|

Pogodzić macierzyństwo z pracą? To niemożliwe!

Przynajmniej wg niektórych dziennikarzy.

Czy rodzicielstwo da się pogodzić z pracą?

Przeczytałem właśnie artykuł Macierzyństwo da się pogodzić z pracą? Większej bzdury nie słyszałam! i chciałem z wami na ten temat porozmawiać. Autorka zaczyna tak:

„Cudowne artykuły w kolorowych magazynach. Wywiady ze znanymi aktorkami, dziennikarkami, właścicielkami firm. „Wystarczy tylko dobra organizacja, determinacja, cierpliwość. Oczywiście, są trudniejsze momenty, ale można” mówią pytane o łączenie kariery z domem. Sama zresztą – jako dziennikarka kobiecego magazynu – napisałam niejeden taki tekst. Ble ble. Musi być trochę dramaturgii w środku, ale finał ten sam – da się, jest cudownie, słodko. Wszyscy szczęśliwi i zadowoleni. I szef, i dzieci, i mąż. Oesu.”

Rodzic karierowicz

To jest częściowo prawda. Kultura wychowywania dzieci i jednoczesnego sukcesu jest coraz mocniej promowana. Niestety zdarza się również, że taką ideę promują osoby, które same korzystają z pomocy niani, kucharki, sprzątaczki i szofera, a z własnymi dziećmi zbyt wiele kontaktu w zasadzie nie mają. W skrócie: o wychowaniu dzieci nie mają zielonego pojęcia, ale kreują się na ekspertów. I nie dziwię się, że ludzie reagują na takie opinie pustym śmiechem. Ja też bym tak zareagował. Jednak sam fakt, że jakaś idea ma beznadziejnych samozwańczych ambasadorów, nie oznacza jeszcze, że ona sama nie jest słuszna!

Jak powiedziała Henryka Bochniarz cytowana we wspomnianym artykule: „Nikt nie mówił, że w macierzyństwie i w ogóle w życiu będzie lekko, łatwo i przyjemnie. Na wszystko trzeba zapracować, to ma swoją cenę. Moim zdaniem warto ją zapłacić. Zmęczenie to przecież niewiele”.

Jednak autorka komentuje to krótko:

Niewiele?! Frustracja? Poczucie, że nigdzie nie jesteś naprawdę, że biegnie się przez życie z wywieszonym językiem?

Godzenie macierzyństwa z pracą

Do tego autorka przywołuje kilka mało przyjemnych historii:

Kobieta po zwolnieniu z pracy: „Jezu, wreszcie mam czas dla córki. Czy wiesz, że nigdy nie odebrałam jej ze szkoły? Nie miałam cierpliwości do odrabiania z nią lekcji. Nigdy nie zjadłyśmy w tygodniu spokojnego śniadania, nie poszłyśmy o 15.00 powłóczyć się po mieście?”.

„Syn miał trzy miesiące, kiedy wróciła do pracy. Wracała co prawda do domu o 15.00, ale od razu włączała komputer. Fizycznie była przy dziecku, psychicznie nie. Co z tego, że gotowała mu obiad, podawała zabawki, włączała bajkę? Nie było jej. Dopiero, kiedy syn był w podstawówce zorientowała się, że coś jest nie tak. Bo on jej się nie zwierzał, zawsze stał trochę z boku, a na pytanie pani co mamusia najbardziej lubi robić, odpowiedział: „Mamusia najbardziej lubi pracować”.”

Sama autorka dodaje też swoją historię:

„Co czuję dziś? Poczucie winy i żal, bo są momenty, które się nie powtórzą. Nie pamiętam, kiedy mój syn pierwszy raz stanął – byłam wtedy na ważnym zebraniu w redakcji, której już nawet nie pamiętam. Zostawiłam go, choć płakał, bo jechałam na wywiad z osobą, której nazwiska za nic sobie nie przypomnę.”

Ja sam nawet pisałem o czymś podobnym w tekście Dzieci są na chwilę. O szanowaniu momentu i rozkoszowaniu się w nim. O docenianiu dzieci, kiedy wciąż są dziećmi. Jednak o ile rozumiem autorkę, to nie zgadzam się z jej wnioskami. Ona uważa, że matki, które wybrały spędzenie pierwszych dwóch, trzech lat życia ze swoimi dziećmi, wybrały słusznie. Może i tak jest. W ich przypadku. Na pewno jednak to nie jest sprawdzona recepta dla wszystkich matek.

Wspomnienia pracoholików

Jak dla mnie wymienione powyżej historie różnych osób, to nie są historie matek, próbujących pogodzić macierzyństwo z pracą. Dla mnie są to historie pracoholików i karierowiczów (nie oceniam, każdy ma swoje priorytety), którzy mniej lub bardziej świadomie wybrali pracę, ponad własne dziecko. I teraz czują wyrzuty sumienia. I chcą zadośćuczynić. Chcą naprawiać świat. Skoro idąc do pracy, zaniedbały dzieci, to teraz zachęcają inne matki, aby nie popełniły tego błędu i nie szły do pracy. Żeby zostały z dziećmi.

Parafrazując jednak tytuł artykułu: Większej bzdury nie słyszałem.

Ze skrajności w skrajność

Nie ma co popadać ze skrajności w skrajność. Jeśli ktoś poświęcił się pracy, zaniedbując dzieci, to rozwiązaniem dla niego nie jest! poświęcenie się dzieciom i zaniedbanie pracy. Bo to jest dalej ten sam schemat! Taki, w którym czegoś będzie nam brakować. Może istnieją na świecie osoby stworzone do roli rodzica i potrafiące całe dnie spędzać ze swoimi dziećmi, ale ja ich jeszcze nie spotkałem. Każdy rodzic potrzebuje w swoim życiu czegoś jeszcze, poza swoimi dziećmi. Ci troskliwi, opiekuńczy i kochający również! To jest wręcz nasz obowiązek – potrzebujemy tego, żeby nie zwariować. Jak to napisał Tomek z Jakchcemy:„My bądźmy dla naszych dzieci jak słońce, a one niech będą jak planety wokół i każde na własnej orbicie.”

Inaczej może się to skończyć tak, że za kilka lat będziemy obwiać dziecko za to, że nie udało nam się w życiu do czegoś dojść. Bo mu się „poświęciliśmy” (patrz też: Nie poświęcaj się dziecku).

Dodatkowym zagrożeniem skupienia się w pełni na dziecku jest to, że ono bardzo szybko to zauważy i może wręcz się czuć odpowiedzialne za dobre samopoczucie rodzica. A to nie jest coś, za co powinno być odpowiedzialne żadne dziecko! Ono potrzebuje własnego życia!

