Matki Polki portret własny
Jesteś Matką Polką. Wszystko jest na Twojej głowie i znikąd nie możesz oczekiwać pomocy. Społeczeństwo wymaga, żebyś była doskonała, nie możesz więc pokazywać słabości. Pracujesz ciężko, żeby wszystko było na swoim miejscu, ale i tak nic Ci się nie udaje. To z kolei powoduje wzrost i tak już wysokiego poziomu frustracji. A wszystkiemu winne są dzieci, które pojawiły się w nieodpowiednim momencie. Winny jest też mąż, który w niczym Ci nie pomaga i gdyby nie dzieci, to dawno byście się rozstali. Winni są nawet politycy, bo oni również mają w dupie Twój nic dla nich nieznaczący żywot. Winni są wszyscy dookoła. A Ty jako ostatnia na placu boju, nie poddajesz się i walczysz o lepsze jutro. Jesteś Matką Polką.
Twoja idealna pobudka
Budząc się próbujesz strząsnąć resztki snu z powiek, ale nie jest łatwo. Twoje dziecko po raz kolejny miało ciężką noc. Nie liczysz już tych nieprzespanych nocy, bo straciłaś rachubę. Wzięłaś je do swojego łóżka, gdzie cały czas się wierciło i Cię kopało. Albo nie wzięłaś, tylko nosiłaś na rękach. Albo bujałaś w łóżeczku. Bo przecież tak robiła Twoja matka i jej matka i jeszcze ich babki. A skoro to działało 50 lat temu, to znaczy, że sprawdzona metoda i basta. Zresztą kto by miał czas na czytanie o jakichś nowych metodach wychowawczych? To wszystko czysta demagogia przecież, a Ty i tak wiesz lepiej.
Twój rodzinny poranek
Pijesz pierwszą kawę, tępo patrząc w telewizor. Mimowolnie karmisz dziecko, które ogląda razem z Tobą. Akurat lecą Trudne Sprawy i nie możesz uwierzyć, że ludzie mogą być tak głupi. Śmiejesz się z nich, bo Ty przecież czujesz się od nich lepsza. Przełączasz na wiadomości i dowiadujesz się, że kolejne dziecko zginęło z winy rodziców. Niedożywione, udławiło się, wypadło przez okno. Nie ma znaczenia. Ważne, że Ci rodzice powinni w Twoim mniemaniu zawisnąć. Nie obchodzi Cię, że właśnie spotkała ich największa tragedia, jaka może spotkać rodzica. Wyłączając telewizor, jesteś utwierdzona w przekonaniu, że świat jest zły, a ludzie jeszcze gorsi. Ranek, jak każdy. Przy kawie i nieswoich problemach, które angażują Cię bardziej niż własne życie.
Praca Twojego życia
W końcu jedziesz do pracy. Mocno spóźniona, bo odwoziłaś dziecko do żłobka czy przedszkola. Nie zdążyłaś sobie zrobić śniadania, więc pierwsze pół dnia będziesz głodować. Wyglądasz okropnie. Z niewyspania masz worki pod oczami, przykryte słabo wykonanym makijażem, a przetłuszczone włosy zaczynają się już świecić. Dobrze, że ktoś wymyślił chociaż gumy do żucia. Jeden przykry obowiązek mniej. Dojeżdżasz. Na wstępie, robisz sobie drugą kawę. Trochę pracujesz, ale pusty żołądek daje Ci się we znaki. Robisz sobie przerwę śniadaniową i idziesz do zakładowego sklepiku. W końcu pączki są równie dobrym śniadaniem, jak każdy inne, prawda? Po posiłku, znowu trochę pracujesz, jednocześnie grając w coś na Facebooku. Zresztą jak mogłabyś nie grać, kiedy co chwilę przychodzi Ci powiadomienie na telefon, że Twoje zwierzątka na farmie przymierają głodem.
Później czas na plotki z koleżankami z pracy. Każda się chwali: a to dziećmi, a to mężem, a to wczasami. Najważniejsze, żeby pokazać swoją wyższość nad innymi. Jad leje się strumieniami, więc po plotkach, musisz odreagować. Włączasz Pudelka. Przecież nie możesz pracować jak jesteś zdenerwowana, prawda? Znowu trochę pracy i na obiad kawałek pizzy, bo ktoś w pracy zamówił. Co z tego, że masz już poważną nadwagę, a po ostatniej ciąży w ogóle nie schudłaś?
O piętnastej orientujesz się, że właściwie nie zrobiłaś dzisiaj jeszcze nic. I już masz się wziąć do pracy, gdy nagle przychodzi nowy mail. 50% na nowe spa? Jasne, że jestem zainteresowana. Z pracy wychodzisz o 16:15, bo na koniec szef chciał z Tobą porozmawiać. Czepia się, buc głupi, że Twoje efektywność jest niewielka. Jak on śmie oceniać Twoją pracę, kiedy sam jeździ najnowszym BMW, a Ciebie ledwo stać na starego Cinquecento? Powinien Ci dziękować, że w ogóle się tam pojawiasz.
Spóźniona po dziecko, kłamiesz paniom opiekunkom, że to przez szefa.
