Dwie poruszające historie, które zmieniły mnie jako rodzica i jako człowieka

Jedne z najważniejszych historii jakie przeczytałem w moim życiu.

Nigdy nie podejrzewałem, że zainteresuje mnie (i tak silnie miejscami poruszy) książka, która będzie dotyczyć zdjęć. 21 fotografii dokładnie. „Wyobraź sobie…” autorstwa Przemysława Spycha, to książka, która długo czekała w kolejce do przeczytania, ale gdy w końcu się za nią wziąłem, to całość przeczytałem jednym tchem. To jest niesamowite jak bardzo może galopować ludzka wyobraźnia, gdy opisuje się jej konkretne zdjęcie, ale najważniejsze szczegóły zostawia często na jej koniec. Jednak to nie wyobraźnię ta książka najbardziej porusza. To emocje są tutaj na pierwszym miejscu. I dlatego też dzisiaj (za zgodą Przemysława) chciałbym opublikować dwie historie z tej książki, które miały chyba największy wpływ na mnie osobiście i którym bardzo chciałem się z wami podzielić.

Historia pierwsza – Zapach skoszonej trawy

    „[…] Wypadki w rolnictwie są dość częste, również te z udziałem dzieci. Biorąc pod uwagę rodzaj urządzeń jakie pracują przy żniwach, czy w obejściach gospodarstw, to wypadki nierzadko należą do ciężkich. Dzieci pomagają przy pracach, albo po prostu bawią się nieopodal zapominając o wszystkim co dookoła. Chwila nieuwagi i … tragedia gotowa. Była rączka, nie ma rączki. Była nóżka, nie ma nóżki. Było dziecko, nie ma dziecka. Snopowiązałka, młockarnia, pas transmisyjny i w końcu kosiarka rotacyjna. Aż ciarki po plecach przechodzą. Moment. Sekunda. Nawet nie zdążysz krzyknąć. Ciach. Krzyk jest potem.

          Teraz fotografia. Kolorowa fotografia stołu operacyjnego. Na tym stole leżą nóżki. To bardzo małe nóżki. Prawa nóżka odcięta pod kolankiem. Lewa nóżka odcięta nad kostką. Delikatnie podwinięte paluszki, malutkie piętki. Prawa nóżka skierowana w lewo. Lewa nóżka skierowana w prawo. Nóżki wyglądają trochę koślawo, nienaturalnie, bo przecież leżąc na plecach z wyprostowanymi nogami nie jesteśmy w stanie położyć stóp na bokach, skierowanych do środka. Kawałek dalej leży na stole reszta dziecka. Wszystkie trzy części małej dziewczynki przygotowane są do operacji. Rany zaszyte są prowizorycznie. Lekarze będą próbować przyszyć nóżki. Będą łączyć naczynia krwionośne, nerwy, mięśnie i ścięgna. Będą zespajać kości.

          Trzyletnia Róża bawiła się na podwórku. Pląsała, może śpiewała, może nawet tańczyła sobie. Może miała lalkę i czesała jej włosy. Gdy w ułamku sekundy maszyna obcięła jej nóżki musiała nagle upaść, może usiąść. Przerażona zobaczyła co się stało, poczuła ból, zaczęła krzyczeć i zapewne po chwili z upływu krwi albo z bólu straciła przytomność. Tata albo mama usłyszeli krzyk, może widzieli ten krytyczny moment. Może drgnęli, żeby zareagować. Ale już za późno było. Stało się. Potężna dawka adrenaliny natychmiast uwolniona została do organizmu, ciśnienie krwi nagle wzrosło. Szok. Tata bierze malutką Rosę na ręce. Co z nóżkami mam zrobić? – pomyślał. Dziecko nieprzytomne i krwawiące przelewa mu się przez ręce. Co zrobić z nóżkami? Ojciec bezradny zaczyna tamować krwawienie, zaczyna uciskać nóżki. Zaczyna krzyczeć. Aaaaaa! Matka płacze. Łapie się za głowę. Zaczyna wołać pomocy. Nóżki cieplutkie jeszcze. Ale stygną. Bledną z każdą chwilą. Nie ma czasu. Ktoś dzwoni po pogotowie. W końcu lekarz, szpital. Płacz. Smutek. Dramat się zaczął. Może obwinianie. Kurwa, jak to się stało?

