W jaki sposób (często nieświadomie) okaleczamy nasze dzieci, pomimo dobrych intencji?

„Dobrymi chęciami jest wybrukowane piekło.”

Miałem kiedyś znajomego

Dobry chłopak z niego był. Nieco skryty, ale jak już się odezwał to najczęściej miało to sens. Żartować potrafił, słuchać też potrafił, a i z nauką nigdy problemów nie miał. Pożyczyłbyś takiemu dwie dychy, to było pewne, że odda, a i zdarzyło się, że on sam też czasem pożyczył.

Była w nim jednak jedna rzecz, z której nawet on sam nie był zbyt dumny i jak się okazało, miało to spory związek z tym jak był wychowywany. Wyszło to kiedyś po jakiejś imprezie albo nocce z grami, gdy rano ludzie zeszli się w kuchni, niczym zwierzęta na sawannie, zbliżające się do wodopoju i ktoś go poprosił, żeby zaczął robić jajecznicę, na co on odpowiedział, nie kryjąc lekkiego zażenowania:

– Ale ja nie wiem jak.

Życiowe nieogarnięcie nie bierze się z braku predyspozycji

Okazało się, że był to chłopak, który mając lat bodajże siedemnaście, jak zostawał sam w domu i musiał zjeść coś na obiad, to albo ogrzewał co mu zostawili rodzice albo na obiad jadł kanapki. Patelnie, garnki, kuchenka, to wszystko było dla niego czarna magia. Kiedyś sam nawet określił się jako kuchennego kalekę czy coś podobnego. Może jakby się bardzo postarał to parówki dałby radę ugotować.

Gdy zresztą o tym pomyślę, to ja wcale nie byłem znacznie lepszy. Oczywiście to nie jest tak, że mi czy jemu brakowało jakiejś piątek klepki i owe kuchenne umiejętności wykraczały poza nasze możliwości. Tu zupełnie nie o nasze predyspozycje zawodowe chodziło.

Jedyny problem jaki istniał leżał w tym, że nigdy nie musieliśmy tego robić, bo zawsze ktoś nas w tym wyręczał.

Na początku nie mamy innego wyjścia

Gdy dziecko pojawia się na świecie, to jako jedna z nielicznych istot, przez co najmniej kilka lat sama sobie nie poradzi i nasza pomoc jest warunkiem koniecznym do jej przetrwania. Karmienie, ubieranie, mycie czy ogólnie rozumiane zapewnienie bezpieczeństwa – to wszystko musimy na początku dziecko zapewnić bez jego aktywnego udziału i to jest zupełnie normalne.

Jednak czasami później gubimy się w tym co powinniśmy jeszcze robić za dziecko, a co dziecko może (i powinno) już robić samo. Czasem robimy to z braku czasu (będzie szybciej jak sam/sama to zrobię), czasem robimy to z miłości (on zawsze będzie moim malutkim dzieckiem), a czasem po prostu z przyzwyczajenia (przecież to zawsze my to robiliśmy).

Niestety takie podejście wyrządza dziecku mniejszą lub większą krzywdę

Robimy to najczęściej zupełnie nieświadomie, ale jednak robimy. Później taki dorosły już człowiek nie potrafi sam napisać paru sensownych zdań, bo od zawsze rodzice pomagali mu w pisaniu wypracowań. Albo nie potrafi, jak wcześniej wspomniany kolega, usmażyć jajecznicy. Albo używać żelazka. Albo skręcić mebli czy pomalować pokoju.

I wiecie co taki człowiek czuje? Bardzo często wstyd. Zażenowanie. Nawet gdy chce się ich nauczyć, to musi to robić jako dorosły człowiek, co wcale nie jest ani łatwiejsze, ani prostsze, niż gdyby robił to jako dziecko.

Nie można więc wychodzić z założenia, że jak dorośnie, to sam się tego wszystkiego nauczy bez problemu, więc teraz „mamusia” czy „tatuś” zrobią to za niego. Może i kiedyś się nauczy, ale na pewno nie bez problemów.