Zresztą, może sama w to wierzysz?
Twoje pieniądze
Po drodze do domu, obowiązkowo zaliczasz jakieś zakupy w hipermarkecie. Oprócz potrzebnych rzeczy, kupujesz też masę „przydasię”, które były akurat na promocji. Co z tego, że wydajesz stówę więcej niż planowałaś? Przydasię! A że potem nie starcza na wczasy? Na nowe ubrania? Czasem nawet na życie? „Przecież było na promocji! To tak jak gdyby ktoś mi dopłacał do zakupów, czego nie rozumiesz?!”.
Nie planujesz swoich przyszłych wydatków i nie spisujesz swoich obecnych. Po co? Jak braknie kasy, to są chwilówki. Najważniejsze, że udało Ci się tanio kupić świetny zestaw do sushi (z którego nigdy nie skorzystasz). Na zakupach czasem spotykasz koleżankę i ucinacie sobie krótką rozmowę, ale niestety wasze wredne bachory dzieci zaczynają płakać po chwili (czyt. po trzydziestu minutach w wózku), więc żegnacie się i lecicie do domu.
Twoja rodzina?
Czas przygotować obiad. Dziecko ląduje przed telewizorem, a Ty rozpoczynasz katorżniczy proces pichcenia. Nienawidzisz gotować. Ale Matka Polka nie ma wyboru. Oczywiście wcześniej trzecia kawa. Mąż wraca do domu. Rzuca suche „cześć” i ląduje obok dziecka oglądającego bajkę. Przełącza na wiadomości, a dziecko zaczyna płakać. Kończysz więc obiad z dzieckiem na rękach. Mąż, dopiero gdy obiad stoi na stole, deklaruje że jadł w pracy. Dziecko albo nie chce jeść albo bawi się jedzeniem albo jak już zje, to za chwile wszystko zwróci. A tak w ogóle, to mu nie smakuje Twoje jedzenie.
Dobrze, że wcześniej kupiłaś biszkopty i chrupki czekoladowe. Ważne, żeby zjadło cokolwiek, zgadza się?
Twoje Uczucia
Jesteś wkurwiona. Tyle pracy znowu poszło na marne. Jesteś wkurwiona, niewyspana, zmęczona i chce Ci się płakać. Chce Ci się ryczeć. Wszyscy dookoła doprowadzają Cię do białej gorączki. Ty całymi dniami starasz się, żeby każdy był zadowolony i wszystko na nic. Zbliża się koniec dnia, a Ty czujesz, że znowu nic nie zrobiłaś. Dni przesypują się przez Twoje palce, jak ziarnka w klepsydrze. Bez Twojego czynnego udziału. Jak przez mgłę pamiętasz młodszą siebie, pełną marzeń, gotową zdobywać świat. Teraz patrzysz na swoje życie i wiesz, że to się nigdy nie stanie. Twoje życie, to praca na bandę niewdzięczników, którzy nie doceniają tego jak wielkim skarbem dla nich jesteś.
(Twój?) Zmierzch
Po południu dziecko może na chwilę pobawić się samo, a Ty masz w końcu chwilę dla siebie. Możesz w spokoju posprzątać po obiedzie. W końcu kto ubrudził naczynia, ten je myje, prawda? Zresztą Twój mąż często chwali się znajomym, że on nie potrzebuje zmywarki, bo ma Ciebie. Taki żart. Haha. Kiedy kończysz, orientujesz się, że Twoje dziecko było takie ciche i grzeczne, bo właśnie znalazło farby i odtwarza w swoim pokoju przedstawienie teatralne pt. Sodoma i Gomora. Wychodzi mu idealnie. Naturalny talent. Stanowczo sprzeciwia się też jakiemukolwiek sprzątaniu, więc sprzątasz sama. Ostatkiem sił domywasz pokój i dziecko. Jeszcze tylko czytanie bajki i masz spokój. Mąż po trzech piwach nie bardzo się do tego nadaje, więc ponownie Ty musisz to zrobić. Czytasz jedną. Dziecko chce drugą. Czytasz drugą. Później trzecią, piątą i siódmą. Kiedy mówisz sobie dość, Twoje dziecko płaczem wymusza, żebyś poleżała przy nim aż nie zaśnie. Zasypiacie oboje, ale Ty budzisz się o 2 w nocy. Przecież miałaś nastawioną pralkę! O 2 w nocy idziesz wieszać pranie. Już rozbudzona kładziesz się do łóżka i próbujesz zasnąć. Mąż dobiera się do Ciebie i tylko resztki cierpliwości, powstrzymują Cię, żeby go nie strzelić w twarz. Zasnąć udaje Ci się po godzinie, lecz wtedy wstaje już Twoje dziecko. I kiedy bierzesz je do siebie, modląc się w duchu, żeby zasnęło i dało Ci jeszcze kilka minutek, następuje cud.
Ono zasypia. Słyszysz jego cichy, regularny oddech i patrzysz na maleńką osóbkę, którą tak bardzo kochasz. I zaczynasz cicho płakać. Tak cicho, żeby nikt tego nie słyszał. I tylko w myślach powtarzasz sobie, że to wszystko nie miało tak wyglądać.