          Rodzice siedzą na szpitalnym korytarzu na odrapanych krzesłach pod odrapaną ścianą ze spuszczonymi głowami i płaczą. Co chwila zalewają ich silne emocje. Chcą krzyczeć. Jest bezradność. Jest afekt. Co będzie dalej? Tak to mogło wyglądać.

          Zdjęcie wykonał Walery Kristoforov w maju 1983 roku w Rosji. Równo trzydzieści lat temu. Najprawdopodobniej w czasie sianokosów. Jest ono niezmiernie sugestywne. Stół operacyjny i trzy części małej, trzyletniej dziewczynki. Prawa nóżka odcięta pod kolankiem. Lewa nóżka odcięta nad kostką. Kawałek dalej leży reszta dziecka. Z innych zdjęć wiemy, że lekarzom udało się przyszyć nóżki. Udało się przywrócić krążenie. Ale Róża musiała przejść długą rekonwalescencję. Do pełni sprawności na pewno nigdy nie wróciła. Jest też takie zdjęcie jak dziewczynka stoi na swoich przyszytych nóżkach pochylona nieco do przodu i podtrzymywana jest przez pielęgniarkę. Ubrana jest w czerwoną bluzeczkę z białym kołnierzykiem i białymi guziczkami. Na nóżkach ma granatowe spodenki. Blondyneczka z krótkimi prostymi włoskami patrzy prosto w obiektyw aparatu i uśmiecha się nieśmiało. Zobacz, zobacz, stoję, sama – zdaje się mówić. Taka mała a tyle mnie nauczyła tym uśmiechem. Przeszkody w życiu? Cóż to takiego? Ja też się do niej uśmiecham.

          Lubię zapach skoszonej trawy. Skoszonej schnącej trawy. Aż mam ochotę położyć się na łące pod brzozą, poddać się wiatrowi i patrzeć na chmury.”

Po tej historii długo nie mogłem przewrócić kartki na następną

Długo siedziałem i wpatrywałem się w… sam nawet nie wiem w co. W ścianę? W pustkę? O co to ja się złościłem ostatnio na dzieci? Że mają nieposprzątany pokój? Że zapomniały ściągnąć butów i nabrudziły? Co było tak ważnego, że wzburzyło moje emocje i spowodowało konflikt z moimi dziećmi?

Od czasu przeczytania tej historii dużo większy dystans do takich codziennych spraw. Mam też dużo większą wdzięczność. Wdzięczność za to, że jestem. Że moja żona jest. Że moje dzieci są. Że jesteśmy razem, ze sobą, przy sobie. Że możemy na siebie liczyć.

Historia Róży uświadomiła mi, że dopóki nie dzieje się prawdziwa tragedia, to denerwowanie się zwykłymi, codziennymi sprawami jest zwyczajnie niemądre. Wręcz powoduje u mnie poczucie wstydu. Szczególnie, gdy pomyślimy sobie, że chociaż Róża wydobrzała, to jej rodzice w momencie tej tragedii byliby w stanie oddać wszystko, aby zamiast tego co ujrzeli, zobaczyć taki nieposprzątany pokój czy zabrudzony błotem dom.

Historia druga – Ścierwnik

 „To dość duże ptaki występujące na terenie Afryki subsaharyjskiej, choć ptaki pokrewnych gatunków są o wiele większe. Te ptaki mają długość ciała około siedemdziesiąt centymetrów, a rozpiętość skrzydeł sięga niemal dwa metry. Pióra na grzbiecie, skrzydłach, piersiach i brzuchu są brunatne. Brunatny jest też cały ogon. Głowa jest nieopierzona, ale na karku i tyle głowy rośnie puch. Dziób jest czarny. Wygląd raczej parszywy. Necrosyrtes monachus, czyli sęp brunatny, ścierwnik brunatny. Ptak jest padlinożercą. Je ścierwo. Obrzydliwe, zgniłe, śmierdzące ścierwo. Je zatapiając głowę w rozkładającym się mięsie.

