Wyjątkowa dziecięca cecha, którą wartą pielęgnować

W sobie i w naszych dzieciach.

uważność

Zazdrość

Spotkałem w swoim życiu wielu ludzi, którzy przy różnych okazjach mówili mi, że zazdroszczą dzieciom. Zazdroszczą im przede wszystkim tej beztroski i tej niewinności, których dzieci bardzo często mają zdecydowany nadmiar (czego dowodem jest na przykład ich niezwykle beztroskie podejście do porządku we własnym pokoju ;). Ci dorośli zazdroszczą dzieciom i jednocześnie żałują, że oni już tak nie potrafią. Bo dorośli. Bo stracili już to mityczne „coś”.

Ja jednak uważam, że nie kwestia wieku, a pewnej szczególnej cechy, którą jeśli tylko będziemy pielęgnować, to nasze wewnętrzne dziecko będzie przy nas nawet na emeryturze. I jeśli będziemy wiedzieli jaka to jest cecha, to możemy wzmacniać ją również w naszych dzieciach.

Poszukiwania tej wyjątkowej cechy

Wiedziałem, że musi istnieć jakaś cecha, która odpowiada, za to, że niektóre dzieci (i niektórzy dorośli) są bardziej… „dziecinni”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Bardziej ufni, bardziej przyjaźni, bardziej otwarci. Jednak dopiero przeczytanie książki „Wszystkie dzieci są zdolne” (już niedługo na blogu biblioteczka z wszystkimi moimi książkowymi pozycjami), uświadomiło mi jak się ta cecha nazywa. A nazywa się: Uważność.

No dobra, uważność. Całkiem ładna nazwa. Tylko co to właściwie jest?

Uważność określa stan umysłu, w którym jesteśmy otwarci na to, co dzieje się tu i teraz. W którym nie wybiegamy za daleko w przyszłość i w którym nie trzymamy się kurczowo przeszłości. Stan, w którym doceniamy to, co mamy, zamiast rozpaczać za tym co mieliśmy lub za tym co moglibyśmy mieć. Uważność sprawia, że doceniamy każdy kolejny dzień i każdego człowieka, który jest z nami, w naszym życiu. To właśnie uważni ludzie są tymi, którzy w towarzystwie spoglądają na innych, zamiast na własne telefony. To właśnie uważni ludzie potrafią się nacieszyć pięknym widokiem, a nie tylko zrobić mu zdjęcie.

Silnie wykształcona uważność daje nam poczucie niesamowitej wolności i jednocześnie daje nam to, czego wszyscy tak usilnie w życiu szukamy. Daje nam szczęście.

Może jeszcze kiedyś rozwinę ten temat, ale prawdziwe szczęście bierze się właśnie z takiej uważnej postawy i rozkoszowania się chwilami, a każdy inny rodzaj szczęścia, który jest nam „sprzedawany” przez współczesną kulturę masową, jest najczęściej tylko chwilowy i jest ledwie substytutem prawdziwego szczęścia.

Niestety w procesie dorastania, rodzice mają tendencję do zabijania tej dziecięcej uważności. 

Dlaczego? Bo nasze dziecko dorasta i MUSI (naszym zdaniem) zdobyć pewne umiejętności niezbędne w dorosłym życiu. A my w naszej nieświadomości zakładamy, że aby dziecko mogło nabyć owe „dorosłe” umiejętności, musi najpierw utracić te „dziecięce”. I tak tłumacząc dziecku, że ważne są wszystkie dorosłe sprawy, takie jak ubieranie się, mycie rąk, jedzenie posiłków, mycie zębów, sprzątanie pokoju, uczenie się… jednocześnie informujemy je, że te, które dotychczas były istotne, już takie nie są. I do tej grupy „nieważnych” spraw trafiają wszystkie te piękne i magiczne chwile, w których dziecko stawało się pilotem samolotu, czarodziejem lub kosmonautą. Bo nie ma już na to czasu.