Nim ponownie zaśniesz, pojawia się krótka refleksja, że przecież to Twoje decyzje doprowadziły Cię do miejsca w którym jesteś. Nikt za Ciebie nie wybrał Twojego partnera, Twojej pracy. Nikt nie wybrał dla Ciebie tego życia.
Twoje życie, jest wynikiem Twoich wyborów.
Starasz się jednak zagłuszyć tą myśl. Jesteś zbyt zmęczona, żeby o tym myśleć. Nie masz już na to siły. I tak cicho płacząc, zasypiasz.
Prawa do zdjęcia należą do tommerton2010.
Wszystkim Matkom Polkom, polecam tekst o tym jak Potwora ruszyła dupę. Ty też możesz.








ooo,jakoś tak w większości trafne,dodałabym jeszcze kilka szczegółów 🙂 on nie ma siły na ….., więc znów idziesz do swojego pokoju. Jak on zaśnie z córką, ty zmieniasz pieluchę synkowi przez sen ,bo nim skończyłaś córce czytać bajki tamten padł z nudów i zmęczenia.Bo mąż z nim nie posiedział ,wolał poleżeć i porelaksować się z muzyką. Nie pracuję,ale dzieci chorują często więc większość czasu zajmuje sprzątanie,sprzątania, sodoma i gomora: a co to? a co to?, to moje, to moje, mama siusiu, mama!!! anieszka !!!! anieszka ha ha hi hi mama!!! co to ?co to ?..bleeeee, te promocje to prawdziwa plaga,nie kupuję tego co mi zbędne, ani przyda się,tylko to co potrzebuję,a czego od dawna nie miałam jak kupić. No i te promocje sprawiają,że czlowiek kupuję czy może czy nie.buuu
a czy jako ojciec mógłbyś opisać to samo ze swojej perspektywy? (jestem ciekawa jak wygląda dzień „ojca”)
O właśnie, właśnie;)
a może to temat trzymany na 23 czerwca :))
Zastanawiałem się czy będę o tym pisał 🙂 Już się nie zastanawiam 🙂 Ale poczekać na Dzień Ojca musicie 🙂
że niby tyle czasu? nieeee – moja barania niecierpliwość nie zniesie tego….
Jesteśmy młodzi, mamy czas 🙂
może dam radę (mimo „młodości” 🙂 ) ale nie zdziwię się, jak sama napiszę o ojcostwie moimi oczami matki
W takim razie czekam na post 🙂
oto i on – http://przemyslnik.pl/index.php/ojca-polaka-portret-wlasny/
Ja się chętnie podzielę fragmentem swoich doświadczeń, czasem to spisuję i wrzucam znajomym na FB. Czasem słyszę głosy oburzenia (na szczęście rzadko), bo niektórzy biorą życie serio 🙂
Z pamiętnika osamotnionego ojca
Dzień 1 – piątek
Pobudka o 9:00.
Pada rozkaz: do dużego pokoiku i bajki.
Na szczęście to lobię, bo po przekroczeniu Styksu
(progu drzwi oddzielających sypialnię od reszty mieszkania, stąd nie ma już
powrotu) załączamy bajki i oglądamy w pozycji horyzontalnej.
To lubię, bo sam mogę jeszcze trochę podogorywać albo w
spokoju przygotować zestaw leków dla Demoniszcza, śniadanie, mleko czy choćby dokonać porannej defekacji
degustując papierosa.
09:30 Najpierw delikatnie (ze 3 sekundy) później
coraz bardziej niecierpliwiący się, aż w końcu się przenikliwy pisk zaczyna
rozdzierać moje bębenki – MLEKOOOOOOOOOOOOO!
Wymagane minimalne 30 minut już minęło, więc Jan
podaje mleko. Znowu Jan może się oddalić, ale już nie na długo i nie za daleko.
No i ważne, żeby wrócił ze swoim śniadaniem, bo wtedy Demoniszcze może coś
jeszcze przekąsić.
– To co Zosiu, jedziemy tramwajem na rynek, tak jak
wczoraj ustaliliśmy? – Tak, na rynek, i kaczki karmić, i balon, i do kina. –
Tak, ale do kina to w sobotę, dzisiaj nie ma poranków. – Tak, i do kina. – Kina
dzisiaj nie ma, tylko na rynek. – Tak, na rynek… i do kina na bajkę o słoniu.
– Nie, tylko na rynek.
Ubieramy się. Jak się na koniec dnia okazało, po
powrocie mamy z pracy, nieudaczny tata założył dziecku pidżamkę zamiast
koszulki. Cóż, ani mi ani tym bardziej Demoniszczu, to nie przeszkadzało.
10:00 Ubrani, zwarci i gotowi.
– Idziemy Zosiu? – Nie. – Jak to nie? Przecież
chciałaś na rynek. – Nie, bajki i puzzle i gumi miś i … jajko z czekolady.
Dwa głębokie wdechy, kilka bluzgów w głowie, jedną
krótką bajkę oraz 5 minut później, wychodzimy z domu.
10:20 – W tramwaju.