     Miałem na studiach kolegę z Sudanu, tego Sudanu co to niedawno podzielił się na dwa państwa. Tego kolegę nazywano „piórnik” bo we włosach nosił długopis i ołówek. Na imię miał Anas, był kilka lat starszy. Porozumiewał się po polsku względnie swobodnie, bo ukończył roczny kurs językowy w studium języka polskiego dla obcokrajowców też w Łodzi. Na marginesie to najlepsza szkoła języka polskiego dla obcokrajowców w Polsce. Oczywiście miał problemy językowe w słownictwie technicznym, specjalistycznym, matematycznym, fizycznym, inżynierskim, ale też mylił końcówki, czy zmiękczał jakieś słowa. Te nasze sz, cz, rz, a już najgorzej szcz sprawiały mu drobny kłopot. Ja po angielsku gadam pewno nielepiej. Pamiętam, że od czasu do czasu przychodził do mnie i pomagałem mu z jakimś przedmiotem. Był miłym człowiekiem. Raz rozmowa zeszła na temat planów i powiedział, że po skończeniu studiów chyba pojedzie do Anglii. Spytałem, czemu nie do Sudanu? A on mi powiedział, że jakby wrócił do Sudanu to na pewno by go aresztowali, a potem zabili. Pamiętam, że otworzyłem wtedy szeroko oczy i nie miałem pojęcia jak to jest możliwe. Wtedy nie miałem jeszcze przeczytanego „Hebanu”, nie wiedziałem. Wojny domowe. Ich skutki. O tym nie wiedziałem wtedy nic. Miałem nieuświadomioną niewiedzę. Ale pierwszy raz w życiu zadałem sobie poważnie pytanie „jak to?”, „dlaczego?”. I nie mogłem wtedy tego zrozumieć. Zrozumieć, nie przyjąć do informacji. Upłynęło od tego momentu wiele lat, a ja cały czas nie rozumiem jak tam mogą się dziać takie rzeczy. Czytałem w kilku książkach o przyczynach wojen domowych w państwach afrykańskich. My żyjemy we względnym dobrobycie, po tej szczęśliwszej stronie świata. Martwimy się o kurs Euro i Franka. Śledzimy notowania giełdowe i WIG 20. Smucimy się, że słabe emerytury będą. Nie wyobrażamy sobie pracy w wieku sześćdziesięciu siedmiu lat. Widzimy własne podwórko. Może nawet widzimy tylko wycieraczkę pod własnymi drzwiami. Nasz horyzont jest zamglony przez nas samych. Nawet jakbyśmy wygrali na loterii czterdziesto calowy telewizor to pojawiłaby się myśl, że … mógłby być większy. Każdy kto ma dwie zdrowe ręce i dwie zdrowe nogi wygrał los na loterii. A wygrał go dwa razy jeśli mieszka po tej stronie świata. Jest nas mniejszość. My mamy szansę. Większość ludzi na świecie tej szansy po prostu nie ma. To w Afryce ginie najwięcej ludzi z głodu, ale … to przecież nie nasze podwórko, to przecież nie nasza sprawa. To jest za naszym zamglonym horyzontem. Jednak czy na pewno? Po drugiej stronie głodu jestem ja. Jestem najedzony. Mało tego najchętniej pozbyłbym się kilku kilogramów, a jedzenia w lodówce mam za dużo. Czasem wyrzucam bo wyschło zanim zjadłem, bo się popsuło, bo chyba nieładnie pachnie i teraz najlepsze, bo się o jeden dzień przeterminowało. Jestem przeciętnym Polakiem. Mam jednak szczególny stosunek do chleba. Nie wyrzucam chleba. Jeśli kupuję świeży to zanim go napocznę zjadam ten starszy, nawet ciut przyschnięty. Robię to z szacunku. Ale w sumie jestem obłudny.

     Kevin Carter, pochodzący z RPA fotograf, pracujący m.in. dla „New York Times’a” był w Sudanie podczas klęski głodu. Pojechał tam w roku 1993, gdy ja tymczasem w maju uzyskałem tytuł magistra inżyniera. Był ode mnie sześć lat starszy. Fotografował skutki tragedii, fotografował ofiary głodu. Widział setki umierających ludzi. Może tysiące. Musiał czuć bezradność, złość, musiał być targany wątpliwościami. Fotografował bo to jego praca. Przyszedł moment, gdy miał dość i poszedł do buszu aby nie patrzeć. I tam właśnie zrobił pewną fotografię. Carter wyznał podczas jakiegoś wywiadu, że po zrobieniu tego zdjęcia usiadł pod drzewem i długo płakał. Tą fotografię powinienem powiesić sobie w kuchni. Powinienem spożywać posiłki patrząc na nią.

