdym z powyzszych aktow nie uzylam przemocy, nie okazalam dziecku braku szacunku, nie naruszylam jego cielesnosci w postaci uderzenia, zranienia, zadania bolu celem wywolania posluszenstwa czy czegos takiego… Zero klapsow, zero bolu, zero przemocy.
            Okazalam pomoc, wspolczucie, pragnienie ochrony zdrowia i bezpieczenstwa.
            Pozdrawiam:)

          • Michał Stolarczyk

            A dlaczego miałbym podejść w inny sposób, skoro z sensem Pani pisze? :)

            Że się zapoznałem, to nie powiem. Tekst długi, pora późna. Przeskanowałem tekst, wyłapałem główny sens i widzę, że z mądrze, z sensem, bez spinki :)

  • Sylwia Jendrych

    Bedac dzieckiem rowniez dostawalam klapsy. Od mamy tylko raz: gdy wychodzac ze szkoly zamiast wrocic do domu poszlam do kolezanki i spedzilam tam caly dzien. Nie bylo komorek wiec rodzice caly dzien umierali ze strachu. Gdy wreszcie wrocilam, a na dworze juz bylo ciemno, mama najpierw mnie przytulila a potem dostalam w tylek. Uwazam ze mi sie nalezalo i nie bylo to jakies traumatyczne dla mnie przezycie. Wspominajac to czasem mowie mojej mamie ze miala racje, ale rodzice kolezanki tez powinni dostac w tylek za to ze pozwolili mi siedziec u nich do nocy i wracac samej do domu. Ale to bylo tylko raz. Od taty dostalam wiecej klapsow. I nawet nie pamietam za co. Ale uwazam ze jestem normalnym czlowiekiem. W zyciu nie powiedzialabym ze rodzice mnie „bili”. A nawet mialam taka kolezanke ktora rodzice bili regularnie, za wszystko i czym popadlo. I nigdy w zyciu nie porownalam tego do moich klapsow. A nawet jako dziecko wspolczulam jej ze nie ma takich fajnych rodzicow jak ja. Nie sadze ze klaps zniszczy psychike dziecka i bedzie ono pamietac o tym do konca zycia i przezywac ze „bylo bite”. Nie mam swoich dzieci wiec nie wiem jak ja bym sie zachowala, ale patrzac na niektore dzieci, te w mojej rodzinie rowniez, to twierdze ze w niektorych sytuacjach taki klaps, juz nawet nie chodzi o to czy szybciej, ale w ogole by pomogl. Bo tlumaczenia na nic sie zdaja. Nie
    ktore dzieci jeszcze sie smieja w twarz i dalej robia swoje. Jeden dzieciak w mojej rodzinie wszystkich bil i mnie rowniez. Tlumaczyli ciagle, ze nie wolno, ze to boli, ze tak nie mozna. A on dalej swoje. Kiedys odczekalam az nikt nie widzial i mu oddalam. Wiec on zszokowany, ale jak to?, znow mnie uderzyl, wiec ja jeszcze mocniej, na zasadzie klapsa w dupe. Byl tak zdziwiony ze nikomu nic nie powiedzial. Od tamtej pory nie zauwazylam aby kogos bil. Na mnie nigdy juz nie podniosl reki. I nie sadze ze tak strasznie zostal skrzywdzony. A nawet bylam pozniej jego ulubiona ciocia.

  • Leeni

    Nikt mnie nie tłukł. Moi rodzice mnie kochali. A jednak pamiętam piekący ból, porażający strach przed odwróceniem się do nich tyłem po zrobieniu czegoś złego, łzy. Nie mam do nich żalu, popełnili błąd mimo najlepszych intencji. Ale czasy się zmieniły, mamy badania skutków klapsów, rady, czego używać zamiast nich. Dlatego dołączam do Ciebie. Ludziom trzeba uświadamiać, że istnieją inne metody. Lepsze metody. Że na zmianę nigdy nie jest za późno. Że każdy upada, ale trzeba umieć wstać i przeprosić poszkodowanych. Raz jeszcze dziękuję za wszystko, co piszesz.

  • Dostałam kiedyś skakanką za to, że nie chciałam jeść zupy. Pamiętam to do dzisiaj i do dzisiaj nie jem zup, nie znoszę zup. Moja mama wie, co wtedy poczułam i jak ogólnie czuję się z tym, przez wielu bagatelizowanym i błahym. doświadczeniem. Między nami jest ok. Dzisiaj mam swoje dziecko, za chwilę urodzę drugie, nie zmuszam dziecka do jedzenia, nie używam przemocy. Może i moja historia okaleczyła mnie w jakiś sposób, ale przynajmniej na ten moment mam szansę być całkiem niezłą mamą.

    • Udało Ci się przekuć złe doświadczenie, w coś dobrego, a nie jest to łatwa sztuka. Tym większy ukłon.

  • Mania

    Mimo tego, że nie mam zbyt wielu lat to już zdążyłam po sobie zauważyć jak negatywny efekt wywołała we mnie przemoc psychiczna i fizyczna w dzieciństwie. Ale nie było tak, że mnie ktoś lał non stop pasem. Było siedzenie przez bite kilka godzin nad talerzem z czymś czego nie lubiłam lub po prostu nie mogłam już dojeść i twierdzenie, że jedyne co potrafię to beczeć. Pamiętam jak dostałam w twarz za to, że nie chciałam ubrać swetra i kłamstwo u optyka, że okulary skrzywiłam na wfie. Do teraz jestem niejadkiem, miałam zaburzenia odżywiania, problemy z okazywaniem własnych emocji i wyrażania swoich potrzeb, a nie wiem co doszłoby jeszcze gdybym porozmawiała z psychologiem lub kimś takim. I właśnie dlatego nigdy nie podniosę ręki na moje przyszłe dzieci i postaram się nie sprawić żeby czuły się jak najgorszy rodzaj człowieka.