Trasa w kierunku rynku przebiega w miarę spokojnie.
Jakieś dwie starsze babki, które siedziały naprzeciwko nas trochę zabawiały
Demoniszcze, lub Demoniszcze zabawiało je. Zależy od punktu siedzenia
11:00 – Punkt kontrolny – Gołębie i kaczki.
Wysiadamy tradycyjnie na Jana Pawła. Udajemy się do
parku zahaczając o Żabkę w celu nabycia suchego prowiantu dla gołębi, kaczek,
mew i Demoniszcza. Demoniszcze rzuca bułkę ptaszyskom, ale co trzeci zrzut
ląduje w dziobie rzucającego.
12:00 – Punkt kontrolny – Rynek
– BALONYYYYYYYYY! – Połowa ludzi na placu Solnym
ogląda się w naszym kierunku. Druga połowa, chyba tylko z wrodzonej
życzliwości, udaje że tego nie słyszała.
Tłumaczę, że balon kupimy jak będziemy wracać.
Uwagę Demoniszcza odciągają „meleksy”. – Tata patrz, koniki. – Jakie
koniki dziecko. – Tata, patrz koniki. Ja chcę konikiem. – i pokazuje paluchem
na rzeczone meleksy.
– Dobra, chodź pogadamy ile to kosztuje. Okazuje
się, że najtańsza przejażdżka to 150zł, próbuję chwilę ponegcjować krótką trasę
za zdecydowanie mniejszą stawkę, ale nie ma takiej opcji. W tej sytuacji pasuję
z tym pomysłem. Ku mojemu nieszczęściu Demoniszcze nie daje za wygraną.
– Konikiem, tata ja chcę konikiem! – Papę drze tak,
że teraz to już nas słychać od Solnego aż po fontannę na rynku.
Wychodzę z założenia, że „twardym trzeba być a
nie miętkim” stanowczo mówię Idziemy dalej i czym prędzej oddalam się od
„koników”. Demoniszcze karnie, choć nadal tak głośno jak by ją ze
skóry obdzierali, udaje się w ślad za mną.
Runda dookoła rynku, i znowu jesteśmy na Solnym.
– BALONYYYYY! – Tak, tata obiecał balony, chodź to
sobie wybierzesz. – Podchodzimy do baloniarza, na początek weryfikuję cenę.
Wolę zapytać, bo ceny tych balonów potrafią zmieniać się jak w kalejdoskopie.
Na szczęście największe są „tylko” po 25zł/sztuka. – Którego chcesz
córeczko? – Kota. – Jakiego? – Tego różowego, największego. – Dobra, daj pan
tego kota.
Sprzedawca odcina kota, oddala się na jakieś 15-20
sekund do swojego lokalu, żeby przyczepić dłuższą wstążkę. Trwa to jednak o
jakieś 15-20 sekund za długo. Demoniszcze wnikliwie ogląda balony i już nie
chce wielkiego, różowego kota. Teraz chce Pana Gąbkę. Znowu muszę okazać
niesubordynację i postąpić wbrew rozkazom. Na szczęście bez większych ekscesów
zabieramy kota.
Demoniszcze dumnie wypina pierś z powodu
przywiązanego do nadgarstka balonu.
13:30 – Punkt kontrolny – Pociąg do nieba
Idziemy na tramwaj, zajmuje nam to jakieś 3 gleby,
15-20 polowań na kota. Kot zmienił miejsce zamieszkania.
Teraz Wielki, Różowy, Dmuchany Kot z rozkazu
Demioniszcza jest uwiązany do nadgarstka taty, co wzbudza pewne uśmiechy
politowania na przechodniach.
Jeszcze tylko 3 skoki z murka, wejście (do suchej
na szczęście o tej porze roku) fontanny, 2 zejścia i jedno wejście tymi samymi
schodami i już jesteśmy na przystanku.
– Mówiłaś, że chcesz zobaczyć pociąg, to co
jedziemy. – Tak. – Eeee, na pewno? Nie zmieniłaś zdania? – Tak, pociąg.
Nadjeżdża tramwaj, przy próbie wejścia do środka
doznaję nagłego olśnienia jak poważny błąd popełniłem kupując największy
możliwy balon. Już po sygnale szybko wciągam Demoniszcze, które ciągle
rozważało czy wejść do pojazdu po ludzku, wskoczyć tam, czy po prostu się
wczołgać jak na Demoniszcze przystało.
Błąd, trzeba było poczekać na następny. Demoniszcze
się drze, że samo chciało wejść, ja 5 raz kogoś przepraszam za przejechanie
balonem po twarzy, tramwaj rusza, dziecko nie chce się niczego złapać i zaczyna
się smarczeć.
Biorę ją na jedną rękę, drugą trzymam balon,
trzecią trzymam się rurki, a czwartą próbuję kupić bilet.
Kurwa, przecież ja nie mam 3 i 4 ręki! B ilet jakoś
udało się kupić, w tym momencie lituje się nade mną jakaś kobieta i sama
wychodzi z inicjatywą że mi ten bilet skasuje. Pięknie jej dziękuję, ona w
zamian wyciąga chusteczkę i wyciera nos Demonisczu. Jeszcze raz jej dziękuję.
