Jestem najlepszy!

Moje dzieci też są najlepsze! I wy też jesteście najlepsi!

Nie wystarczająco utalentowany. Nie wystarczająco ładny. Nie wystarczająco mądry. Nie wystarczająco szczupły. Nie wystarczająco zabawny.

Nie wystarczająco utalentowany. Nie wystarczająco przystojny. Nie wystarczająco mądry. Nie wystarczająco szczupły. Nie wystarczająco zabawny.

„Nie jesteś wystarczająco dobry”

Słyszeliście kiedyś w swoim życiu takie zdanie? Ja słyszałem. Wielokrotnie. Każda kara, którą otrzymałem w życiu, sprawiała, że czułem się jakbym je słyszał. Czułem, że nie byłem wystarczająco dobry, żeby sprostać wymaganiom dorosłych. Jak mogłem tego (czymkolwiek „to” w danym momencie było) nie wiedzieć? Przecież to były podstawy! Wtedy nie rozumiałem, że po prostu nikt mi tego dobrze nie wytłumaczył. Wtedy winiłem samego siebie. Każda zła ocena w szkole, oznaczała porażkę. Im więcej złych ocen, tym mniej miałem motywacji, żeby je poprawić. Bo przecież się starałem, a i tak wszystko było na nic. Teraz widzę błędy swoich nauczycieli, którzy uczyli materiału tak nudno, że nawet świerszcze, które powinny w zalegającej ciszy grać, smacznie sobie spały. Widzę, że uczyli jednego podczas lekcji, a zupełnie czego innego wymagali na sprawdzianach. Teraz widzę, że ja nijak nie byłem winny mojej niewiedzy. To dorośli mnie zawiedli. Zamiast pokazywać mi to, do czego jestem zdolny, stale przypominali mi o tym, czego nie potrafię. Zamiast zarazić mnie swoją pasją i chęcią do odkrywania kolejnych tajemnic wszechświata, zarażali mnie swoją ospałością, niechęcią i nijakością.

Zwyczajne wychowanie

Czasami, ktoś wprost mi mówił, że się nie nadaje do tej czy innej rzeczy. Innym razem wystarczyło, żebym zobaczył czyjś wyraz twarzy, kiedy na mnie spoglądał lub ocenę w zeszycie. Nie było to werbalne, ale bolało tak samo. Do pewnego momentu w moim życiu, byłem niesamowicie wręcz zależny od opinii innych ludzi. A wcale nie byłem jakoś specjalnie gnębiony czy atakowany. Byłem, jakby to ująć, wychowywany „zwyczajnie”, jak na tamte czasy. Wielu ludzi spojrzy na mnie i powie „Patrz, mówili mu, że jest do niczego, a on wyrósł na porządnego człowieka”. Część z nich założy nawet, że skoro ja wyrosłem, to znaczy, że wychowywanie z użyciem przemocy fizycznej i psychicznej jest dobrym rozwiązaniem. Nie widzą lat, które spędziłem żyjąc w cieniu innych, bojąc się odezwać. Nie zauważają tych chwil w moim życiu, w których moje myśli były tak niebezpieczne, że obecnie cieszę się, że jeszcze oddycham. I chyba właśnie jedna z takich chwil zmieniła mnie. Powiedziałem sobie wtedy albo ja albo oni. I wybrałem siebie.