Gdzie w tym wszystkim jest ojciec?

Poza tym wszystkim, przez cały czas czytania tego artykułu, miałem jedną myśl: A gdzie w tym wszystkim jest ojciec? Czy to są historię samotnych matek? Wątpię. Jednak rola ojca została tutaj zmarginalizowana. Wycięto go z obrazka. Myślę, że łatwiej dzięki temu było udowodnić założoną odgórnie tezę. Niemniej ojciec jest na tyle istotną zmienną w tym równaniu, że nie można go ot tak wyciąć. Nie żyjemy już w XIX wieku, bo wtedy autorka siedziałaby w domu z bandą dzieci, a nie siedziała by w sieci i snuła takie rozważania. Skoro więc mamy XXI wiek i łączymy się w pary, to rodziców jest dwóch (nie zawsze niestety, wiem, ale często jednak jest nas dwójka). I skoro mama musiała w jakiś dzień zostać dłużej, to dziecko przecież ma jeszcze ojca. A taki czas sam na sam z dzieckiem, też jest każdemu rodzicowi (i dziecku!) potrzebny, więc gdzie leży problem?

Życiowe nieogarnięcie

Jasne, jeśli zostawanie dłużej w pracy zdarza się pięć razy w tygodniu i jeszcze dodatkowo zaczynamy opuszczać przedstawienia naszego dziecka, omijamy mikołajki itp. to jest to duży problem. Ale on nie ma nic wspólnego z macierzyństwem! To po prostu jest życiowe nieogarnięcie! Bo gdybyśmy nie mieli dziecka, to cierpiałby na tym nasz partner. Albo rodzina. No chyba, że bylibyśmy samotni, ale nawet wtedy cierpiałoby na tym nasze własne „ja”. Poświęcenie się czemuś zawsze powoduje, że tracimy coś innego.

Dlatego zamiast rozpatrywać rodzicielstwo i karierę w kategoriach poświęcania się (dziecku lub pracy), lepiej jest poszukać w tym wszystkim zdrowej równowagi. Odpowiedniego balansu. Dziecko i spokojna praca – to jest do pogodzenia. Dziecko i mała firma – to jest do pogodzenia. Dziecko i freelancing – to też jest do pogodzenia. A życiowy spokój jaki dzięki temu zyskujemy – dzięki świadomości, że nie zaniedbujemy, ani siebie, ani rodziny, ani dziecka – jest bezcenny.

Możemy też być pewni, że taki wybór nie spowoduje w przyszłości wyrzutów sumienia, które w innym wypadku, mogłyby nas dręczyć do końca życia.

Prawa do zdjęcia należą do es1123.

Podobne wpisy

0 komentarzy

  1. W obecnej kryzysowej rzeczywistosci znalezienie w ogole pracy jest nie lada problemem a co dopiero znalezienie spokojnej pracy. Ja spokojnej pracy nigdy nie mialam.
    Troche mi sie kojarza takie rady z niezwykle denerwujacymi „dobrymi” radami lekarzy: prosze zyc bez stresu. Dobre sobie „bez stresu” we wspolczesnym swiecie.
    Na poczatku chce powiedziec, ze nie do konca zgadzam sie ze stwierdzeniem, ze macierzynstwo w fazie poczatkowej jest do pogodzenia z praca.
    Jako pedagog uwazam, ze dziecko do ukonczenia 1 roku zycia nie nadaje sie do zlobka. Jako matka uwazam, ze dziecko najkorzystniej poslac do jakiejs placowki tak w okolicach 2.5 – 3 lat.
    Zatem albo opiekunka albo rodzic.
    Co do macierzynstwa. Dzis juz wiemy, ze wiez matki z dzieckiem budowana jest przez pierwsze 3 lata zycia. I niestety jak mama spedza ten czas w pracy to cos sie traci bezpowrotnie.
    Jesli jest to mama, ktora ma tzw. wolny zawod i daje sobie nieco na wstrzymanie w pierwszym okresie zycia to tak, ale typowa prac (od 8 do 16) niestety nie jest korzystna dla dziecka.
    Pogodzic sie da, zawsze sie da, tylko jakim kosztem. Niektorzy wola nie widziec tych kosztow. Tak tez mozna.
    Uwazam, ze pomysl pracy zawodowej kobiet a tym samym matek niekoniecznie spelnil pokladane w nim nadzieje. Kobieta obok stalych obowiazkow macierzynskich ma jeszcze obowiazki zawodowe. Trudno sobie z tym poradzic, jak to sie mowi, cos za cos. Albo dziecko albo praca.
    Holenderki uwazam, ze ciekawie sobie poradzily z tym problemem. Otoz albo w ogole nie pracuja w pierwszych latach zycia dziecka, albo pracuja np. na pol etatu, albo jeszcze mniej. Maja czas zeby zajac sie domem i dzieckiem.
    Niestety trzeba powiedziec uczciwie, jak ktos pracuje pare godzin w tygodniu przez parenascie lat swojego zycia to w pewnym momencie nie ma juz wiekszych szans na osiagniecie sukcesu zawodowego. Praca kobiety wowczas polega na dokladani sie do budzetu a nie realizowaniu zawodowemu.
    Dlatego uwazam, ze nie da sie pogodzic dobrego macierzynstwa (przynajmniej w poczatkowym okresie zycia) z praca zawodowa , ktora mialaby znosic namiona tzw. sukcesu/satysfakcji zawodowej.
    Niestety takie jest zycie.

    1. Ogólnie się zgadzam z całością, poza końcówką. To racja, że dziecko najlepiej posłać do placówki w wieku 2-3 lat. I żeby pierwszy rok spędzić z dzieckiem – jak najbardziej. I nawet, że ośmiogodzinna praca, może nie być najkorzystniejsza dla młodego rodzica (dlatego pisałem o freelancingu czy spokojniejszej pracy, np. na pół etatu).

      Jednak nie widzę powodu, żeby przekreślać kobiety (lub rodziców w ogóle) w określonym wieku, bo pracowały tylko kilka godzin tygodniowo. Zbyt wiele osób odniosło sukces dopiero w wieku 30+, 40+ lub nawet 50+, żeby wyciągać takie pochopne wnioski.

      1. Nie przekreslam szans. Wszystko sie zawsze moze zdarzyc. Mowie tylko o statystyce. Sama mam 40 lat i widze mniej wiecej jak to wyglada. Najwiecej szans na kariere ma sie w przedziale wiekowym 30-40. Wtedy czlowiek juz jest dojrzaly, ma zwykle duze doswiadczenie zawodowe i jest jeszcze wciaz bardzo zywotny. Jesli w tym , ze tak powiem zlotym wieku czlowiek zostanie mniej lub bardziej wyeliminowany z rynku pracy to szanse na odrobienie „strat” znacznie maleja. Co nie znaczy, ze sukces zawodowy nie jest mozliwy, jest tylko duzo trudniejszy do osiagniecia.

