Nieświadomie popełniany przez rodziców błąd, który sprzyja dziecięcemu „nieposłuszeństwu”

Czyli czym możemy zastąpić szantaż, do którego tak często rodzice się odwołują?

Dostałem niedawno maila, w którym mama opisywała swoje dziecko, gotowe współpracować z rodzicami wyłącznie wtedy, gdy zastosuje się wobec niego swego rodzaju szantaż. Czyli „jeśli nie posprzątasz pokoju, to nie będziesz mógł oglądać wieczorem bajki”, bądź „jeśli nie zjesz obiadu, to nie będzie słodyczy”. Gdy takie argumenty się pojawią, to dziecko współpracuje, ale żeby współpracowało samo z siebie, to nie ma żadnych szans. Do tego im jest starsze tym mniej ów szantaż działa. Co więc powinna zrobić? Podczas pisania odpowiedzi stwierdziłem, że warto by o tym napisać na blogu, bo w podejściu tej mamy kryje się pewien błąd, prowadzący do owego „nieposłuszeństwa”, który ja sam swego czasu również nieświadomie popełniałem, a którego dość łatwo jest uniknąć.

Od czego w takiej sytuacji zacząć?

Nie chcę tutaj wszystkiego przytaczać, ale wychowawczych problemów, o których wspominała mama było w tym mailu jeszcze kilka. Niemniej w mojej opinii one wszystkie miały genezę w tym samym punkcie, czyli naderwanej więzi z rodzicami i spowodowanej tym dziecięcej niechęci do współpracy. Jeśli dodamy do tego wiek dziecka (3 latka) i fakt, że ledwie kilka miesięcy wcześniej urodził mu się młodszy brat, to tym bardziej prawdopodobna wydaje właśnie ta wersja. Jeśli tak rzeczywiście jest, to rozwiązanie tego problemu leży w spędzaniu wartościowego czasu jeden na jeden z takim dzieckiem. Czasu, w którym pokażemy mu, że dalej jest dla nas ważne.

Więcej na ten temat napisałem w tekście „Trzy powody dla których dzieci bywają nieposłuszne i jak sobie z tym poradzić?„. W skrócie: najpierw musimy wzmocnić relację i przebić się przez ścianę niechęci, a dopiero później próbować zmienić dziecięce zachowanie (co może okazać się zbyteczne, bo zachowanie prawdopodobnie samo się zmieni pod wpływem naprawionej relacji).

A co zamiast szantażu?

Nie da się ukryć, że „jeśli nie posprzątasz swojego pokoju, to nie będziesz mógł oglądać wieczorem bajki” stawia rodziców i dzieci po przeciwnej stronie barykady. Tworzy walkę o to, komu kogo uda się pokonać. Wielokrotnie byłem świadkiem sytuacji, w której dziecko mimo wszystko nie chciało (przykładowo) sprzątać i w efekcie rodzic nie tylko się coraz bardziej złościł, ale też pojawiały się coraz silniejsze „argumenty” (czyli groźby/próby szantażu/odbierania przywilejów). To droga donikąd.

Niemniej z drugiej strony rozsądnym wydaje się uczenie dzieci, że najpierw wypełniamy nasze obowiązki, a dopiero później spędzamy czas na przyjemnościach. Więc sama idea stojąca za wypowiadanymi przez rodziców słowami wydaje się słuszna. Jak więc sprawić, aby przekazać dziecku te wartości, na których nam zależy, ale jednocześnie nie uciekać się do szantażowania dziecka i stawiania go w sytuacji bez wyjścia?

Jak to wygląda u nas?

Ja osobiście korzystam z nieco zmienionej formy tego samego zdania, która w powyższym przypadku brzmiałaby „bajkę można oglądać dopiero wtedy, gdy ma się porządek w pokoju”. Inne przykłady to „pójdziemy grać w piłkę, gdy ubierzesz odpowiedni do tego strój”, bądź „pobawimy się wieczorem klockami, gdy będą już umyte zęby i będziecie ubrani w piżamę”.

Co właściwie zmienia taka forma? Przede wszystkim to zdanie powyższe jest neutralne i nie jest skierowane bezpośrednio do dziecka. Bliżej mu do oficjalnej zasady, niż do konfrontacji dwóch przeciwstawnych sił. Takie podejście pozostawia też dziecku wybór – może posprzątać i oglądać bajkę albo może nie sprzątać i nie oglądać bajki. Oczywiście w pierwszym przypadku ten wybór też był, ale jeśli dziecko wybrałoby inaczej niż życzyłby sobie tego rodzic, to ryzykowałoby gniewem rodzica i gorszymi konsekwencjami, bądź w najlepszym przypadku nadszarpnięciem łączącej ich relacji. Różnica w moim odczuciu jest ogromna.