Podobny los spotyka chwile, w których dziecko chwali się nam własnoręcznie narysowanym obrazkiem czy chce nam pokazać kotka, którego akurat zauważyło w trawie. Bo przecież jest już duże i nie powinno mieć czasu na takie głupoty. Uważamy, że skoro w świecie dorosłych takie rzeczy nie są „wartościowe” (bo są nie przeliczalne na pieniądze), to poświęcanie im czasu jest bez sensu.

I to jest właśnie w tym wszystkim najgorsze. Że to właśnie my sami (!), jako dorośli, bierzemy te wszystkie najcudowniejsze chwile z dzieciństwa i wsadzamy je do kosza, mówiąc, że teraz nie jest czas na zabawę, bo teraz są już rzeczy WAŻNIEJSZE. Bierzemy dziecięce marzenia; tą cudowną dziecięcą uważność (której często sami w życiu szukamy), beztroskę oraz niewinność i zgniatamy je niczym zużyty papierek. I niestety osiągamy sukces. Nasze dzieci ostatecznie stają się pełnoprawnymi dorosłymi, a ich wewnętrzne dziecko, podobnie jak nasze, również nie będzie w przyszłości potrafiło się wydostać na powierzchnie.

Czy możemy to powstrzymać?

Aby to powstrzymać, musielibyśmy najpierw siebie samych powstrzymać przed nadawaniem dziecięcym marzeniom i zabawom negatywnych cech. Powstrzymać się przed mówieniem, że to są głupoty, na które nikt nie ma czasu. Oczywiście wraz z dorastaniem nasze dziecko musi nauczyć się pewnych obowiązków, ale moim zdaniem, nie musi tego robić kosztem wspomnianej wcześniej beztroski i uważności. Moim zdaniem da się to zrobić równolegle. Naturalnie takie podejście będzie wymagało trochę więcej wysiłku (kto kiedyś próbował przekonać małego pilota samolotu, że musi na chwilę wylądować, aby umyć zęby, ten wie o czym mówię), ale mimo wszystko to jest możliwe.

Czyli powstrzymujemy się od używania wobec dziecięcych fantazji, takich określeń jak: „głupoty”, „wydurnianie się”, „bezsensowna zabawa”, „bzdury”, „nikogo to nie obchodzi”, „to jest nieważne” i zamiast tego próbujemy wejść do świata, w którym operuje nasze dziecko i w tym świecie przekonujemy go do współpracy. Czasami się uda, czasami nie, ale moim zdaniem warto chociaż spróbować.

Największy przyjaciel rodziców we wspieraniu dziecięcej (i własnej) uważności

Drugą rzeczą, która nas nieustannie w tym treningu uważności będzie wspierała, jest wspólne czytanie i opowiadanie bajek (polecam też tekst Jak obudzić w naszych dzieciach miłość do książek?). A im będziemy się bardziej w tę aktywność angażować (odpowiednia narracja, podział na role, używanie rekwizytów), tym lepszy będzie skutek i tym silniejsza będzie zarówno dziecięca uważność, jak i nasza sama. Bo uważność jest dobrem tego rodzaju (podobnie jak szczęście, miłość czy przyjaźń), którego nie da się przekazywać innym, nie otrzymując jej jednocześnie dla samego siebie. I to właśnie dlatego jest tym bardziej warta przekazywania.

Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo się przestają bawić. – Mark Twain.

Zatem bądźmy uważni. I zamiast gasić tę uważność u naszych dziećmi, uczmy się jej od nich.

Jeśli potrzebowalibyście jeszcze jakiegoś wsparcia względem rozróżniania tego, co jest rzeczywiście ważne, to polecam wam (dorosłym) lekturę Małego Księcia. Można tą książkę oczywiście przeczytać razem z dziećmi, ale zapewniam, że na rodzicach zrobi zdecydowanie większe wrażenie. Tutaj jest też w wersji słuchanej. Idealne do podróży.