        1. Statystyka jest bardzo ciekawą dziedziną. Zgadzam się, że statystycznie osoby po czterdziestce mają mniejsze szanse na sukces, ale to nie ma zbyt wiele wspólnego z ich wiekiem. Te wyniki mają związek z tym, że większość z czterdziestolatków się już ustabilizowała. Doszła do pewnego poziomu, przyzwyczaiła się do niego i nie chce już więcej. Pogodziła się z tym, że więcej już nie osiągnie. Jednak gdyby tym czterdziestolatkom się chciało, to nie ma między nimi, a obecnymi dwudziestolatkami niemal żadnej różnicy, poza tym, że jedni mają dwa razy więcej doświadczenia i w efekcie – większe szanse na sukces.

          1. Owszem jest roznica pomiedzy dwudziestolatkiem a czterdziestolatkiem, tak jak jest roznica pomiedzy czterdziestolatkiem a szesciesieciolatkiem, 15latkiem a 35 latkiem, 10 latkiem a 20 latkiem, 35 latkiem a 50latkiem itp.
            Roznice sa czasem duze czasem mniejsze w przeroznych sferach, jedna z nich jest to „chcenie”.
            Inaczej sie „chce” 5 latkowi, ktory sekundy na pupie nie usiedzi,inaczej sie chce 15 latkowi, ktory najchetniej by spal, inaczej sie chce 20 latkowi, ktory ma marzenia do spelnienia, inaczej 30latkowi, ktory juz wie jak marzenia realizowac, a inaczej 40 latkowi,ktory w sposob naturalny zaczyna dokonywac oceny swojego zycia itp. Kazdy wiek ma swoja specyfike, i kazdy wiek to inny naturalny etap rozwoju. Pewnie , ze mozna to „zaburzyc’, czasem trzeba jak sie mimo problemow chce do czegos dojsc, ale trzeba zdawac sobie sprawe, ze 40latkowi tak samo trudno jest wystartowac z pozycji20 latka, jak 20latkowi jakby mu kazano byc 5latkiem.

          2. Jak się chce to się znajdzie sposób,jak się nie chce znajdzie się i powód.

          3. Oj tutaj muszę się nie zgodzić. Moja mama, 3 dzieci. Pierwsze dziecko, 23 lata – była wtedy po szkole biznesowej. Przy drugim dziecku, 30 lat – zrobiła studia licencjackie i magisterskie + założyła własną firmę. Przy trzecim dziecku, 34 lata – zrobiła studia drugi kierunek + wciąż prowadziła firmę. Obecnie jest po 50, a mój najmłodszy brat ma 19 lat – mama w tej chwili robi 2-letnie zaocznie uzupełniające jej wiedzę + wciąż prowadzi tę samą firmę.
            Większości ludziom nie chce się czegoś w życiu osiągnąć, bo to wymaga wysiłku. Dodam, że mama nie miała nigdy sprzątaczki, kucharki, etc. Jedynie dziadkowie byli do pomocy, ale w latach 90. było to normą, zwłaszcza, że dziadkowie mieszkali w jednym domu co my.
            Mój brat ma obecnie 24 lata i pracuje od 18. roku życia, a obecnie w tym roku kończy studia magisterskie. Był na wymianie studenckiej w Niemczech. Teraz zastanawia się tylko, czy robić sobie roczną przerwę i potem zrobić drugi kierunek studiów, czy nie robić przerwy i iść „za ciosem”. Całe studia pracuje, utrzymuje się sam bez wsparcia rodziców. Wziął kredyt na mieszkanie w Warszawie, gdzie ciocię ma pod Warszawą, ale obecnie wiadomo jak to jest – każdy ma swoje życie. Brat nie ma jeszcze dzieci, dlatego jemu się chce: mówi, że póki nie ma dzieci chce zrobić jak najwięcej się da, by później móc poświęcić się bardziej rodzinie.
            Ja, jako najstarsza córka, mam już 2, a 3cie w drodze – wiek obecnie 31 lat. Nie będę całkowicie rezygnować z pracy, ale ze względu na sytuację zawodową jeszcze nieustabilizowaną, po urodzeniu dziecka wykorzystać czas macierzyński, a potem wrócić do pracy – albo „dorywczej” albo na 1/2 etatu, bo mąż jest za granicą. Chcę też zrobić studia zaocznie. Obecnie pracuję na pełny etat, ale z dwójką łatwiej niż z trójką. Dodatkowo mąż od roku pracuje za granicą, więc to jest głównym powodem mojej ograniczonej pracy. Plany są takie, że do 5. roku życia tak będzie, potem coś stałego.

  2. Hmmm. Chyba się z tobą zgadzam. Jest możliwe połączyć rozsądne macierzyństwo z pracą zawodową, choć pewnie najtrudniej jest na samym początku – po pierwsze pod względem emocjonalnym, po drugie pod względem właśnie samoogarnięcia się. Choć wiem też, że różne są wykonywane prace/kwalifikacje/zainteresowania zawodowe rodziców, więc nie zawsze można ułożyć sobie fajny grafik dnia. Choć tak jak piszesz – jeśli nie mamy do czynienia z pracoholikiem lub osobnikiem o przerośniętej ambicji to jest się zawsze w stanie wygospodarować dodatkowy czas w weekendy/poranki/wieczory, ale wymaga to 1. chęci, 2. umiejętnego stawiania granic, 3. dokonania odpowiednich wyborów. Dodam jeszcze od siebie, że warto chyba też włączyć na luz i nie wymagać od siebie zbyt wiele w tym sensie, by nie brać np. konieczności puszczenia dziecka do żłobka jako osobistej porażki. Nawet jak mało czasu się spędza z dzieckiem w tygodniu taki czas można fajnie nadrobić chociazby w weekendy, święta itd.

