Dlaczego ukrywam moje dzieci przed światem?

Zapytała mnie kiedyś jedna dociekliwa czytelniczka.

9349351634_031ea250c0_k

Moje zdanie

Wczoraj opublikowany został artykuł, który odbił się sporym echem w blogosferze. Dotyczył on wizerunku dzieci w Internecie, a nazywał się „Mamo, tato nie rób siary – jakie zdjęcia dzieci publikować Internecie?„. Postanowiłem więc też zabrać głos w tej sprawie. Bo jak wiecie – ja zdjęć swoich dzieci nie publikuję na tym blogu. Może na początku odpowiem, na pytanie czy jest coś czego się boję w związku z publikowaniem wizerunku dzieci. Otóż, nieszczególnie. Na pewno nie obawiam się jakichś strasznych traum, rytualnych samobójstw, ani terrorystycznych ataków na moje dzieci, gdybym jednak zaczął publikować ich zdjęcia. W końcu goły dzieciak z okładki Nirvany dzisiaj żyje i ma się całkiem dobrze – pisałem o tym tutaj. Jednocześnie wszystkie pozostałe argumenty przeciwko publikacji zdjęć dzieci, rozwiała już jakiś czas temu Marlena (link), więc nie będę ich powielał. Także zupełnie nie o to chodzi. Szczególnie, że jak moje dzieci jadą na festyn czy na jakąś inną imprezę, to nie popadam w skrajność i nie zasłaniam im twarzy, więc gdzieś tam ich zdjęcia w Internecie są. I co? I nic! Żyją i mają się dobrze.

„Ale przecież publikujesz dziecięce historie!”

Wczoraj ktoś wyciągnął też argument, że hipokrytami są Ci, którzy nie publikują zdjęć dzieci, ale jednocześnie publikują ich dziecięce historie. Bo to przecież to samo. A ja pozwolę się nie zgodzić. Bo różnica między historią, a zdjęciem, jest taka jak między książką, a filmem. Nicolasa Cage znają wszyscy, a Neila Gaimana czy Stephena Kinga większość z nas minęłaby na ulicy i nawet nie zwróciła uwagi. Tak samo jest z tymi historiami. Tak długo jak nie są okraszone zdjęciem, nie są utożsamiane z kimkolwiek. Nie są połączone bezpośrednio z moimi dziećmi. Większość z nich jest wręcz uniwersalna i zdarza się większości dzieci, więc tym bardziej nie widzę problemu.

Tymczasem nie można tego samego powiedzieć o zdjęciu dziecka.

„Ale przecież publikujesz zdjęcia czyichś dzieci”

No i co z tego? Jeśli ktoś zdecydował, że wizerunek jego dziecka może być wykorzystany na moim blogu, to dlaczego miałbym z tego nie skorzystać? Ja nie jestem przeciwny publikowaniu wizerunku dzieci w Internecie. Zresztą tak jak piszę w pierwszym akapicie – zagrożeń nie widzę. Wręcz są blogi parentingowe, które oglądam tylko ze względu na zdjęcia, bo są naprawdę wybitne. To nie jest tak, że ja walczę o całkowity zakaz upubliczniania wizerunku dzieci w Internecie. Ja po prostu chronię wizerunek moich dzieci. Inne dzieci to nie do końca moja sprawa. No chyba, że mówimy o dzieciach roznegliżowanych na nocnikach, w wanienkach czy inne takie – wtedy jestem przeciwny, nawet jak nie jestem spokrewniony.

Więc dlaczego?

Nie publikuję zdjęć własnych dzieci, bo chcę, żeby moje dzieci stworzyły swoją własną historię, a nie nadpisywały tą wykreowaną przez rodziców.

Słyszeliście kiedyś o Miley Cyrus? Hanna Montana się nazywała przez jakiś czas. I później Miley ową Hannę postanowiła bezlitośnie zamordować występując nago na kuli do burzenia budynków. Bo potrzebowała pozbyć się wizerunku, który do niej przyległ. Który wykreowali za nią inni ludzie. Ona była już dorosła, ale dalej czuła się, jak gdyby była małą dziewczynką. Bo taki wizerunek do niej przylgnął. I jeśli już czegoś się boję, to powielenia tego samego scenariusza (tylko może bez tego występu na kuli do burzenia). Że publikując zdjęcia dzieci, stworzyłbym im pewien wizerunek, z którym one niekoniecznie się muszą zgodzić, gdy dorosną.