Prawa do zdjęcia należą do Pawel.

  • Tematu uważności wcześniej nie poruszał w Polsce nikt, albo poruszało niewielu. Szkoda, to bardzo ważny temat. Warto pielęgnować uważność. Na szczęście kilka miesięcy temu jedno z wydawnictw wypuściło serię 5 książek dla dzieci dotyczących tego tematu. Nie wiem, czy mogę podać tytuł, autora i robić „reklamę”, ale to naprawdę świetne książki, chociaż pisane takim językiem, który wymaga zaangażowania od rodzica. Trzeba wytłumaczyć kilka słów, pojęć. ;)

    • Dawaj, tworzę biblioteczkę, to przeczytam i ewentualnie wrzucę do niej :)

      • Seria „Kraina Uważności” Agnieszka Pawłowska, Wydawnictwo Poznańskie. 5 książek dla dzieci. Książki pisane językiem popularno-naukowym, dlatego dzieci co chwile pytają „co znaczy….”, ale jak najbardziej warto poświęcić im chwilę :)

  • bellisea

    Ostatnio w ramach czekania w samochodzie na Tatusia mieliśmy długą rozmowę, która rozpoczęła się od stwierdzenia mojej córki, że chce na kolację naleśniki z „niczym”, więc potem długo rozważaliśmy gdzie po drodze możemy to „nic” kupić oraz czy „nic” kupuje się w słoiku, a może w butelce, czy się smaruje naleśniki a może macza itp…..polecam!

  • Chyba jeszcze nigdy nie zdażyło mi się powiedzieć Potworowi, że jakieś rzeczy, z którymi do nas przychodzi są nieważne. Owszem, poganiam go często do mycia zębów, wyjścia czy ubierania, ale uwielbiam obserwować jak zachwyca się czymś z pozoru błahym.

    Inna rzecz, że mimo usilnych prób edukacji i pracodawców nie udało się wyplenić u mnie zachwytu światem – zwłaszcza przyrodą, a w szczególności górami. Zresztą, gdy jeszcze pilotowałem wycieczki, slyszałem od turystów, że mam taką wielką pasję i radość z przekazywania im historii, ciekawostek, a także ich odkrywania.

    Staram się przekazywać różne pasje Potworowi (wiem, że „Potwór” to dość pejoratywne określenie, ale w naszym przypadku ma dużo pozytywniejszą konotację) i nie tłamsić jego. Chce zbierać kapsle, kamienie, badyle – niech zbiera. Chce mieszać w zabawach światy – niech miesza. Itd. itp. Bardzo lubię czasem patrzeć na niego, jak się w coś bawi, albo próbuje interpretować po swojemu dziwaczny świat dorosłych. Zazwyczaj to zauważa, zatrzymuje się w pół kroku, patrzy na mnie i z błyskiem radości w oku pyta „No co?”. A ja wtedy radośnie odpowiadam „No właśnie nic, jest pięknie”.

  • Iza

    Świetny artykuł! Dziękuję.

  • Fakt, dzieci są zawsze tu i teraz, wyłączone na wszelkie zakłócenia otaczającego ich świata, czyli np. rodziców którzy chcą im umyć te nieszczęsne zęby. I jako, że mój synek jest pasjonatem maszyn budowlanych, to tata zamienia się w dźwig, aby go zaciągnąć do łazienki, a mama czyli maszyna czyszcząca z głośnym i soczystym brrrr, brrr myje mu te mleczaki :) I co, że postronny obserwator zadzwoniłby po panów ze specjalnymi kaftanami :) Koniec końców, my mamy przy tym ubaw, a dziecko zadowolone (i czyste). A propos uważności: siedzę sobie przed komputerem, radio gra w tle ulubione rytmy, dzieciaczki śpią słodko w swoich łóżeczkach, ja mam chwilę dla siebie – tu i teraz czuję, że jestem szczęśliwa. Na uważność można się zaprogramować :)
    Magda
    DWA PLUS DWA