Demoniszcze się drze, że chce usiąść. Mówię, że nią
ma gdzie i musi poczekać. Standardowo nie pomaga, po 30 sekundach któryś pasaże
nie wytrzymuje i ustępuje jej miejsca. Ja dziękując jemu i przepraszając dwóch
kolejnych (przecież musiałem się przemieścić, a kot nie chce być mniejszy)
sadzam Zośkę.
Zośka szczęśliwa przez następne 5 sekund, gdyż poja
się nowy problem.
– Tata, usiądź. – Dziecko, tata sobie postoi,
przecież nie ma miejsca do siedzenia. – Tata, usiądź. – Nie ma miejsca
kochanie, gdzie tata ma usiąść? – Tutaj tata. – I wyciąga palucha wskazując na
pierwszego z brzegu pacjenta. Koleś tylko łypnął na mnie. Na szczęście zaraz
wysiedliśmy.
Pociąg pooglądany z każdej strony. 3 wywroty, 178
przerzuconych kamieni, jedno darcie paszczy i ruszamy na tramwaj w drogę
powrotną.
Sytuacji z zakupem biletu nie będę opisywał, bo
była bliźniacza do tej poprzedniej. No może większy tłok więc większej ilości
pasażerów dostało się z ogona w oko.
Miejsce wymuszone jak poprzednio, z tym że teraz
tata może usiąść, bo błyskawicznie zwalnia się podwójna miejscówka.
W połowie drogi naprzeciwko nas przysiada się jakiś
Antoś z mamą. Antoś w wieku nieco starszym. W pewnym momencie Antoś o mało nie
spada z fotela, ale ratuje się podparciem ręki.
Mówi, że na szczęście ręce mu się kleją to nie
upadł, bo jest Spider-Manem.
Mama go zdradza, ku naszemu rozczarowaniu okazuje
się że Antoś nie jest Spider-manem tylko przed chwilą jadł pączka.
Antoś zagaduje, że jego pies (maskotka) umie latać.
Zapytałem czy wysoko.
Błąd. Antoś postanowił przeprowadzić pokaz latania,
żeby mi udowodnić iż nie łgał.
Pies-maskotka zaczął latać… i to po całym
tramwaju. Na szczęście Antoś miał wyrozumiałą mamę, a i ludzi przy krańcówce
już nie za wiele.
14:30 – Punkt kontrolny – Plac zabaw/pizzeria
Takie tam na placu zabaw. Raz, gdy Demoniszcze o
mało nie wypadło z huśtawki słyszę od niej „Ło matko boska” – to
chyba edukacja babci, chociaż głowy nie dam.
Pizza w miarę spokojnie.
Jeden rozlany sok, po pizzy dobitka pączkiem – w
końcu jak ktoś daje za darmo to Demoniszcze nie odmówi. Jedno siku w majty, pod
domem więc szybko się przebieramy i można się dalej bawić na placu zabaw.
19:30 Demoniszcze nawet się nie chce kąpać, chociaż
i tak nie wyboru. Zaraz potem mleko i pada na pysk. Ja też miałem się dzisiaj
posportować, ale zabrakło mocy przerobowej.
Polałem sobie Jacka Danielsa i streściłem Wam swój
dzień
Przed nieudacznym tatą jeszcze dwa dni sam na sam z
Generałem Demoniszcze. Zobaczymy co przyniesie świt…
Świetne! 🙂 Śmiechłem nie raz 🙂
„Twoje życie, jest wynikiem Twoich wyborów. Starasz się jednak zignorować
tą myśl. Jesteś zbyt zmęczona i nie masz już na to siły.”
Niby tak, niby nie. O ile wielu wyborów w moim życiu dokonałam sama, niektórych z nich szczerze dziś żałując, o tyle nie wiem do teraz kto zdecydował o tym, by po prawidłowo przebiegającej ciąży, świadomej, wyczekanej… na świecie pojawiła się dwójka maluchów, muszących od pierwszy dni swojego życia walczyć o nie.
I też czasem zdarza mi się po męczącym dniu uronić łzę do poduszki i myśleć, że to nie tak miało być. Tyle tylko, że na wiele spośród tego co nas spotkało chcąc nie chcą wpływu nie mieliśmy. Czasem i tak się zdarza.
Mimo wszystko, wiele wyborów pozostało w Twoich rękach. Każdemu z nas przytrafiają się nieszczęścia. Gdyby tak nie było, Oprah nie zrobiłaby takiej kariery. Jednak nie to, co nas spotyka, decyduje o tym kim jesteśmy. O tym decyduje to, co zrobimy z zaistniałą sytuacją.
A jak o tym zapominam, oglądam ten filmik: https://www.youtube.com/watch?v=FkJLTGweKl0.
„Jednak nie to, co nas spotyka, decyduje o tym kim jesteśmy. O tym decyduje to, co zrobimy z zaistniałą sytuacją”.
W dużej mierze na pewno.