  3. Co do zasady się z Tobą zgadzam, że najlepszy jest złoty środek. Tylko łatwo powiedzieć trudno zrobić. Nie każdy ma tzw. spokojną pracę (myślę, że taką pracę ma niewielu) i niełatwo taką pracę dostać, a już nie mówiąc o zmianie. Nie zapominajmy o kredytach które trzeba spłacać. Niewiele matek może sobie pozwolić na pracę na część etatu (raz: nieprzychylne spojrzenie pracodawcy, dwa: mniejsze zarobki).
    Ja miałam dużo szczęścia i wróciłam do pracy na część etatu bo akurat w tym czasie mojemu pracodawcy to pasowało. A gdyby nie pasowało to pewnie musiałabym wrócić na pełen etat od 9 do 17.15 + ok. 40 min na dotarcie w każdą stronę (przy założeniu 0 nadgodzin i zero korków na trasie). Czas z dzieckiem w ciągu dnia coś ok.1 -1,5 godziny (trudno być wtedy rodzicem). No i weekendy na pozałatwianie niepozałatwianych prac, sprzątanie, pranie, zakupy. Zastanawiając się na tym, nie mam pojęcia jak pogodzić taką pracę (nie mówię tu o żadnym robieniu kariery tylko o dowalaniu swojej roboty) z byciem zaangażowanym rodzicem by któregoś dnia nie paść po prostu na pysk by już więcej nie wstać. Kariery takiej przez duże K od zera z wychowywaniem dziecka pogodzić się nie da i nawet nianie, sprzątaczki i inne Panie nie pomogą. Coś za coś. Ja jakoś godzę pracę z macierzyństwem ale miałam dużo szczęścia i o robieniu tzw. kariery na części etatu mogę zapomnieć.

    1. Akurat autorka tego artykułu pisała, że matki które zostały z dziećmi, wybrały słusznie. I ona im zazdrości. W sensie: mogła tak zrobić, ale nie zrobiła. Więc do takiej postawy się odniosłem. Do matek, które mają możliwość zostać z dzieckiem w domu i jej nie wybierają. Do matek, dla których nie pójście do pracy, oznacza umiarkowane obniżenie standardu życia. Na pewno natomiast nie odnosiłem się do osób, dla których praca to być albo nie być. Bo wiem, że czasami po prostu nie mamy wyjścia.

      1. Rozumiem do czego się odnosiłeś i nie sposób nie przyznać Ci racji. Zgadzam się z Tobą złoty środek jest najlepszy. Problem polega na tym, że dla wielu a nawet bardzo wielu ten złoty środek jest nieosiągalny. Taki mamy rynek pracy. Często nawet jeśli nas stać na ograniczenie etatu to po prostu pracodawca nie widzi takiej możliwości (taki pracownik nie jest mu potrzebny). Nie każdy jest jest stworzony do prowadzenia bloga czy własnego biznesu. Tak jak zauważyli inni komentujący ten Twój złoty środek to trochę porada w stylu „nie stresuj się”. Wszyscy wiemy, że stres jest zgubny i trzeba go wyeliminować tylko z realizacją tej oczywistej oczywistości jest problem. My żeby być rodzicami zaangażowanymi zrobiliśmy wiele, maż zmienił pracę na gorzej płatną by nie wyjeżdzać tyle służbowo, a mi się udało wrócić na część etatu (udało się bo pracodawcy pasowało bo akurat ciął koszty). Ilu z nas może sobie na to pozwolić ilu z nas ma tyle szęścia? To naprawdę trudno zrobić w naszej rzeczywistości.

        1. Może to zabrzmi jak tekst ze słabej książki motywacyjnej, ale szczęście nie istnieje. My tworzymy swoje życie i to dzięki nam, w naszym życiu pojawiają się takie czy inne sytuacje. Szczęście? Przypadek? Zbieg okoliczności? Nic z tego nie jest faktem. Wszystko to nam się „wydaje”.

          Udało Ci się, bo miałaś szczęście? Udało Ci się, bo byłaś na tyle wartościowa dla pracodawcy, że nie opłacało mu się Ciebie zwolnić.

          1. Moje udało się było wynikiem szczęścia i pewnych cech które posiadam (tym co czyni mnie dla pracodawcy wartościowym bo pewnie takie mam). Jednak zbieg okoliczności istnieje bo nie wybieramy miejsca w którym się rodzimy, wychowujemy a pewnych błędów młodości nie da się naprawić, pewnych przeszkód pokonać ale to już inny temat do dyskusji Pozdrawiam

          2. Nazwałbym to predyspozycjami, niż zbiegiem okoliczności, ale zgadzam się, że to temat na osobną dyskusję. Może kiedyś taką rozpocznę na blogu 🙂

  4. Na początek: uwielbiam Twój tekst „Dzieci są na chwilę”. Kto jeszcze nie czytał, niech natychmiast nadrobi zaległości! 🙂
    Niestety pracoholizm często jest skutkiem dużej presji wywieranej na dzieci w wieku szkolnym – przez 12 lat każe im się siedzieć z nosem w książkach, potem szkoła nagle się kończy i co dalej?Życie zawodowe i rodzinne da się pogodzić, ale często koszt jest wysoki. Zawsze ktoś tam ucierpi: dziecko, praca, a najczęściej sam rodzic, który chce zadowolić wszystkich wokół, a zapomina o sobie. Balans trudno osiągnąć, zwłaszcza kiedy praca jest wymagająca. Swoje obserwacje opieram o warszawskie firmy. Coś takiego jak „spokojna praca” tu nie istnieje (no chyba, że jest się profesjonalnym blogerem ;)). Tutejsze firmy cechuje profesjonalizm na najwyższym poziomie (mam porównanie klientów w skali kraju), ale często na pokaz, jako przerost formy nad treścią – wszystko musi być lepiej, szybciej, więcej. Pracodawca wchodzi z butami w życie prywatne i eksploatuje pracowników do ostatniej kropli krwi i potu – w stolicy taki tryb pracy i brak prawa do życia prywatnego to ogólnie przyjęty standard. Znam kilka dużych firm, w których spory odsetek osób jest pod regularną opieką psychiatry (nie psychologa!) właśnie ze względu na wypalenie zawodowe i depresje będące skutkiem przepracowania. I nie są to jak napisałeś – karierowicze i pracoholicy, każdy z nich marzył o „spokojnej pracy” i wielokrotnie próbował wyznaczyć jasne granice. Wiadomo, można zmienić pracę, ale co jeśli wszędzie jest to samo? Jedyne rozwiązanie to wyjechać, ale taki krok jest trudny, jeśli ktoś pokochał to miasto i trzymają go tu inne sprawy.

    1. Może faktycznie w Warszawie jest inaczej, niż u nas w Bielsku na prowincji. Ja opierałem się na moim doświadczeniu, bo u nas jednak jak ktoś potrzebuje spokojnej pracy, to idzie na magazyn czy na produkcję – odwala cztery/osiem godzin dziennie i później wraca do domu. Bez nadgodzin, bez całodobowego myślenia o tym co w firmie.