Sztuczny, ale prawdziwy

Od tak. Z dnia na dzień. Nie było to łatwe, bo nie można z dnia na dzień zmienić opinii innych o sobie. Dlatego musiałem grać. Musiałem stać się kimś innym. Lepszą wersją samego siebie. Sztuczny uśmiech na ustach był tak długo, ile trzeba było, żeby zamienił się w naturalny. Wymuszona i nadmierna pewność siebie, z dnia na dzień zamieniała się po prostu, w dobre samopoczucie. I po raz pierwszy, to dobre samopoczucie pochodziło z wewnątrz. Z dnia na dzień coraz mniej potrzebowałem innych, żeby mnie zaakceptowali, żebym czuł się dobrze. W końcu zaakceptowałem sam siebie i zrozumiałem, że jestem dla siebie najważniejszą osobą w całym moim życiu. I to o siebie muszę zadbać. Przestałem się obawiać podejmowania wyzwań. Z chłopaka, który spędzał cały dzień w swoim ciemnym pokoju, z padem w ręku, zamieniłem się w gościa, który nie miał problemu żeby dnia na dzień, pojechać nad morze (patrz: Mam 26 lat, trójkę dzieci i jestem szczęśliwy). Bez przygotowania, bez planu. Albo do Poznania czy do Lublina. 200, 300 czy 500 km? Co to dla mnie. Kółko teatralne? Taniec nowoczesny? Dlaczego nie. Gdy poszedłem pierwszy raz na zajęcia z tańca nowoczesnego, wszyscy dawali mi maksymalnie dwa tygodnie, bo nie miałem żadnych umiejętności. Żadnych. 3 latki mają więcej talentu niż ja wtedy. Po roku, większość z uczestników nie mogła uwierzyć, że wytrwałem. Co prawda po tym roku, byłem co najwyżej przeciętny i zdecydowanie gorszy od innych, ale i tak czułem się jak zwycięzca.

Byłem najlepszy

Nie najlepszy z wszystkich ludzi. Nie byłem najlepszy w jakiejś dziedzinie. Byłem najlepszą wersją samego siebie. Bo w pewności siebie, nie chodzi o to, żeby mieć zbyt duże ego, które nie dorównuje faktycznym umiejętnościom. W pewności siebie chodzi przede wszystkim o to, żeby być przekonanym, że to co robimy jest właściwe, niezależnie od tego co mówią inni. Że to jest to, co naprawdę chcemy robić. Żeby czuć się dobrze, w swoim towarzystwie i móc z czystym sumieniem spojrzeć w swoje odbicie. Żeby w końcu wyrzucić ze swojego życia ludzi, którzy próbują nas skrzywdzić, bo to są frustraci i malkontenci, nie warci niczyjego czasu. Zapomnieć o nich, tak jak cały świat o nich zapomni, bo tacy ludzie nigdy do niczego nie dojdą. Ci, którzy potrafią jedynie niszczyć, nigdy niczego nie stworzą. W pewności siebie chodzi o to, żeby otoczyć się ludźmi, których sami wybierzemy. Ludźmi, którzy przyczynią się do naszego rozwoju. Którzy będą nas wspierać i od których będziemy mogli się uczyć. Którzy będą w nas wywoływać jedynie pozytywne emocje. I którym odpłacimy się dokładnie tym samym.

Wszystkie marzenia są możliwe

W byciu najlepszym nie ma nic złego. Dlatego marzy mi się, aby moje dzieci też to uczucie kiedyś odkryły (albo raczej, żeby nigdy o tym nie zapomniały). Aby czuły, że są najlepsze, że wszystko może im się udać i żeby nie bały się podejmować wyzwań. Żeby próbowały nowych rzeczy i żeby wiedziały, że nie ma rzeczy niemożliwych. Że wszystko jest w ich zasięgu, jeśli tylko starczy im cierpliwości i wytrwałości. Wszystko. Wam (a szczególnie wczorajszym komentatorom) też życzę takiej wiary w siebie. Nie ważne co powiedzieli wam rodzice, nauczyciele czy koledzy, bo oni są tylko ludźmi. Najwidoczniej się pomylili. Tak jak pomylili się w przypadku Alberta Einsteina (opóźniony w rozwoju), Walta Disneya (brak wyobraźni) i Michaela Jordana (brak umiejętności). A skoro w ich przypadku się pomylili, to dlaczego w waszym miałoby być inaczej? Macie w sobie wszystko co jest potrzebne, żeby stać się swoją najlepszą wersją. Więc co was powstrzymuje?

Polecam też tekst Alicji Co złego jest w lukrze? w bardzo podobnej tematyce.

Prawa do zdjęcia należą do David.

Jeśli dotarliście do tego momentu, to po pierwsze jest mi bardzo miło. Byłbym też niezwykle wdzięczny, gdybyście uznali ten artykuł za warty udostępnienia dalej, bo dzięki temu będzie on miał szansę trafić do kogoś, kto być może również potrzebuje go przeczytać.