     Malutkie dzieci z dużymi głowami, wielkimi oczami i malutkimi pięknymi noskami zakrywając dłońmi oczy udają, że ich nie ma. Są śliczne. Malutkie dziewczynki kładą się na brzuszkach, podkurczają nóżki, zasłaniają oczka dłońmi opierając na nich duże główki z wielkimi oczkami i malutkimi noskami i udają, że ich nie ma. Są prześliczne. Podnoszą nagle główki, otwierają szeroko oczka, uśmiechają się i … „jestem” zdają się mówić. Piękny widok, piękny moment. Kevin Carter spotkał wtedy w buszu malutką dziewczynkę. Czołgała się do obozu ONZ, gdzie wydawano żywność. Do pokonania miała mniej więcej kilometr. Nagutka leżała na brzuszku, miała koraliki. Ale nie bawiła się w chowanego. Nie podnosiła nagle główni z uśmiechem. Nie powiedziała „jestem”. Była głodna, nie miała siły iść. Czołgała się. Leżała tak na polanie w słońcu, na spękanej ziemi z wyschniętą trawą. Odpoczywała chwilę. Co myślała, co czuła, może chciała do mamy albo do taty? Chciała aby ją ktoś przytulił, zaopiekował się, dał jeść. Czy rozumiała sytuację? Może myślała „jak to?”, może myślała „dlaczego?”. Dlaczego została sama? Dlaczego nie może dostać jeść? Mama i tata? Pewnie nie żyli. Samotnie przecież czołgała się do miejsca gdzie mogło być jedzenie. Kevin Carter zrobił zdjęcie malutkiej dziewczynce. Ale to nie wszystko. Ale… na zdjęciu jest nie tylko ta malutka wychudzona dziewczynka opierająca główkę na dłoniach. Za nią jest Necrosyrtes monachus. Ścierwnik brunatny. Podąża za nią. Czeka cierpliwie. Czeka. Czeka. Kevin Carter usiadł pod drzewem i długo płakał.

     Zdjęcie ukazało się w 1993 roku na pierwszej stronie „New York Times’a” wywołując olbrzymią reakcję czytelników i stając się symbolem konfliktu w Sudanie. Następny rok był krytyczny. Przyjaciel Cartera zginął podczas wykonywania zdjęć podczas kolejnego konfliktu zbrojnego. Kevin Carter w wyniku depresji i przybity śmiercią przyjaciela popełnił samobójstwo. Kilka miesięcy wcześniej za fotografię dziewczynki otrzymał nagrodę Pulizera.

     A ja? Ja w roku 1994 pracowałem, miałem plany, marzenia, nadzieję, ubranie, jedzenie…  Ja nie wyrzucam chleba z szacunku dla tej dziewczynki.

     Dziś jest Wielki Piątek. Dzień szczególny. Byłem na poczcie nadać listy, byłem w sklepie na zakupach. Tu dwie panie rozmawiały, czy bez mięsa ale okraszone masłem to będzie dobrze. Tam ktoś kupował ciasto na święta wybierając najładniejszy kawałek. Wieczorem, po kolacji zgarnąłem ze stołu na dłoń okruchy chleba. Wyrzuciłem je do śmieci i patrzyłem jak spadają.”

Inny świat

Dla większości z nas, a przynajmniej dla mnie, takie historie są jak z innego świata. Problem głodu? Pragnienia? Zagrożenia życia? Przecież to nie są nasze codzienne zmagania. Nikt nie czycha każdego dnia na nasze życie, a jedzenia i picia większość z nas ma więcej niż potrzebuje. Ba, dla nas problemem bywa to czy ktoś nas lubi albo nawet to czy ktoś polubi nasz status na Facebooku. Wręcz gdyby ktoś z tamtych regionów zapytał mnie jakie obecnie codzienne problemy mają ludzie w Europie, to chyba byłoby mi wstyd odpowiedzieć.

Szczególnie, że są na świecie miejsca, gdzie wystarczy jedna susza, jedno trzęsienie ziemi, a czasami jedno groźne zwierzę lub nawet jedno zakażenie – i nie ma nas. Nie ma nas, naszych dzieci, naszych bliskich. Dla mnie sytuacja tej dziewczynki ze zdjęcia jest niewyobrażalna. A co gdyby to była moja córka? Albo syn? Czasami zdarza się, że w takich trudnych sytuacjach nadejdzie pomoc z zewnątrz, ale jednak organizacje, które się tym zajmują mają niestety ograniczone środki i nie każdemu są w stanie tej pomocy udzielić.