Plusy dodatnie i plusy ujemne

Są też oczywiście zalety publikowania zdjęć i kreowania dziecięcego wizerunku. Jedną z zalet jest to, że taka Miley raczej nigdy nie będzie szukać pracy. Popularność zrobiła swoje. I gdybym wykreował swoje dzieci na blogu i kontynuował tą pracę przez najbliższe dziesięć lat, to one też raczej w kolejce do pośredniaka by nie stały. Bo byłyby znane. Jasne, nie byłaby to popularność na skalę światową, ale zawsze byłaby to jakaś popularność. Gdyby postanowiły pisać bloga, od razu miałyby czytelników. Gdyby stworzyły kanał na youtubie, to od razu miałyby widzów. Wręcz gdybym się rozkręcił jako bloger (i uważał to za dobry krok) i przeszedł do starych mediów, to moje dzieci mogłyby w zasadzie iść za mną. Możliwości miałyby na pewno więcej, a w życiu miałyby na pewno trochę łatwiej.

Jednak podsumowując wszystkie za i przeciw i pamiętając o tym, że bycie popularnym jest najważniejszą rzeczą na całym świecie (przeczytaj ten tekst zanim go ocenisz po tytule), zapytałem się, a co jeśli one by tego nie chciały? Tego łatwiejszego życia? W którym byłyby popularne? Co wtedy? Wybór nie był prosty.

Inne ścieżki

Ostatecznie żaden wybór z tych, które przedstawiam nie jest ani lepszy, ani gorszy. One są po prostu inne. Dwie różne od siebie ścieżki, którymi możemy podążać. Ja wybrałem tak jak wybrałem i jestem zadowolony z mojej decyzji. U mnie na blogu liczy się treść i dlatego też ludzie tutaj zaglądają. Tymczasem gdybym pokazywał zdjęcia dzieci, to one pewnie z miejsca byłyby bardziej popularne niż ja – a ja konkurencji sobie nie zamierzam robić ;) Uważam też, że popularność jest też czymś co warto budować samemu, bo czasami potrafi być ogromnym brzemieniem. I warto wtedy być na to przygotowanym.

Na koniec pozostawiam otwartą kwestię czy da się publikować zdjęcia dziecka, bez budowania jego wizerunku i popularności. Wydaje mi się, że tak, ale jednak wolałbym, żeby ten temat poruszył ktoś, kto zna temat z autopsji.

Prawa do zdjęcia należą do Carissa.

Jeśli dotarliście do tego momentu, to po pierwsze jest mi bardzo miło. Byłbym też niezwykle wdzięczny, gdybyście uznali ten artykuł za warty udostępnienia dalej, bo dzięki temu będzie on miał szansę trafić do kogoś, kto być może również potrzebuje go przeczytać.

14
Dodaj komentarz

avatar
6 Comment threads
8 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
7 Comment authors
pikfePracoholiczka w domuBlog OjciecMatczyneFanaberieAlicja Kost Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
piwnooka
Gość

Rodzic piszę, że nie umieszcza juź zdjęć dziecka, bo ono niebawem idzie do szkoły i będzie miało grono kolegów i ci koledzy będą mogli wejść na bloga, zobaczyć zdjęcia i wykorzystać je np. do ośmieszenia tego dziecka. I to jest całkiem rozsądne podejście, bo dzieciaki rzeczywiście potrafią być wredne. Tylko, że brakuje mi konsekwencji, jeśli ten sam rodzic umieszcza na publicznym FB dialogi, scenki z tym właśnie dzieckiem, własne komentarze o dziecku, które z powodzeniem mogą stać się źródłem drwin. W tym znaczeniu zdjecie i wszystko inne związane z dzieckiem to jedno i to samo. I to też jest kreowanie… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

To co piszesz faktycznie może być użyte do ośmieszenia dziecka i zagrozić mu w równym stopniu co zdjęcie. Dlatego warto pamiętać, aby zarówno zachować zdrowy rozsądek przy publikowaniu zdjęć, jak i przy publikowaniu historii.