Na co dzień walczę z takim obrazem siebie, a tym samym sama z sobą. Pomagają mi liczne, wyszukiwane w internecie, kopniaki w tyłek. Takie jak Twój tekst, takie jak wywiad z psychologiem, który powiedział, że upatrujemy winy za nasze porażki w tym, że mieliśmy toksycznych rodziców, bo najłatwiej nam zrzucić winę na kogoś, zamiast pracować nad sobą.
Dziękuję Ci za ten tekst i za całego bloga.
Zastanawiałem się właśnie ile znajdę osób, które podzielają moje podejście „życie jest ciężkie, załóż kask” i „działaj, zamiast się umartwiać”. Tym bardziej się cieszę, że takie osoby tutaj są i to ja dziękuję, za takiego czytelnika 🙂
Srzygo to dzialaj, nie upatruj winy za swoje porazki w Twoich rodzicach, tylko pracuj nad soba. Powodzenia.
Bardzo fajny tekst. Znalazłam w nim większość powodów dla których nie chcę mieć dzieci (no może poza tym, że ich po prostu nie lubię;)). Rozumiem, że każdy rodzic powie, że „miłość/uśmiech/widok dziecka wynagradza wszystkie trudy”, ale od życia wymagam czegoś więcej niż to, co jest opisane powyżej, a nie wyobrażam sobie rezygnować z życia zawodowego i przede wszystkim podróżniczego aby spędzać w domu czas z dzieckiem. Ale to jest właśnie wybór każdego człowieka i nikt nikogo nie powinien oceniać.
Znam zbyt dużo osób, które podróżują z dziećmi, więc sama decyzja o posiadaniu dzieci nas jeszcze nie ogranicza. A przynajmniej nie całkowicie. Natomiast wybranie beznajdziejnego partnera i wybranie pracy, której się nienawidzi, może już skutecznie ograniczyć nasze życie.
Oczywiście wiem, że się da, ale podróżowanie po dalekim wschodzie z dzieckiem chyba nie jest do końca bezpieczne, żaden ze znajomych jeszcze dziecka do Chin czy Indii nie zabrał. Na beznadziejnego partnera niestety bardzo łatwo trafić przez archaiczny ale jeszcze powszechny stereotyp „kobiety do garów i do dzieci”, który to po części robi kobietom krzywdę właśnie taką jak w powyższym tekście.
No jestem w stanie zrozumieć, że Azja może być niebezpieczna dla dzieci. Tak jak Afryka (przynajmniej ta dalsza niż Tunezja czy Egipt). Tak jak nie polecałbym wspinaczki wysokogórskiej z dziećmi czy nurkowania 🙂 Daleki jestem od przekonywania kogoś do posiadania dzieci, a już tym bardziej oceniania czyichś decyzji. To tak jak gdybym kogoś chciał przekonać, że niebieski jest lepszy od zielonego, bo mi się bardziej podoba 🙂
PS. Jak się będę wybierał do Japonii (a na pewno będę, prędzej czy później, właśnie dopisałem to do mojej listy :), to się odezwę 🙂
Ja rozumiem argument, że nie lubisz dzieci – nie wszyscy muszą, ale jak czytam, że dziecko jest w czymś przeszkodą. „Jak się chce – znajdzie się sposób, jak się nie chce – znajdzie się powód.” Z dzieckiem po prostu jest więcej planowania.
„Jak się chce(…)” Nie zgadzam się z tym, jak jest dziecko to często trzeba wybierać pomiędzy własnymi przyjemnościami/rozrywkami, a dzieckiem.
Ja nie mam z tym problemu, zawsze wygrywa Demoniszcze i zawsze mam z tego mega satysfakcję.
Natomiast są tacy, znam osobiście, co wybiorą dziecko dlatego że tak trzeba a poóźniej opowiadają że muszą się ciągle poświęcać i nic nie mają życia.
Są też tacy, co nigdy nie wybiorą tego co chce dziecko. To już przykra sprawa.
Jeśli Weronika ma przekonanie, że dziecko będzie przeszkodą to pewnie by była tym ostatnim z moich typów zachowań. Po co miałaby to robić? Żeby zrobić krzywdę sobie czy dziecku? Bez sensu.
Według mnie myśli zdroworozsądkowo i chwała jej za to!
Ja nie odbieram jej zdroworozsądkowego myślenia, zwłaszcza że podała dla mnie argument, który bije wszystkie inne – nie lubi dzieci. Choć dzieci uwielbiam, wszystkie mnie rozczulają, to rozumiem, że można ich nie lubić i za rozsądne uważam w takiej sytuacji ich nie posiadanie (mam paru takich znajomych).