Jednym z takich miejsc dotkniętych tragedią był w ubiegłym roku Nepal, który doświadczył potężnego i tragicznego w skutkach trzęsienia ziemi. 9 tysięcy osób straciło życie, 22 tysięcy zostało rannych, a w wyniku wszystkich strat szacuje się, że skutki trzęsienia ziemi dotknęły ponad 1,1 miliona dzieci. Obecnie, ze względu na brak dostępu do opieki medycznej w wielu nepalskich wioskach, dzieci są szczególnie zagrożone takimi chorobami jak gruźlica, odra czy polio, a niestety dla dziecka w Nepalu zachorowanie na jedną z nich bardzo często oznacza po prostu śmierć. Najlepszym rozwiązaniem, które jest w stanie ochronić największą liczbę dzieci przed tymi chorobami, są szczepionki. Pomoc, w postaci organizacji UNICEF jest już na miejscu, ale bez dodatkowego wsparcia nie będą w stanie ochronić wszystkich potrzebujących. Dlatego też proszą o pomoc.

Ja się nad wsparciem ich działań długo nie musiałem zastanawiać i swój przelew już posłałem. Szczególnie, gdy przypomniałem sobie słowa Przemka:

Każdy kto ma dwie zdrowe ręce i dwie zdrowe nogi wygrał los na loterii. A wygrał go dwa razy jeśli mieszka po tej stronie świata. Jest nas mniejszość. My mamy szansę.”

Dokładnie tak jest. Mamy szansę. Mamy szansę zrobić coś dobrego. Dlatego też jeśli ktoś również chciałby się włączyć, to zapraszam na stronę UNICEF (unicef.pl/nepal – gdyby link nie działał). Każda złotówka, każde udostępnienie, każde dobre słowo – każdy gest ma znaczenie. Z góry dziękuję w imieniu dzieci.

#PamiętamyPomagamy

1L0A6305

unspecified

unspecified (1)

Prawa do zdjęcia należą do .

  • salus salus

    Uwielbiam do Ciebie zaglądać!

  • Po takich tekstach zawsze idę do dzieci mocno je przytulić i przeprosić że się złoszczę o byle co. Taka chyba natura człowieka że zawsze chce więcej, że za rzadko docenia to szczęście które ma obok siebie. A przecież mamy tak dużo ;(

  • slowdownmum.pl

    Dziękuję. ..
    Zapomniałam się w pędzie do zostania perfekcyjną matką i perfekcyjną panią domu… chyba zapomniałam co jest ważne.
    Twój tekst postawił mnie do pionu :)

  • Historia Kevina Cartera i jego fotografii rozbija mnie dokumentnie za każdym razem jak oglądam film o Bractwie Bang Bang. Od lektury książki o nich rozpoczęła się cała seria reportaży o Afryce. Przez szacunek dla ludzi cierpiących z głodu i braku dostępu do wody pitnej staram się nigdy nie marnować żywności ani wody.
    Piękna akcja!

  • Pingback: Ze Źródeł #79 » kubaosinski.eu()

  • Witam serdecznie,
    gdzie można kupić tą książkę?