      PS. Jak myślisz, że blogerzy mają spokojną pracę, to podeślę Ci moją listę hejterów 🙂

      1. Zakladajac, ze rzeczywiscie praca na magazynie czy produkcji to praca spokojna, czy taka wlasnie prace polecasz mlodym matkom aby byly w stanie pogodzic macierzynstwo z … kariera zawodowa?
        Niestety najczesciej tam gdzie mozna mowic o tzw. karierze zawodowej (cokolwiek to znaczy) ma to wiazek z mniejszym lub wiekszym stresem.

        1. Znam wiele osób, które wybrało taką pracę, właśnie ze względu na spokój. Ze względu na to, że nie przynoszą pracy do domu. Ani fizycznie, ani psychicznie. Nie martwią się, nie stresują – robią swoje i wracają. Nie mówię, że to jest idealna ścieżka zawodowa, ale często właśnie tam, możliwa jest większa elastyczność godzinowa. A to ma bardzo często znaczenie.

          1. Praca mlodej matki ze wzgledow wylacznie finansowych bez zadnych potrzeb wyzszego rzedu jest musem i raczej nie warto dyskutowac czy mozna ja podejmowac, czy mozna ja polaczyc z macierzynstwem?. Nie ma wyjscia. Wtedy rzeczywiscie spokojna praca na produkcji jest super.
            Pytania pt. czy mozna laczyc prace z macierzynstwem czy warto itp. pojawiaja sie gdy jest realny wybor. Kobieta moze isc do pracy aby nie przerywac swojej kariery zawodowej (i zwykle nie jest to praca na produkcji) ale nie musi.

          2. „Praca mlodej matki ze wzgledow wylacznie finansowych bez zadnych potrzeb wyzszego rzedu jest musem i raczej nie warto dyskutowac czy mozna ja podejmowac, czy mozna ja polaczyc z macierzynstwem?”
            Ale przecież właśnie autorka artykułu do którego się odnoszę pisała coś zupełnie przeciwnego. Że matka powinna zostać w domu. Czyli odnosiła się do osób, które mają taką możliwość. I ja polemizowałem z takimi właśnie osobami, a nie z tymi, które muszą iść do pracy, bo inaczej nie będą wiązać końca z końcem.

          3. Jesli kto nie bedzie mial co do garnka wlozyc to do pracy isc musi. Nie ma wyboru ani przestrzeni na rozmyslania: isc czy nie isc.

  5. „zostawanie dłużej w pracy zdarza się pięć razy w tygodniu” – tak, mi się zdarza. Choć ważne momenty, wydarzenia, przedstawienia jeszcze ogarniam.
    Taką mam pracę, i trudno jest coś zmienić, kiedy samotnie zarabia się na cały dom i wychowuje dziecko. Oczywiście, jest wybór, można teoretycznie zarabiać mniej, zmienić pracę na mniej wymagającą – czy aby na pewno w dzisiejszej sytuacji rynkowej? No właśnie…
    Doba ma tylko 24 godziny, a człowiek swoją wytrzymałość. Nie tak trudno paść i już nie wstać, albo wylądować w psychiatryku.
    Wyrzuty sumienia, że za mało czasu poświęca się dziecku też nie pomagają. Mam je codziennie. Bo 2-3 godziny na dobę pomiędzy powrotem z pracy a położeniem dziecka do łóżka – czy tyle wystarcza żeby być rodzicem? Moim zdaniem nie. A weekendy? … no są, ale oprócz tego milion rzeczy do zrobienia z całego tygodnia. Znów jest wybór, znów teoretycznie tylko.
    Można pogodzić sensowne rodzicielstwo z pracą… jak ktoś ma spokojną, taką od – do i do widzenia, albo robo coś na swój rachunek, ale nie musi się tak naprawdę spinać.

    1. Raczej nie odnosiłem się do przypadków samotnych rodziców, czy w ogóle żywicieli rodziny, tylko do osób, które mogą odpuścić, ale nie chcą, bo… coś. Bo ambicja, bo lubią wysoki standard życia, bo lubią wysokie obroty.

      W opisanym przez Ciebie przypadku jest to akurat zrozumiałe. Samotny rodzic ma w Polsce lekko mówiąc przechlapane.

  6. Moim zdaniem macierzyństwa nie da się pogodzić z pracą, bo któraś z dziedzin będzie na tym cierpieć – albo dzieci, albo praca albo znajomi. Doba ma tylko 24h i nie da się tego zmienić, chyba, że stać nas na to by pracować 2-3h dziennie. Ale możemy wypracować rozsądny kompromis, tyle że łatwiej powiedzieć niż zrobić.

    Nie wiem czy pamiętacie słynny głos w tej dyskusji atrakcyjnej prezes Warty – Izabelli
    Łukomskiej-Pyżalskiej, która narzekała że dzisiejsze kobiety są ciągle niezadowolone, marudzą i traktują siebie jako „męczennice”. A jakiś czas później okazało się, że żeby ogarnąć całą pięcioosobową rodzinę (wow) zatrudnia często 2-3 osoby do opieki. Nie oszukujmy się, mało kogo dzisiaj na to stać, by wyżywić tak dużą rodzinę i utrzymać tyle nianiek.

    1. Ale przecież nie musimy mówić o macierzyństwie – możemy mówić o rodzicielstwie – skoro jest matka, to najczęściej jest i ojciec. I on też może przejąć jakieś obowiązki na siebie. Jednocześnie uważam też, że te 2-3 godziny dziennie, jeśli dobrze zainwestowane (np. w poszerzanie wiedzy z jakiejś dziedziny), mogą po paru latach wykształcić matkę na pełnoprawną specjalistkę w wybranym przez siebie polu.

  7. Nie wszystko do wszystkiego i w dowolnych ilościach pasuje.

    Dla mnie jednym z kluczy jest: hierarchia wartości lub priorytety. Po ułożeniu okazuje się, że umiemy wybierać to co ważniejsze. I robimy to całkiem poprawnie i w zgodzie ze sobą.
    Pojawienia się dziecka powoduje reorganizację priorytetów, a przynajmniej powinno to spowodować.

    A i oczywiście tak jak wspomina Pani Henryka Bochniarz: nikt nie mówił, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. A już na pewno nie zawsze.

    Kamil, dobry tekst 🙂
    (i oczywiście wcale nie dlatego, że odwołałeś się do nas 😉 )

  8. Zgadzam sie z Toba, z Twoja teza o zlotym srodku, ale ja czytalam ten artykul z innej perspektywy.

    Generalnie chyba dzisiejsze matki nigdzie nie czuja sie dobrze- w pracy
    mysla o dziecku, o tym jak je krzywdza poswiecajac tak malo czasu. W
    domu mysla o tym, czego nie zrobily w pracy, ilu maili powinny byly
    jeszcze wyslac. Moim zdaniem zycie w stylu slow albo na styl
    skandynawski, gdzie zazwyczaj ojciec pracuje na etat, matka na pol albo
    wcale (bo ich stac) jeszcze sie w Polsce nie sprawdza.