Dlatego warto coś z tym zrobić już teraz

Teraz, gdy dzieci są jeszcze pod naszą opieką. Najlepiej wtedy, gdy są jeszcze małe, bo wtedy dość często są chętne do takiej nauki.

Zresztą takie działanie nie tylko dzieciom przynosi korzyść, lecz całej rodzinie. Naturalnie na początku nauka różnych domowych/życiowych umiejętności, będzie prawdopodobnie wymagała od rodziców sporo zaangażowania (jak to ma zresztą miejsce w przypadku nauki większości czynności: od mycia zębów, po wiązanie sznurowadeł), jednak z czasem pozwoli ona dzieciom aktywnie i skutecznie uczestniczyć w życiu domowym, gdyż różne czynności będą mogły zrobić same. To z kolei powinno pomóc całej rodzinie sprawniej dzielić się obowiązkami domowymi, które przecież dzieci też mogą w pewnym zakresie (dostosowanym do ich wieku) wykonywać.

Także mamy dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Nie tylko dzięki zaprzestaniu ciągłego wyręczania naszych dzieci, będzie nam łatwiej zaangażować je w obowiązki domowe, ale jest też spora szansa, że po pewnym czasie poślemy w świat ludzi, którzy nie tylko nie padną z głodu w pierwszym tygodniu samodzielnego życia, ale też będą potrafi na przykład uruchomić pralkę czy wymienić zepsutą żarówkę (żeby już całkiem zaszaleć :). Wydaję mi się więc, że warto :)

Prawa do zdjęcia należą do Jaime.

Jeśli zgadzacie się, że potrzebnych jest nam w świecie więcej osób wyposażonych w takie podstawowe życiowe umiejętności, udostępniajcie ten tekst innym. Im więcej osób go przeczyta, tym większa szansa, że któraś zmieni swoje podejście.

  • Beata Gaca

    bardzo mądre słowa! Wychodowałam /niestety/ jednego życiowego kalekę, teraz pilnuję się żeby młodszego tak samo nie skrzywdzić

  • mono

    Hah podoba mi się zdanie „życiowe nieogarnięcie nie bierze się z braku predyspozycji”. Sama prawda.
    Z tych powodów opisanych powyżej nie tylko gotowanie przychodzi mi z trudnością, ale przede wszystkim załatwianie różnych spraw, dzwonienie, kupowanie ubrań. Wszystko robili rodzice, bo szybciej, bo łatwiej, bo marudziliśmy. Ja to miałam szczęście, bo się buntowałam na takie dictum ;) ale mam brata, dla którego większość czynności życia codziennego jest wyzwaniem

    • No właśnie dobrze jest, jak ktoś się zbuntuje – gorzej, jak jest mu za wygodnie, aby coś z tym robić. Tacy już jesteśmy, że lubimy jak jest wygodnie, więc mało które z nas z tym walczy. Mimo tego, że jak sama przyznałaś – mamy ku temu możliwości.

  • szmaragdowo

    Eh… Moja rodzicielka zawsze wyganiała mnie z kuchni jak gotowała, bo jej przeszkadzałam i robiłąm bałagan i wgl nie tak obierałam ziemniaki; porządki robiła sama, po pracy na pełen etat, bo przecież nikt tak nie wyszoruje kibla jak ona; mimo wiecznego rozpiździelu w moim pokoju wchodziła i układała mi zabaweczki, maskoteczki i inne pierdółki, składała rozwalone ciuchy w kostkę (bardzo się rpzy tym denerwując i wyzywając mnie, ale koniec końców to ona mi tam sprzątała. Takich przykładów mogłabym wymieniać bez końca… A teraz jak do mnie przyjeżdża (mam 27 lat, męża, córkę, drugą w brzuchu) to się wielce denerwuje że nie jestem, delikatnie mówiąc, perfekcyjną panią domu.. I ten tekst: „Czy ty u nas w domu taki syf widziałaś?!”. Nosz kurcze pieczone! Syfu nie widziałam, ale jak się to robi żeby go nie było też nie widziałam, a co więcej nikt mi nie dał samodzielnie się z tym zmierzyć… To i tak cud że nie tonę w stercie pampersów, że moja rodzina chodzi w czystych ubraniach (choć nie zawsze wyprasowanych – ku świętemu oburzeniu mojej mamy) i że zazwyczaj mamy ciepły obiad i pełną lodówkę…