  • gość123

    Nepal, kraje Trzeciego Świata. Ale tego typu sprawy są coraz bliższe Europie. Mam na myśli Syrię, uchodźców i nasz (raczej niezbyt przychylny) stosunek do nich. A może należałoby powiedzieć, że nie tyle są bliżej Europy/USA ile od zawsze są z nimi ściśle powiązane i Kraje tzw. „pierwszego świata” zawsze były w nie uwikłane. Dobrym przykładem są Indie które do dziś nie podniosły się (i materialnie, i kulturowo/mentalnie) ze skutków brytyjskiego kolonializmu i spustoszenia, jakiego na tych ziemiach dokonali Anglicy. Dobrym przykładem jest również Kolumbia, w której nędza to w dużej mierze wynik wyzyskiwania tamtejszej ludności przez amerykańskie korporacje (Coca Cola!). Budząca w nas niepokój napływająca z Bliskiego Wschodu poszukująca dobrobytu i lepszych warunków życia fala imigrantów, ucieka z rejonów plądrowanych przez wojnę, którą Ameryka, realizując w własne partykularne interesy sama rozpętała! Chodzi o to, że pewnym państwom potrzebna jest bieda innych państw (oraz ich ekonomiczna zależność) do budowania własnej imperialnej potęgi. Nie żyjemy w próżni. I niezależnie czy mieszkamy w Nepalu czy w Europie Zachodniej, bierzemy udział w procesie politycznym, i stanowimy element układu sił na arenie międzynarodowej. Z całym szacunkiem dla UNICEF u i wszelkich akcji charytatywnych, to tak naprawdę funkcjonowanie i jakość życia zarówno w Europie czy Stanach, jak i w krajach rozwijających się, zależy w dużej mierze od kierunku polityki wszystkich narodów świata. Na zróżnicowanie zamożności i nędzę niektórych narodów (w tym przyrodnicze kataklizmy) wpływ mają również takie czynniki jak zanieczyszczenie środowiska, przeludnienie, globalne ocieplenie, wyczerpywanie się surowców naturalnych itd. Oprócz działalności charytatywnej równie ważna wydaje mi się polityczna, jak wywieranie presji na rządach oraz styl życia, jaki uprawiamy na co dzień (np. ekologia). My i dzieci z Nepalu nie żyjemy w innym świecie. Wszyscy żyjemy w TYM SAMYM świecie, na którym to, co dzieje się w jednej jego części ma wpływ na drugą i odwrotnie, w który wszyscy jesteśmy uwikłani, i za który wszyscy jednakowo jesteśmy odpowiedzialni, mniej lub bardziej świadomie wpływając na jego kształt.
    Pozdrawiam

    • Niestety, ale wyzysk krajów trzeciego świata, przez korporacje z krajów pierwszego świata, to jest bardzo rzeczywisty obrazek, który u mnie osobiście powoduje odruch wymiotny wręcz na myśl o braku skrupułów tych wszystkich „prezesów”.

      Kiedy byłem w Kenii i przejeżdżałem przez Mombasę, to widziałem jedynie bylejak postawione lepianki, uliczne stragany i wysypiska śmieci, czyli ogólnie rzecz biorąc – straszną biedę. Ale jednak co kilkaset metrów widać było całkiem nowe salony samochodowe i stacje benzynowe oraz pełno reklam. Celem jest nakręcenie takiego chorego, zupełnie niepotrzebnego nikomu konsumpcjonizm (widziałem auta za kilkadziesiąt tysięcy złotych, stojące obok walących się lepianek), kupowanie na kredyt i w efekcie zmusza się ludzi do pracy, której w inny sposób by się nie „uzyskało”. Brzydzę się takim wyzyskiem i taką manipulacją społeczeństwem.

      Chociaż gdy się nad tym zastanowimy – dokładnie to samo robi się u nas.

  • Rodzice dziewczynki na zdjęciu Cartera żyli, pomagali rozładować ciężarówkę z prowiantem. Dziecko po prostu zostało pozostawione samo. Może rodzice nie sądzili, że czyha na nią jakieś niebezpieczeństwo? A może po prostu doszli do wniosku, że aby komukolwiek, łącznie z sobą, pomóc, należy najpierw te ciężarówkę rozładować. Zdjęcie dziewczynki i sepa stało się przekleństwem Cartera, chyba po raz pierwszy w historii fotografii padło pytanie „co zrobiłeś aby pomóc temu dziecku”. Carter był introwertykiem. Nie potrafił zareagować na takie pytanie w odpowiedni sposób, w odpowiednim czasie. Zalała go lawina krytyki, ogarnęły wyrzuty sumienia. To też było jedna z przyczyn jego depresji. Książkę i film Bractwo Bang Bang bardzo polecam.
    Jego przyjaciel, Jael chyba, rozmawiał później z mediami, próbował pokazać jak wyglądała sytuacja. Ale nikt nie wie naprawdę. Pewnie mniej dramatyczna niż zdjęcie, ale bardziej dramatyczna niż historia Jael ‚a. Gdzieś po środku…

  • Pingback: 3 proste sposoby na to jak wpoić w dziecko ważne wartości | Mataja()

  • wolvverinepld