    Owszem, pracuje w korporacji, ale nie w Polsce. Nie mam nad soba szefa tyrana wymagajacego codziennych nadgodzin, nie mam planu miesiecznego z kosmosu, moj dojazd do pracy zajmuje mi 20 minut autostrada, a nie 1,5h w korkach. Mam czas rozwijac sie w pracy i mam popoludnia i wieczory oraz weekendy dla dziecka. Czy pracujac w polskim oddziale tej samej korporacji zylabym tak samo? Juz pytalam, chcialam wrocic do PL i wiem- odpowiedz brzmi: zdecydowanie nie! W Polsce wciaz brak nam kultury pracy. W srocie, zeby pracownik nie okradal pracodawcy z papieru i dlugopisow, a pracodawca, zeby nie traktowal pracownika jak niewolnika i podnozek. Wydaje mi sie, ze matki na starcie w pracy maja juz u swojego szefa przegwizdane i czesto sa zmuszane do nadgodzin i poswiecen, aby poprzestawiac im na sile priorytety. Jakby pokazac: a widzisz? jak nie zostaniesz zwolnie cie, dziecko bedzie glodowac, banki zabiora ci dom i zamieszkacie pod mostem.

    Za to rozbrajaja mnie kobiety, szczegolnie celebrytki (bo o nich najglosniej) ktore od razu po porodzie biegna do pracy, bo one sa aktywne i ambitne, kasa i kariera nie moga czekac. Owszem, siedzenie z dzieckiem rok czy dwa w domu moze dac sie we znaki, robi sie momentami nudno, momentami ciezko psychicznie, ale zeby wracac do pracy po 6 tygodniach od porodu majac gruba kase na koncie? Ja bez wyrzutow sumienia bym nie mogla.

    I rzeczywiscie rola ojca w Polsce jest zmarginalizowana totalnie nie tylko w artykulach prasowych. Niestety, czesc ojcow jest takich, ze „pomoc przy dziecku” traktuja jak przykry obowiazek i tygodniami wypominaja jak to jednego dnia wykapali dziecko czy zabrali na dwie godziny z domu. W ogole nienawidze jak mnie ktos pyta czy moj maz „pomaga mi przy dziecku” Jakto on ma mi pomagac? To od razu nasuwa skojarzenie, ze dziecko jest moje, obowiazek jest moj, a ojciec od czasu do czasu laskawie zmieni pieluszke. Dziecko jest obojga rodzicow i oboje maja je po rowno wychowywac i o nie dbac. Na szczescie wiele w tej kwestii sie zmienia. Po ulicach spaceruje coraz wiecej tatusiow z wozkami, a i na placach zabaw robi sie bardziej mesko. To cieszy!

    AAaa, i w tekscie masz

  9. Równowaga przede wszystkim, ale jest jeszcze coś. O takich rzeczach się myśli jeszcze zanim zdecydujesz się na dziecko, kiedy jesteśmy w ciąży. Czasu jest dużo. Oczywiście zawsze coś wyskoczy i nigdy niczego nie zaplanujesz na 100% (dzięki Bogu), ale da się. Mogę poświadczyć na naszym przykładzie, bo rozmawialiśmy o tym z Ju kiedy małego nie było jeszcze w planach i cały czas później. I kiedy po porodzie minęła już wojna hormonalna 😉 to jakoś nie było większego problemu.
    Inna sprawa to rozumienie sukcesu, kariery… nie będę się rozpisywał, ale jeśli jest zdrowo zdefiniowany to część problemów po prostu znika.

    1. Bardzo ważne uzupełnienie całego tekstu – w końcu każdy z nas ma te dziewięć miesięcy na przygotowanie się. A dziewięć miesięcy to naprawdę niesamowicie duża ilość czasu. I można w tym czasie wszystko na spokojnie omówić, ustalić i być przygotowanym na to co nadejdzie.

    2. Witam. Niestety ale nie,zgodze sie z tym, że da sie znaleźć zawsze złoty środek. Z jednym dzieckiem może tak, ale z dwójką? Sama od 4 lat siedze w domu z dwojką dzieci. Starsze chodzi do przedszkola, prywatnego- niestety. 3 tygodnie w miesiącu jest chore. Mlodsze ma liczne alergie pokarmowe przez co jest problem ze znalezieniem placówki która faktycznie pilnowalaby diety. Juz pomijając że miesięczne oplaty by siegaly ok.1700zl/miesiac. Bardzo bym chciała pójść do pracy ale na chwilę obecną nie mam nawet jak pójść na rozmowę o pracę. Gdzie jest ojciec dzieci? Pracuje. Ma dobra prace dzieki której stac nas na wszystko, wiec musi szanować i starać sie utrzymać tą pracę. Poza tym jest na okresie probnym więc urlop i l4 odpada… dziadkowie nam nie pomagają, nie mam nikogo znajomego kto by pomógł od czadu do czasu. Duszę sie i kiszę w domu ale nie mam opcji pójść obecnie do pracy. Praca z domu? Nie z dwojką dzieci… także nie zawsze jest ten złoty srodek… zazdroszcze osobom godzącym prace z wychowaniem wiecej niż 1 dziecka… ja niestety muszę sie poswięcić dzieciom. Moze rok, może jeszcze 1,5… nie mam innego wyjści

  10. A ja zadam pytanie od innej strony:
    jak twoja żona godzi pracę zawodową i macierzyństwo?

    1. Moja żona ma nienormowany czas pracy (raz osiem, raz sześć, raz cztery godziny). Coś na co długo pracowała, ale się udało. Więc problemów nie ma żadnych.

      1. To pozostaje mi chylić przed wami czoła.
        Wnioskując po twoich wpisach jesteśmy w podobnym wieku.
        Urodzić trójkę dzieci i ”dorobić się” nienormowanego czasu pracy-podziwiam.