9
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
Dość... - Kuba Osińskihttp://macierzynstwo-czyli-zawBlog OjciecBartłomiej PanekPaula Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Gosia Skrajna
Gość

Oj bliskie memu sercu to co piszesz. Ja dopiero od niedawna poznaje lepsza wersje siebie. W sumie narodziny corki, pozwolilo mi spojrzec w glab siebie. Gdy kazdego dnia mowie jej jak ja kocham i jaka jest cudowna, uswiadamiajac sobie jednoczesnie ze mnie takiej bezinteresownej milosci zabraklo..

Blog Ojciec
Gość

Na szczęście obecnie masz jej pod dostatkiem, zatem jakiś balans tej bezinteresownej miłości we wszechświecie panuje :) A dodatkowo, dzięki temu, że Tobie tego uczucia zabrakło, wiesz jak ważne jest to dla Twojej córki i prawdopodobnie dzięki temu doświadczeniu będziesz o tym zawsze pamiętać.

PasjoMatka
Gość

Jak ja lubię takie motywujące teksty, bo wiele z tych osób, które „za młodu” słyszały „nie dasz rady”, w dorosłym życiu powtarza „nie dam rady” i to czasem nawet w przypadku błahostek. Mistrzostwo w tym osiągają niektóre kobiety z chwilą zostania matką, które w dodatku swoim „nie dam rady” obarczają dziecko. „Nie dam rady ćwiczyć, bo mała…” „Nie dam rady wyjść z domu, bo mały…” Nie dam rady rozwijać się zawodowo, bo mały…” Nie dam rady zrobić tych studiów, bo mały…” „Nie mogę posprzątać mieszkania, bo mały…” I zaznaczam, że mówię o matkach zdrowych dzieci, a nie takich wymagającej długotrwałej… Czytaj więcej »

Paula
Gość
Paula

Zgadzam się ze stanowiskiem autora. Słowa o niedoskonałościach słyszy się na okrągło. Chociażby w szkole. Wiem, co robię źle, gdzie błąd, gdzie nie tak. Ale dlaczego nigdy nie dostaję informacji, co mi naprawdę dobrze wyszło? Widzę pokreślone zdania w wypracowaniu, ale do reszty nie ma komentarza.
To wszystko zrodziło we mnie problem dotyczący przyszłości. Wiem, do czego się nie nadaję, ale nie wiem gdzie pasuję.

Blog Ojciec
Gość

„Kiedy wykluczymy, to co niemożliwe, to co zostanie, musi być prawdziwe”. Chyba Sherlock Holmes to powiedział :) Wiedza o tym, gdzie nie pasujemy też jest wartościową wiedzą. Niestety to jak ta wiedza jest podana, zwykle wartościowe już nie jest.

Bartłomiej Panek
Gość

Jest jeszcze druga strona medalu. Wiara w to, że coś może się udać może lec w gruzach. Zdarza się, nie zawsze zajmiemy 1 miejsce, nie zawsze dobiegniemy do mety, nawet będąc mistrzami. Tu dopiero potrzebne jest wsparcie, miłość i wiara w siebie, bo czasami ciężko jest jest wstać i iść dalej. Być najlepszym, to po prostu nie poddawać się. Opinia ludzi zawsze nas kształtuje – zazwyczaj ciągnie nas w dół czasem tylko w górę. Łatwiej uwierzymy w to, co jest złe w nas, niż to co dobre. Każdemu się wydaje, że należy wskazywać braki, na zasadnie to jest źle, tamto… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

Dlatego bycie najlepszym, ma nie oznaczać zwyciężania. Bycie najlepszym oznacza robienie tego, na co mamy ochotę i tego co sprawia nam przyjemność. Robienie tego, co uważamy za słuszne. I, jak bardzo słusznie zauważyłeś, nie poddawanie się.

http://macierzynstwo-czyli-zaw
Gość
http://macierzynstwo-czyli-zaw

A kto jest doskonały….:P Ja na pewno nie i na pewno nie będę wymagała od dziecka rzekomej doskonałości….

trackback

[…] jeden pod bardzo podobnym tytułem, jak ten: „Mam dość!” i drugi: „Jestem najlepszy„. Jest to swego rodzaju odpowiedź, ale i potwierdzenie pewnych […]