Ta zasada nie rozwiąże oczywiście wszystkich naszych problemów

To oczywiście nie jest takie proste, że ta jedna zasada załatwia wszystko. Najczęściej jej wprowadzenie i pilnowanie powoduje, że pewne sytuacje wchodzą dzieciom (i nam! Dawanie przykładu jest jak zwykle kluczowe!) w nawyk i przestajemy na nie zwracać uwagę (czyli na przykład dzieci rano same pilnują porannej toalety, a po szkole same idą najpierw odrobić zadanie).

Jeśli jednak pojawia się jakiś większy problem i dziecko nie ma ochoty z nami współpracować mimo wszystko, to ten sposób nam nie pomoże. W takim przypadku będziemy musieli wrócić do drugiego akapitu i skupić się na naszej relacji z dzieckiem, a możliwe też, że będziemy musieli dodatkowo poświęcić trochę czasu na wytłumaczenie dziecku, dlaczego dana czynność jest istotna (niezależnie od tego czy mówimy o wyprowadzaniu psa, rozpakowywaniu zmywarki czy wynoszeniu śmieci).

Ten sposób może jedynie pomóc w komunikacji

Ale na pewno nie naprawi on problemów leżących głębiej i nie zamierzam obiecywać, że jest inaczej (w takich przypadkach trzeba będzie podjąć inne działania, o których wspomniałem wcześniej). Nam prywatnie ten sposób pomógł ograniczyć ilość codziennych konfrontacji pomiędzy rodzicami i dziećmi, bo nie doprowadza on do sytuacji, w których dziecko czuje się zmuszane do posłuszeństwa, bądź do sytuacji w których rodzic będzie czuł, że nie potrafi sobie z dzieckiem poradzić (a mniej takich sytuacji to też mniej nerwów po obu stronach, co na wszystkich działa dobrze).

Innymi słowy, choć ten sposób nie jest remedium na wszystkie nasze rodzicielskie problemy, to w codziennych spotkaniach z naszymi dziećmi, pomoże nam traktować je z szacunkiem, tak jak traktowalibyśmy drugiego człowieka, a w efekcie wzmacnia naszą relację z nimi, zamiast ją niszczyć. To z kolei najczęściej prowadzi do tego czego wszyscy tak naprawdę szukamy, czyli odczuwania większej przyjemności z wypełniania tej niesamowitej roli, jaką jest rola rodzica.

Prawa do zdjęcia należą do Lucas.

  • Oj tak. Ja pamiętam takie próby szantażu. Byłam dość pojętnym dzieckiem i gdy tylko zorientowałam się, co się dzieje, to specjalnie czegoś nie robiłam i nawet mówiłam „to jest szantaż” (oczywiście jak już byłam trochę starsza). To do niczego dobrego nie prowadzi. No, może do tego, że dziecko ma satysfakcję z miny rodzica, gdy ten słyszy o szantażu :D

    • Niestety ta satysfakcja tylko pokazuje, że dla dziecka ważniejsze od innych rzeczy jest zdobycie przewagi nad rodzicem – sam to doskonale pamiętam i nie chcę tego dla moich dzieci.

  • U nas działa „jak Ty mnie o coś prosisz, to ja to robię, więc chciałabym, żebyś też mnie posłuchała” nie wiem, czy to pedagogiczne, ale mnie wydaje się ok i córa reaguje. Ale szantaż niestety też się czasem pojawia :P jestem tylko człowiekiem :D:D

    • W końcu innych dorosłych też czasami szantażujemy ;)

      • pomyślałam, pomyślałam i niestety muszę przyznać rację :-)

  • dobra rada, niestety też wpadam w pułapkę szantażu, spróbuję z tymi neutralnymi zdaniami!