      2. A co w przypadku choroby dzieci? Kiedy zaczynaja chorowac jedno po drugim, calymi miesiacami?

  11. Da się pogodzić pracę i wychowanie dziecka. Wcale nie twierdzę, że jest to łatwe. Nie sprzyja też temu system i organizacja tego świata. Nie mniej jednak jeśli podejmie się próbę osiągnięcia kompromisu z samym sobą to wszystko jest do zrealizowania. Ja jestem na etapie takich zmian. Trzeba podjąć ryzyko i spróbować osiągnąć marzenia. Myślę, że jest realna sytuacja, w której jest się zadowolonym z pracy zawodowej i jednocześnie ma się szczęśliwe dziecko, z którym ma się całkiem udane relacje. Macierzyństwo to wspaniała przygoda i każdy przeżywa ją na miarę swoich możliwości. Nie zawsze mamy wpływ na naszą sytuację i nie zawsze jest nam łatwo. Tak jest już to wszystko skonstruowane. Osiągnięcie złotego środka możliwe jest bardzo rzadko… ale warto próbować… dla mnie idealnym stanem jest szczęśliwe dziecko i szczęśliwa mama. Mama nie będzie szczęśliwa pełniąc jedynie rolę kury domowej… musi mieć margines na realizację siebie… moim celem jest uzyskanie takiej równowagi… raz się udaje, raz nie… ale staram się…

  12. A mi się bardzo podoba artykuł tej dziennikarki. Nie jest aż taki drastyczny jak opisujesz. Ona owszem pisze, że koleżanki, które zostały w domu wybrały dobrze, ale pisze też pod koniec „Wszystkim młodym mamom chciałabym powiedzieć tylko jedno: podejmujcie decyzje jakie chcecie, ale pamiętajcie: te dni naprawdę nie wracają. ” – i to jest cała istota. Oczywiście są pracoholicy z wyboru, ale całe mnóstwo ludzi wyboru nie ma. Taki kraj i rynek pracy. Godzenie pracy z rodzicielstwem wcale nie jest proste. Przerabiałam i pracę z domu (nikomu nie polecam) i wcześniejsze wychodzenie z pracy (z łaską, komentarzami i automatycznym pominięciem przy awansach i ciekawych projektach). Mój mąż za to ma swoją firmę i ceną za większą elastyczność godzinową jest większa ilość godzin przepracowanych w ogóle. My jakoś sobie radzimy, priorytetem jest dziecko, ale płacimy za to cenę pracową. To nigdy nie jest złoty środek, bardzo trudno jest mieć jedno i drugie. Chciałabym żeby to faktycznie była umiarkowana kariera i super zajmowanie się dzieckiem – ale jest tylko ganianie z językiem na brodzie, żeby jakoś przetrwać i nie zgubić w tym wszystkim dziecka zupełnie.

  13. Świetnie napisane jak zwykle złoty środek się sprawdza Osobiście pierwszy rok spędziłam z dzieckiem mam jednak zamiar realizować się w pracy – oczywiście nie zapominając o dziecku Mój zloy środek ma polegać na tym by każde popołudnie spędzić z synkiem Obowiązki dzielimy z partnerem wspólnie także mam nadzieję że jakoś sie uda Rezygnuje z pozeraczy czasu typu telewizja czy wyjścia z koleżankami No i oczywiście żadnych weekendów w firmie

  14. Jak przeczytałam początek to już myślałam, że będzie kolejny artykuł który nie ma sensu i który będę musiała hejtować 😀 Fajne znaleźć złoty środek ale nie każdy pracodawca się na to godzi. Ja mam w Tivronie mega wyrozumiałego szefa i mogę czasem pracować będąc w domu. Wiadomo dobro dzieci jest najważniejsze, ale nie mogłabym wysiedzieć cały czas nic nie robiąc, to daje poczucie jakiejś niezależności i to niekoniecznie tylko finansowej.

  15. Trochę znakiem naszych czasów jest to, że dziecko stawia się na pierwszym planie. Kiedyś dzieci po prostu były i wychowywało się je niejako dając wzór, a nie pracując cały czas nad ukształtowaniem go. Takie dzieci były bardziej samodzielne, a rodzice nie mieli dylematu – praca, czy wychowanie dziecka.

    1. W pierwszych latach dzieci były w domu z rodzicem, a później zostawały już same i uczyły się wszystkiego, co było potrzebne. Ale czasy się zmieniły i ja widzę te przerażone spojrzenia, gdy moje dzieci idą same się bawić z kolegami, że jak to „same”. Paranoja.

    2. Mam 30 lat moja mama nie miała wyboru, musiała wrócić do pracy kiedy ja mialam kilka miesiecy. Moi rodzice rozstali sie gdy mialam ponad roczek, ale ojciec raczej sie mna nie interesowal. Chodzilam do zlobka, później przedszkola. Mama po prostu musiala – pracowala po 8 godzin dziennie bo inaczej nie mialabym ksiazek czy lalki. Jestem jedynaczka, wiec dzieki temu mialam wiekszy kontakt z dziecmi i nauczylam sie wielu cennych rzeczy. Nie rozumiem troche tego jak to nie mozna pogodzic jednego z drugim. Owszem kiedy dzieci sa male moze i trudno ale to przez krotki okres, gdy dzieci ida do przedszkola czy szkoly mama czy tata sa w pracy. Do południa nie ma nikogo w domu. Gdy bylam mala wiekszosc mam moich koleżanek pracowala i nikt nie zastanawial sie czy sa gorszymi mamami od tych co nie pracują. Jeśli lubie swoja prace, sprawia mi ona przyjenosc, ale zachowuje balans, czyli nie uwazam sie za niezastapiana w pracy, nie biore milionow nadgodzin to niby czemu mam rezygnować z pracy skoro mojego dziecka i tak nie ma w tym czasie w domu.
      Mamy tak absurdalne czasy, ze jedne środowiska neguja inne dla zasady… matki ktore poswiecaja sie wychowywaniu dzieci krytykuja te ktore pracuja 40 godzin tyg bo lubia i dzieki temu sa szczesliwsze ale juz matki które pracuja tyle samo godzin bo musza i nielubia swojej pracy przez co sa nieszczesliwe i odbija sie to na dziecku nie sa zle i je sie usprawieliwia.
      Biorac przyklad z mojej mamy i mojej tesciowej uwazam, ze da sie pogodzic jedno z drugim. Jestem kierownikiem dzialu kadrowego, kocham moja prace i jestem dumna z tego co osiagnelam, obecnie moje dziecko ma rok a ja od 4 miesiecy lacze rodzicielski z polowa etatu, za 4 miesiace wracam na pelen etat. Uwazam sie za spelniona matke i kobiete, ale bardzo tez doceniam pomoc mojego meza ktory mnie caly czas wspieral. W momencie kiedy awansowalam staralismy sie o dziecko i na kilka miesiecy musieliśmy odlozyc starania ale poprzedzone to bylo wieloma rozterkami czy przyjac awans czy nie. Dzis nie zaluje. Nie jest latwo i mysle ze gdy wroce na caly etat bedzie jeszcze trudniej ale praca daje mi satysfakcje i dzieki temu mam energie dla mojego dziecka.
      Zeby bylo zabawniej podczas studiow mialam taki plan ma zycie ze bede wzorowa pania domu, bede miala zaraz po studiacj gromadke dzieci, i bede sie poswiacala wychowaniu ich. Przypadek sprawil ze trafila mi sie praca ktora pokochalam ale niebwyobrazam sobie zycia bez dzieci. I chcialabym im dac jak najwiecej bede mogła (nie chodzi o kwestie materialne)

  16. Cudownie napisane. Szukać w życiu równowagi i angażować ojca w wychowywanie dzieci! 🙂
    W końcu ktoś mądrze to podsumował. Widzę tendencję, że my kobiety nie widzimy w macierzyństwie naszych partnerów. Ciekawe czy wynika to z norm społecznych, które rolę wychowania dzieci przypisują nam?
    Trochę to smutne, bo świadomie lub nie trochę mężczyzn okradamy z cudownych chwil jakie mogą spędzić ze swoimi potomkami, a w zamian za to siedzą na wielu spotkaniach, z których nic nie wynika.