    • Prasowanie ubrań? Odchodzi się od tego ;)

      • szmaragdowo

        Haha :) Dobrze wiedzieć ;) Gdyby nie to że moja mama nadal czasem przyjeżdża i mi prasuje to zapomniałabym do czego służy ten metalowo-plastikowy przedmiot..

  • Ela Łabaj

    Dlatego jak odwiedza mnie młodsza siostra, to gotuje ze mną, wszystko jej tłumaczę i pomaga mi w sprzątaniu :D

    • Starsze rodzeństwo czasami jak widać daje radę :) Plus dla Ciebie :)

  • rz

    Ha, z tą jajecznicą to spokojnie mógłbym być ja ;-) Chociaż to właściwie było jedyne, co umiałem zrobić w tym wieku :-D To prawda, teraz jest trudniej się nauczyć…

  • Maria Mor

    Ciężko jest się przemóc, żeby nie wyręczać dziecka, sama się męczę, żeby nie przekroczyć tej granicy (czy mi się udaje – zobaczymy za kilkanaście lat). Kamilu, a czy mogłabym Cie prosić o zalinkowanie tej listy, co dziecko powinno – teoretycznie – umieć wdanym wieku robić samodzielnie? Nie chcę wprowadzać jej w życie „kropka w kropkę”, ale może posłuży mi jako punkt odniesienia, „przypominajka”… Dzięki z góry!

    • Tak się składa, że ja akurat do tej pory takiej listy jeszcze nigdy nie zrobiłem – może jednak warto nad tym pomyśleć i coś przygotować?

      • Maria Mor

        To w takim razie chyba mi się przyśniło :) Ale przed oczami mam Twój wpis (a może to było na FB) i link do angielskojęzycznej listy wymieniającej, co spokojnie samodzielnie może zrobić dwu, trzy, cztero itp. latek :)

        Jeśli niczego takiego nie było, to jutro umawiam się do lekarza od głowy ;)

  • Karolina

    Bardzo dobry tekst, święte słowa. Wiem, jestem inna, mój syn sam potrafi wyprasować, naleśniki też ostatnio robił, kawę matce sam serwuje, dzisiaj przyszedł ze szkoły i zanim zdążyłam się obrócić, zrobił sobie kanapkę z wędliną bo stwierdził, że głodny, wiem wyrodna matka jestem, bo syn ma lat 9, a sprawności do mundurka zuchowego sam przyszywa, guziki też :)

  • Wychowanie mojej mamy. Wszystko zrobiła za dzieci i męża. Przychodząc do mnie zawsze mówiła że mam bałagan, a dla mnie było czyste. Widać nie wyroslam na perfekcyjną panią domu. Własnemu mężowi zawsze wszystko pod nos dawała, jedzenie,kawę, ubranie czy zakupy. Teraz gdy jej zabrakło mój tata jest jej bez rąk. Nic nie potrafi zrobić, jego sukces to zrobienie kawy.
    Mając teraz własne dziecko wiem czego nie robić. Ale czy mi się uda?
    Zobaczymy

    • Racja – to bardzo często wykracza poza wychowanie dzieci i przekłada się na relację z partnerem. W efekcie nie tylko dzieci tak wychowujemy, ale jego też i później mamy w domu takiego dorosłego melepetę, który nic nie potrafi, bo mu tak wygodniej.

      • Mateusz

        Ja mam takiego teścia. Nic nie mówcie -.-

        • Z tego co widzę, to sporo osób ma w rodzinie chociaż jednego takiego…

          • Mateusz

            No tak ale żeby chłop nie wiedział z której strony młotek złapać. Jeszcze wojskowy na dodatek.