Uważam jednak, że wiele spraw można pogodzić z posiadaniem dziecka, a już zwłaszcza, jeśli nie jest się samotną matką. Mój mąż długo pracuje i na jego pomoc zbytnio liczyć nie mogę, bo pół soboty i niedzielę wolę pozwolić mu odpocząć, niż gonić do roboty w domu (ale czasem sam z siebie np. obiad ugotuje). Ja pracuję w domu (nie mylić z „siedzę w domu” jak się niektórym wydaje), więc ciągnę dwa etaty – matki&gospodyni oraz ten zawodowy (o tym jak to w praktyce wygląda pisałam kiedyś – http://ja-pasjomatka.blogspot.com/2014/03/praca-w-domu-wyobrazenia-rzeczywistosc.html i czasem wolałabym chyba 8h poza domem :P). Mimo to i ja, i mąż znajdujemy czas na swoje pasje, a dziecko jest zadbane, pies również, mieszkanie czyste, a obiad na czas. 🙂 Do Chin może i z synkiem nie pojadę, ale dość mi jeszcze miejsc zostało w Polsce i Europie do odwiedzenia, a to mogę zrobić z dzieckiem, reszta zostanie na czas gdy dziecko będzie starsze. 😉 Teraz zaczynam starty w zawodach z maluchem. 🙂
Jasne, że wiele spraw można pogodzić, ale to właśnie sedno sprawy. Wiele to jednak nie to samo co wszystkie sprawy.
Ja też realizuję swoje pasje i nie mam problemu żeby to pogodzić, ale przychodzi czasem taki moment, dzień lub kilka dni kiedy trzeba odłożyć na bok „Ja” i poświęcić to na rzecz potomka. Nie uwierzę, jeśli napiszesz że Tobie się tak czasami nie zdarza, np. gdy milusiński zachoruje, albo jakieś istotne z punktu widzenia małego człowieczka wydarzenie koliduje z jakimś Twoim wydarzeniem.
Na tym polega rodzicielstwo i jeśli ktoś nie jest na to gotowy to lepiej, żeby się nie pchał, bo do nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Dlatego też użyłam słowa „wiele” a nie „wszystkie”. 🙂 Sama sobie mogę być przeszkodą w robieniu czegoś co lubię, a dziecko podnosi poziom tego nazwijmy to – ryzyka. Pani Weronika nie jest na to macierzyństwo gotowa nie dlatego, że by ograniczyło jej możliwości (np. o podróże do Chin), tylko dlatego, że zwyczajnie nie lubi dzieci i nie jest w stanie z niczego dla nich zrezygnować. Szanuję jej stanowisko i podziwiam, bo jest odpowiedzialne.
Pisałam w kontekście innych (nie wszystkich) matek, bo znam naprawdę wiele mam, które twierdzą, że na nic nie mają czasu (nawet nie pojawia się tekst „nie mam pieniędzy”), a marnują jego spore ilości na FB wrzucając setki zdjęć, linków, obrazków, lajkując co się da czy na oglądanie polskich telenowel. Żeby tylko to – przeważnie nie dadzą sobie pomóc „bo wszystko najlepiej zrobię sama”, wyjechać nigdzie NIE CHCĄ bo „przecież mamy dziecko” (jakby to było przeciwwskazanie do wyjazdu np. nad morze), a wyjście z przyjaciółkami (nawet i bezdzietnymi), które ma być „oderwaniem” od pozostawionego z mężem dziecka kończy się niekończącymi opowieściami o maluchu. Bynajmniej – nie dlatego, że ktoś zapytał. A potem biadolenie jak to odkąd się zostało mamą jest źle, nie ma się czasu dla siebie, nogi futrem zarosły, włosy w strąkach, kawa wiecznie zimna, strojem codziennym i wyjściowym jest dres, a marzenia poczekają chyba na starość…
staram się [ o ile zapałki podtrzymujące powieki pozwalają i bodymax z żeńszeniem działa] być totalnym zaprzeczeniem analizy, którą dokonałeś 🙂
Ja też 🙂 Nawet płeć mam inną 🙂
Bardzo trafne. Mam czasami wrażenie, że wiele kobiet wychodzi za nieodpowiednich mężczyzn z braku laku. Chcą już być zamężne i mieć dziecko a potem takie rezultaty, że mąż olewa i w niczym nie pomaga. Ale też są takie kobiety co zatracają się w cierpieniu i nie pozwalają sobie pomagać 😉
w takim razie ja Matką Polką nie jestem 😉
Oby było ich jak najmniej 🙂
Ja tez matka Polka nie jestem … estem sto razy gorsza.
Ale do rzeczy. Poczatku nie rozumie, z jednej strony pojawia sie madra refleksja nad iloscia spolecznych oczekiwan jaka wisi nad wspolczesna kobieta-matka-Polka, a zaraz potem pojawia sie opis jak to matka Polka sobie z tymi oczekiwaniami nie radzi, jak wredna zrzuca wine na dzieci, meza i szefa, jak nie robi makijazu ani sniadania, jaka jest gruba (a przeciez powinna byc chuda), jaka to spoznialska, wszedzie i nagminnie sie spoznia do pracy, po dziecko do przedszkola, robi obiad ale tez jakos malo sympatycznie, bo powinna z dzieckiem na reku aby nie ogladalo telewizji itp itd.
Nie bardzo rozumie przeslania.
Chodzi głównie o to, że wiele matek narzeka na swoją sytuację, która choć w części pokrywa się z opisaną. Nie uświadamiają sobie jednak, że opisana sytuacja ma miejsce, bo same do niej doprowadziły.
Nasze obecne życie jest sumą naszych dotychczasowych wyborów. Każdy z nas jest zwycięzcą, ale niektórzy z nas generują rezultaty, których nie chcą. Dopiero kiedy to zrozumiemy, możemy zmienić nasze życie na lepsze.