  • Ela Chwirot

    Jechalismy sobie dzis z dziedzicem naszym superbolidem. Przy drodze
    paslo sie male stadko owieczek. Nie dosc jednak blisko, by maly rozparty
    w swoim foteliku mogl je zobaczyc. Zdarzylam mu powiedziec „patrz
    owieczki”, jak juz byly za nami. Zrobil smutna mine i stwierdzil
    „dzie?niema?myk?” co oznaczalo, ze nie zdazyl. Zawrocilam, stanelismy na
    poboczu, przesiadlam sie na tylne siedzenia superbolidu (zadanie
    nielatwe, otwiera mi sie jedno siedzenie, upal straszny, kiecka krotka,
    piach z pobocza w sandalach) na wyjmowanie ksieciunia z fotela i
    dluzsza chwile obserwacji nie mielismy czasu, ale to juz wystarczylo, by
    dziedzic radosnie wykrzykiwal „mama, mama, xai(owieczka po katalonsku –
    po polsku jeszcze nie chce powiedziec), xai niam niam!” Stracilismy
    mniej wiecej 7 minut. Albo wygralismy. Czesto robie takie przystanki. Bo
    xai, bo kotek, bo slimak, bo jaszczurka. Nie dlatego, ze ksieciuniu ma 2
    lata i poznaje swiat. Dlatego, ze daje mi to mozliwosc zatrzymania
    wlasnego rytmu dnia, chwili relaksu, usmiechu, dlatego ze nauczyl mnie
    tego tata, ktory ze swoja zona co niedziele wsiada do ichnego
    superbolidu z calotygodniowym zapasem niezjedzonego chleba i jada do
    lasu karmic sarenki, podgladac dziki, albo ptaszki, koniki czy inne
    gady. Mam nadzieje, ze nigdy nie przestanie pokazywac mi tych kotkow.
    Mozna dorastac nie gubiac pewnych dziecinnych zachowan. Bo dla wielu z
    nas taki siedmiominutowy pitstop to strata czasu. A czy napewno?

  • Aga

    Dziwnie brzmi to słowo „uważność”… My dzisiaj w drodze z zakupów spontanicznie zatrzymaliśmy się w lesie… Syn znalazł grzybka, córcia zbierała „patiki”, ten zapach wilgoci, szum, śpiew ptaków… Cudowna chwila wyrwana z codzienności! Staram się to wpoić moim pociechom, uwrażliwić na takie momenty. To jest dla mnie taka esencja, istota życia :-)

  • SandraKK

    A ja tak trochę z doświadczenia, bo zachowałam w sobie uważność. I wiecie, jak ludzie na nią reagują? Kiedy rozdeptuje zamarznięte kałuże, zatrzymuję się żeby popatrzeć na żuczka, czy zapiszczę ze szczęścia bo udało mi się zdobyć wyjątkowo smaczne awokado? Patrzą na mnie jak na nienormalną, z dezaprobatą i politowaniem. I słyszę tylko „dorośnij”, „zachowuj się”, itp. Ludzie nie akceptują uważności i dziecięcej radości życia u dorosłych.

    • Też się z tym spotkałem, gdy szedłem chodnikiem tak, żeby nadeptywać na linie. A to przecież nie ja byłem dziwny. To oni nadeptywali ;)

  • Jak cudownie jest czytać, że są rodzice, którzy chcą uważność pielęgnować w dzieciach. Skończyłam psychologię, wydawało mi się że zgłębiłam świat wewnętrzny człowieka i drogę do szczęścia aż trafiłam na uważność. Magia potwierdzona badaniami! Coś pięknego. Teraz chcę rozpowszechnić to co sama wypracowałam. Podzielić się doświadczeniem uważności, ale na razie średnio mi to idzie ;). A Tobie polecam serię Uważność Pani Żabki. To seria dla dzieci i rodziców. Spodoba Ci się :)