          • Anna Szara

            Niestety..pokolenie naszych ojcow rodzacych sie w latach 50 i 60..to duze dzieci. Jestem Pigula..pytam Pana jakie tabletki Pan zazywa a on odpowiada nie wiem…zona podaje…no jakas masakra!!!

          • Aż nie wiem jak to skomentować.

  • Krzysztof Żołnowski
    • Niewiadomska daje radę :)

    • szmaragdowo

      Uwielbiam ten obrazek! Kwintesencja tematu! :)

  • Właśnie dlatego moja córka widzi, że facet powinien angażować się w sprawy domowe tak samo jak kobieta. Specjalnie mówię do niej „Patrz tata odkurza”. Nie chcę aby w przyszłości przyjęła za stan normalny, że po powrocie z pracy samodzielnie musi rozpocząć drugi etat – domowy.

  • Ja miałam (nie)szczęście, bo wychowałam się na wsi i rodzice w ogóle mało czasu dla nas mieli w ciągu dnia. Odkąd skończyłam 7 lat to właściwie już sama się ogarniałam – ubrać się do szkoły, kanapki sobie zrobić, spakować plecak a po lekcjach pracę domową odrobić SAMA, czasem siostra pomogła, bo była aż o rok starsza. Rodzice pomagali, gdy poprosiłam jeśli naprawdę nie umiałam. Różnie to wychodziło, czasami nawet żal miałam o to, że tak zawsze samodzielnie wszystko. Nie uważam tego za wychowanie idealne, bo brakowało mi ich pomocy i zaplatania warkoczyków przez mamę. Wielu rzeczy nauczyłam się metodą prób i błędów. Ale tak było i nie zmienię tego. Do dziś jestem taka Zosia Samosia z przyzwyczajenia. Bardzo się staram u mojego małego synka to wypośrodkować. Zobaczymy z jakim skutkiem…

  • Lilly Lill

    Miałam na studiach współlokatora. Jedynak, późne, dość rozpieszczone dziecko bogatych rodziców. Pewnego dnia przyszedł do mnie w koszuli, urwanym guzikiem od tejże w dłoni i przerażeniem w oczach. Myślałam, że sobie jaja robi. Okazało się, że on naprawdę nie potrafił sobie przyszyć guzika do koszuli…

  • Magdalena Zaborek

    Bardzo ciekawy temat. Z tymi wypracowaniami to święta racja. Mi od podstawówki pisali,matka, siostra, ciotka, wujek, sąsiadki. Teraz głupiego podania nie umiem napisać sama. Z polskiego to ogarniam ortografię, ale coś napisać to już kiepsko. Moja córka chodzi do szkoły i ostatnio miała zadaną prace domową-napisać krótkie opowiadanie. Moja matka mi zrobiła awanturę że nie chcę małej napisać. Ja jej powiedziałam jak ja bym napisała, ale to ona miała przelać na papier. Ja sprawdziłam błędy i poprawiłam tekst stylistycznie. Takie wyręczanie nie jest dobre. Ojciec w domu nic nie robił z lenistwa, matka sama robiła. Teraz gdy taty nie ma 2.5roku to matce się nie chce i to ja ocieplam dom, kupuję wszystko co trzeba naprawić bo nie ma kto. Jestem po rozwodzie i ostatnio kopnęłam taką łamage w tyłek bo on też nic nie umiał. Niby kucharz z zawodu, 5 lat pracy na kuchni a makaronu ugotować nie potrafił a rosół to wielka filozofia. Na surówkę 2 razy więcej śmietany niż warzyw. Sama też popełniam błędy bo w wieku 10 lat sama robiłam sobie kanapki, odgrzewałam jedzenie, rozpalałam w piecu, sprzątałam, a moja córka nic nie umie. Wszystko podaję jej pod nos bo sama nie zrobi. Eh i jak to zmienić???

    • Najlepiej zacząć od rozmowy i później stopniowo przekazywać odpowiedzialność i jednocześnie pozwalać ponosić konsekwencje swoich czynów. Chyba tak bym zaczął.