  • Falko

    Hmmm…. bardzo interesujący blog :) Ja mam 17 lat… no w grudniu 18…. nie, nie jestem mamusią hah. Jednak piszę ponieważ chciałabym, żeby ludzie mogli też poznać jak to wszystko (rozwód itd) wygląda ze strony dziecka, oraz dać ludziom do zrozumienia, że nieraz to matka jest tą osobą, która popełnia błędy. Proszę nie odebrać tego komentarza jako „żerowanie” na pana czytelnikach :) w końcu zawsze może pan usunąć mój komentarz. Bardzo bym chciała, żeby mój nieudolnie pisany blog trafił do szerszego grona czytelników. Uważam, że to co w nim piszę jest ważne, bo nie opowiada o tym, że „mama jest zła a tata cudowny” tylko o tym, jak to wszystko odbierałam w danym momencie i jak potoczyła się moja historia. Nie chcę też mówić zbyt wiele :). Mam nadzieję, że ktokolwiek zerknie, a może i nawet pan przeczyta choć kawałek :)
    https://oczami-nastolatki-falko98.blogspot.com

    • Jak będziesz wytrwała to na pewno czytelnicy się znajdą. Na początek polecam nieco uprościć czcionkę, bo chciałem poczytać, ale oczy się szybko męczą :)

      • Falko

        Dziękuję bardzo za radę już to „naprawiłam” :)

  • Andrzej

    hmm.. na szczęście etap buntu mojej córki dopiero przede mną. Zamierzam rozmawiać z nią właśnie w taki sposób jak opisałeś. Dodatkowo chcę od początku „atakować” truizmami. coś w stylu, „zgodzisz sie ze mną, że w posprzątanym pokoju lepiej się śpi?” w sumie takie metody można wykorzystywać nie tylko w komunikacji z dzieckiem. o ile ładniej brzmi np. Nie lubię jak się na mnie krzyczy, od zwykłego „nie krzycz na mnie jędzo:)”

    • Aż sam spróbuję i zobaczę jakie efekty przyniesie :)

  • awdotia

    Fajnie o tego typu problemach pisze Jasper Juul w swoich książkach. Zwraca uwagę, żeby rozmawiając z dzieckiem po prostu być szczerym, używać „języka osobistego”, jak on to nazywa, czyli mówić: „chcę/nie chcę, lubię/nie lubię, zrobię/nie zrobię” i pozwolić dziecku na to samo. Szanować w komunikacji i dziecko i siebie, bo tylko dając dziecku przykład szacunku do siebie i swoich potrzeb możemy nauczyć je tegoż szacunku.
    Czyli po prostu: nie chcę, żebyś dotykał mój telefon, nie lubię tego. Bez złości, bez wyrzutów sumienia, po prostu stwierdzamy fakt. Chcę, żebyś posprzątał swój pokój, bo lubię porządek, jeśli chcesz, mogę ci pomóc. Przy okazji uważa on, że dzieci do ok 14 roku życia nie powinny mieć żadnych stałych obowiązków, bo prowadzi to tylko do napięć i kłótni i zabija w dzieciach naturalną wewnętrzną potrzebę spontanicznego pomagania rodzicom kiedy mają na to ochotę. Ogólnie polecam „Moją kompetentną rodzinę”, „Moje kompetentne dziecko” i „Nie z miłości”. Bardzo mi pomogły, zwłaszcza w uświadomieniu sobie, że jeśli ja nie będę szanować siebie, to moje dziecko się tego nie nauczy.

  • Wiola

    Ja tak to czytam,czytam, próbuję wprowadzać, wprowadzam….. nic już nie działa, kary mogę, mogłam dawać aż pozostanie synowi tylko oddychanie, rozmawiam,rozmawiam,czasu poświęcam tyle ile daje rady przy pozostałej dwójce małych dzieci (syn ma 7 lat, rodzeństwo 3 i 1). Ręce opadają, sił brak. A dzisiaj telefon ze szkoły,że przez ostatni tydzień syn dawał tak w tyłek,ze zajęć nie dało się prowadzić… Mam ochotę siąść i wyć…..

    • Magdalena Świst

      Cierpliwosci życzę i duzo wytrwałości a napewno efekty przyjdą, ale nie po tygodniu i może nawet nie po miesiącu. Trzeba czasu i nigdy się nie poddawać! Przecież kocha pani swoje dzieci. A dla kazdego dziecka wystarczy dosłownie 30min tylko we dwoje dziecko-rodzic, bez telefonu, bez rodzenstwa, bez dodatkowych rozpraszaczy. Tylko wy.

  • Monika Mrągowocity

    Rady jak zwykle bardzo cenne, wiesz, że ja to czasem fragmenty z Twojego bloga sobie drukuję i wieszam:)