Alicja Kost
Gość

„Ja po prostu chronię wizerunek moich dzieci. Inne dzieci to nie do końca moja sprawa.” otóż to. Generalnie nie mam problemu z tym, że ktoś publikuje wizerunek swoich dzieci – takie mamy czasy, że to normalne i tyle. Ja nie publikuję z bardzo wielu różnych względów – przede wszystkim bezpieczeństwa na co ma wpływ zawód mojego męża, pewnie to dmuchanie na zimne, ale ja wolę tak. Natomiast ciekawy przykład z tą niesczęsną Miley – nigdy nie myślałam w ten sposób o dzieciach blogowych, ale w sumie to może mieć przełożenie na te najbardziej popularne blogi. I nawet nie mówię tu… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

Takie dmuchanie na zimne jest w mojej opinii jednak zdecydowanie lepsze od beztroskiego i nieprzemyślanego wrzucania wszystkiego co nam wpadnie pod rękę. Nawet te przemyślane zdjęcia mogą się okazać ryzykowne za kilka lat, bo świat naprawdę przyspiesza z roku na rok i zmierza w coraz bardziej nieprzewidzianych i przemyślanych kierunkach.

PS. Dzięki za lovetaza – naprawdę dobrze się ich ogląda :)

Alicja Kost
Gość

No nie? Ładne z nich ludzie :)

Lenka
Gość

Mam Córkę i Syna. Córka zaczyna wyrażać swoje opinie. Jeśli np. nie chce, abym zrobiła jej zdjęcie (widzi, jak wyjmuje aparat i zabrania) to nie robię. Zdjęcia po prostu chcę publikować Rzeczywiście chronię nagość, ale reszta na razie na tak. Nieco gorzej czyta mi się wpisy ze zdjęciami nieosobistymi. Pomysł Blog Ojciec na publikowanie swojego wizerunku dodaje wiarygodności a decyzja o niepublikowaniu zdjęć dzieci (moim zdaniem) jest decyzja każdego autora bloga, bo to autor decyduje o swym dziele.

MatczyneFanaberie
Gość

Odkąd jesteśmy rodzicami nie publikujemy zdjęć dzieci. To o czym piszesz to jedno. Wiem także, że zdjęcia dzieci są wykorzystywane przez hejterów i nie zawsze jest to miłe. Sama byłam świadkiem pracując w jednej z firm, gdy klientom nie podobały sie działania danej marki, nie zgadzali się z opinią wyrażaną przez pracowników to wyszukiwali z najgłębszych czeluści internetu zdjęcia dzieci i nie tylko i mało ciekawe obrazki powstawały. Nie miałam wówczas dzieci, ale nie chciałabym aby coś takiego dotyczyło właśnie najbliższe mi osoby.

Blog Ojciec
Gość

To też jest problem. Bo przerobić można nawet niewinne zdjęcie, a efekty mogą się niezwykle szybko rozchodzić. Później z naszego dziecka powstanie mem i mamy już pozamiatane. Jest już zbyt wiele dzieci użytych w memach, żeby to całkiem zbagatelizować. Bardzo ważny punkt – dzięki!

Pracoholiczka w domu
Gość

Ja ukrywam swoje dziecko przed światem z pełną świadomością. Po pierwsze sama występuję anonimowo, ponieważ z różnych przyczyn nie chciałabym ujawniać swojej tożsamości. W związku z tym nawet jeśli piszę o córce i jej przygodach zostaje to owiane tajemnicą. Boję się konsekwencji publikowania wizerunku dziecka, nie chciałabym napiętnować jej przez swoją obecność w internecie. Zgadzam się z Tobą, że opisywane sytuacje w jakimś sensie są uniwersalne, bo przecież dzieci podobnie reagują czy zachowują się w różnych sytuacjach… ale publikacja zdjęcia to już według mnie wyższy poziom. Tyle w necie hejtu i dziwnych emocji, że chyba wolałabym ochronić córkę od tych… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

Szczególnie, że jak ktoś zauważyłem, każde zdjęcie – nawet niewinne – może zostać przerobione i zamienić się w mema. Paragrafu na to nie ma, walczyć z tym się nie da – prawdopodobieństwo jest może i małe, ale nie chciałbym być w skórze rodzica, którego to spotka.

Pracoholiczka w domu
Gość

i w skórze dziecka, którego by to dotyczyło… w internecie nie ma zahamowań i nie ma litości… dla „fanu” ludzie udostępnią wszystko.

Zdjęcia przechowuję w albumie, a w sieci stawiam na treści…

Blog Ojciec
Gość

Ja też jakoś wolę postawić na treść – bardzo zdrowe podejście.

Pracoholiczka w domu
Gość

… i bezpieczne… ;)

pikfe
Gość

Nie umieszczam zdjęć moich dzieci w Necie, bo nie wiem, czy by tego chciały.
Ja bym nie chciała, żeby ktoś umieszczał moje, nie pytając się. A one są zbyt małe, żeby odpowiedzieć.