Same doprowadzily albo i nie same. Mysla, ze duzo „zawdzieczaja” wspomnianym przez Ciebie sluszenie spolecznym oczekiwaniom.
Moim zdaniem akcent powinien pasc na te spoleczne oczekiwania, aby panie bardziej nad nimi reflektowaly.
Bo jak narazie wiekszosc pan probuje tym spolecznym oczekiwaniom zadoscuczynic i oczywiscie nie wychodzi, bo wyjsc nie moze. No chyba, ze ktos jest idealem.
Zainspirowałeś mnie. Jutro napiszę o matce polce studentce. Choć historia niewiele się różni.
W zamian za zainspirowanie, jeśli można, poproszę o informację jak tu trafiłaś 🙂 Bo ten tekst przeżywa dzisiaj swoją drugą młodość, a ja nie potrafię zlokalizować źródła.
O mamusiu, teraz mnie zagiąłeś.
Ktoś na fejbuniu, głównym źródle informacji lokalnych i poza lokalnych,wrzucił. Nie przypomnę sobie kto, przepraszam.
Całe szczęście to nie o mnie.
Jak t przeczytałam to stwierdziłam, że Matką Polką to ja nie jestem ;p Może w ogóle nie jestem matką ? Dobra, dobra, narzekam, krzyczę i czasem cierpię, ale moje życie jest cudowne, a rodzina najlepsza 😉 Jestem ciekawa, jak Ty byś opisał życie Ojca Polaka. Doczekamy się ? ;P
Chyba nie 🙂 Tak do własnego gniazda narobić? 🙂
Nie myślałam, że jest aż tak źle 😉 A może są dobre strony, których możemy poczytać ? Ale Ty nie jesteś Ojcem Polakiem. Stereotypowy polski ojciec nigdy nie zobaczy Kenii, czego Ci bardzo zazdroszczę 😉
Ja sobie też 🙂 Bo będąc tam myślałem, że nie będę chciał wrócić… a jednak chcę… 🙂
Podoba mi się bardzo puenta. Bo jest prawdziwa i potrzebna – to Twoje
życie, Twoje decyzje, konsekwencje tych decyzji też są Twoje. I w Twoich
rękach jest możliwość zmiany. Tak.
Zastanawiam się tylko, z
jaką intencją ten tekst był pisany? Bo puenta sugeruje, że po to, aby –
nie wiem – zmotywować? zachęcić do zmiany? Ale wszystko, co do tej
puenty prowadzi, to jest raczej taka „tough love”, krytyka i „nie ma
zmiłuj”. Myślę, że po przeczytaniu takiego tekstu można poczuć dwojako –
albo „fajnie, że to nie o mnie! ufff!” albo „to o mnie, jestem totalnym
dnem” – i wtedy niestety puenta może umknąć, a zostać poczucie
beznadziei.
A może tak odbieram ten tekst, bo sama jestem
pracującą matką i patrzę na ten problem – udręczenia, frustracji,
zmęczenia – od środka. I jestem pewna, że nie dla każdej kobiety to
poczucie udręczenia wiąże się z barkiem refleksji i obwinianiem każdego,
poza samą sobą. I że nawet, gdy mamy świadomość, że ponosimy
konsekwencje własnych decyzji, nawet, gdy nie obwiniamy męża, dzieci i
społeczeństwa, nawet gdy dajemy z siebie 100%, a nie farmę na FB w pracy
i bezmyślną orkę domu – nawet wtedy jesteśmy często zmęczone i czasem
sfrustrowane. I wtedy nie pomoże „Sama tego chciałaś” ani „Zmień się”,
tylko „Rozumiem. Jestem obok”.
Tak sobie pomyślałam po
przeczytaniu – jako matka Polka 😉 – i pomyślałam, że o tym napiszę. Ku
wymianie spojrzeń po prostu, a nie z zamiłowania do Schopenhauera.
Pozdrawiam serdecznie 🙂
Przyznaję, że jestem zwolennikiem „tough love”, choć wiem, że nie do każdego trafia. Wiem, że czasami trzeba przytulić i powiedzieć „jestem obok”. Czasami jednak trzeba też wziąć swoje życie w swoje ręce i przestać obwiniać wszystkich dookoła. „Życie jest ciężkie, włóż kask” – jest dewizą, która towarzyszy mi od dawna. Tekst pisany szczególnie dla tych, którym zdarza się obwiniać innych i zapominają wtedy, że to oni są odpowiedzialni za swoje życie.
Ja jestem zwolenniczką raczej „bycia obok”. Ale to dobrze – tak myślę, że i jedno ( „tough love”) i drugie („bycie obok”) jest potrzebne – każdemu co innego pomaga. Aurea mediocritas, nieprawdaż 😉
Całkowicie się zgadzam 🙂 (chociaż musiałem użyć google, żeby w pełni zrozumieć Twój komentarz 🙂
Zboczenie filologiczno-klasyczne, przepraszam 😉
Jeśli jakiś matek dzień/życie tak wygląda to im chyba współczuje.
Super wpis 🙂