  17. Jeden z nielicznych blogów parentingowych prowadzonych przez ojca 🙂 co do samego artykułu uważam, że w każdym wieku można osiągnąć sukces. Znam tez ludzi, którzy w wieku 30-40 lat przebranżowiali się i wyszło im to na dobre

  18. Czytam te komentarze i myślę, że może warto psytać dzieci o zdanie. Te dorosłe, które miały pracujących od zawsze rodziców. Np. mnie. Moja mama bardzo szybko wróciła do pracy, od razu po macierzyńskim, który w tamtych czasach był krótszy niż teraz. Zostawiła mnie z babcią. Mój tata dla odmiany pracował w systemie zmianowym, tak że co 3 dni pracy, miał 3 dni wolnego. Z kim mam dobrą relację, jak myślicie? Z mamą. Więc ok, może był jakieś badania naukowe itd. ale nie dramatyzujmy, to nie jest tak, że jak moja mama pracowała i niby przegapiała te wspaniałe pierwsze 3 lata życia to jest dla mnie obcą osobą, z którą nie mam więzi. Moim zdaniem to jest niepotrzebne nakręcanie się i tyle. Ja uważam, że dobrze spędzone kilka godzin w tygodniu jest lepsze niż całe dnie wisieć na dziecku i wylewać na nie swoje żale lub też obciążać ambicjami.

  19. Ja jestem z córką od 4 lat w domu. Wcześniej nie wyobrażałam sobie życie bez pracy, ale jak urodziłam to zmieniłam priorytety. Spełniam się jako mama i kura domowa, chociaż skończyłam ambitne studia i mam spore doświadczenie zawodowe to nie brakuje mi ani obowiązków zawodowych ani kontaktu z fałszywymi współpracownikami. Córka już 2 rok chodzi do przedszkola w niewielkim wymiarze czasu w celach edukacyjnych i społecznych. Dobrze się zaaklimatyzowała, ostatnio mniej choruje, więc od roku szukam pracy na część etatu. Nikomu moja przerwa nie przeszkadza, ale na pytanie o niepełny etat pada słowo NIE. Poza zawodem nikt nie chce mnie zatrudnić do prostych prac biurowych, czy nawet w sklepie odzieżowym na jakieś pół etatu, bo mam za wysokie kwalifikacje. Zresztą po takiej przerwie praca poza zawodem nie ma sensu i nic nie wniesie.

    Za kilka dni zaczynam pracę na CAŁY etat w zawodzie, chociaż bardzo nie chcę. Robię to tylko z rozsądku, bo wiem, że jeszcze chwila, a przerwa w pracy będzie zbyt długa i do zawodu już nigdy nie wrócę,a przecież gdybym z jakiś powodów została sama z dzieckiem to jak sobie poradzę, kto mnie zatrudni w zawodzie po bardzo długiej przerwie. Od tygodnia nie jem, nie śpię. Żal mi tych wszystkich godzin jakich już nie spędzę z córką na wspólnym gotowaniu, czy składaniu prania. Żal, że już nie wyjdziemy codziennie na kilka godzin na plac, na sanki , czy nad wodę, że nie będziemy miały rano czasu na nasze przytulaski, że skończą się wygłupy. Zaczniemy żyć z zegarkiem w ręku, w pośpiechu, nerwach, a ja ciągle będę upominać córkę, że teraz nie ma czasu na to, czy tamto.

    Córka wymaga rehablitacji i kontroli ze strony specjalistów Po odebraniu jej po pracy z przedszkola starczy nam tylko czasu na ogarnięcie rehabilitacji, czy specjalistów, a potem kąpiel i spanie. Zostanie mi być weekendową mamą. 4 latka to taki fajny czas, kiedy córka już tyle rozumie, tyle ją ciekawi, tyle chce rozmawiać, a mnie to ominie. Pani z przedszkola będzie spędzać z nią więcej czasu niż ja.

    Mój zawód jest też bardzo obciążający, stresujący. Nie ukrywajmy, że to też będzie miało przełożenie na relacje z dzieckiem.

  20. Jestem Ojcem 4 latki, mam tak zwany „wolny zawód” Freelancer (programista) i powiem szczerze, że nie da się pogodzić z rodzicielstwem. Jeśli chce się skończyć projekt na czas być wiarygodnym w tym co się robi zawodowo, trzeba spędzać w pracy, dziesiątki godzin, inaczej, nikt nie będzie korzystał z moich usług. A w miedzy czasie, przedszkole, gry i zabawy, choroby i dziesiątki przeróżnych zdarzeń, których nie da się przewidzieć. Więc moim zdaniem, nie da się pogodzić i wyśrodkować pracy z rodzicielstwem. Nie wiem jaka to miała by być mało wymagająca praca? Przekładanie papierków z jednego miejsca na drugi parę godzin dziennie? Za 500zł miesięcznie? Jedno z rodziców musi mieć stałą stabilną pracę i w związku z tym traci kontakt z dzieckiem. Chyba, że ktoś ma łeb na karku i dobrze zainwestował pieniądze jak na przykład w wynajem nieruchomości i ogarnięcie tematu zajmuje mu parę godzin tygodniowo:)) i ma przychód rzędu 5000zł na miesiąc. To jest myśl pozdrawiam :))

    1. Ja właśnie próbuję znaleźć pracę (lepszą niż sprzedawca, bo tego nie nazwałabym karierą) na część etatu po długiej przerwie w domu i roku douczania i jest SŁABO. Uważam też, że ile osób, tyle odpowiedzi na pytanie, czy da się pogodzić macierzyństwo z pracą. Każdy jest inny i ma inną sytuację. To tak jakby zastanawiać się czy matematyka jest trudna – dla jednych jest, dla innych nie. Nie rozumiem, czemu wszystko zawsze musi być czarno-białe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *