Cztery słowa, które pomogły mi uciec od etapu w moim rodzicielstwie, o którym dzisiaj chciałbym zapomnieć

Cztery słowa od których wszystko zaczęło się zmieniać na lepsze.

Przymuszone do szacunku

Kiedyś wierzyłem, że mój szacunek do otaczającego świata został wypracowany za pomocą pasa. Kiedyś było to dla mnie tak oczywiste. Takie proste. Byłem niegrzeczny, nie okazywałem szacunku, nie byłem dość ostrożny. Coś zepsułem, coś zniszczyłem, coś powiedziałem. Zwyczajnie należało mi się. Może to dla kogoś być szokujące, bo najczęściej dzieci z takich rodzin, są całkowicie przeciwne karom cielesnym, ale mi wydawało się to normalne i akceptowalne.

Kiedy więc moje dzieci zaczęły dorastać, wiedziałem że pojawią się i klapsy. Nie dawane w złości, w wyrazie bezradności. Na spokojnie, jako środek wychowawczy. Czasem krzyk, żeby postawić dzieci do pionu, kiedy okazałyby się wyjątkowo krnąbrne. Czasami klaps w pieluchę. Nie po to, żeby skrzywdzić. Po to, żeby wskazać błędne zachowanie.

Wierzyłem że robię to, co dla moich dzieci jest najlepsze. Nie znałem niczego innego.

Rób to, co mówię, a nie to, co robię

Dopiero w pewnym momencie zobaczyłem, że moje działanie ma całkowicie przeciwny skutek niż oczekiwany. Dzieci zaczęły się szarpać. Zaczęły krzyczeć. Zamiast robić to, co mówiłem, zaczęły robić to, co ja robiłem. Zobaczyły, że skoro istnieje taka forma ekspresji swojego niezadowolenia, to znaczy, że jest ona akceptowalna. Tym bardziej, że przecież rodzic tak robi.

Dzieci patrzą w nas jak w zwierciadła i absorbują każde nasze zachowanie. Kiedy piszę te słowa, to wszystko jest dla mnie niesamowicie oczywiste. Teraz widzę swoje błędy. Jednak przez długi czas tego nie rozumiałem. Musiałem do tego dojrzeć.

Krzyk jak uderzenie

W pewnym momencie zrozumiałem też, że krzyk potrafi skrzywdzić równie boleśnie, a czasem nawet bardziej niż uderzenie.

Zacząłem szukać informacji na ten temat. Okazało się, że część lęków, fobii czy problemów z wymową (np. jąkanie się), pojawia się w pierwszych latach życia i niejednokrotnie mają one związek z jakimś nagłym i stresującym wydarzeniem. W efekcie, czasami wystarczy jeden moment nieuwagi, jeden krzyk za dużo, jeden klaps za dużo, żeby poważnie skrzywdzić swoje dziecko.

Nie na jeden dzień, ale na całe życie.

Czy byłbym w stanie żyć ze sobą, wiedząc że wyrządziłem  swojemu dziecku krzywdę, bo nie potrafiłem nad sobą zapanować? Fizycznie lub psychicznie? Dziecku, które było pod moją opieką i które było ode mnie całkowicie zależne? Szczególnie, że utrata kontroli wcale nie jest czymś niespotykanym. Każdy taki moment, mógł kosztować nas i nasze dziecko, całe życie przykrości.

Czy którykolwiek z tych momentów utraty kontroli, byłby tego warty? Pamiętajmy, że Dzieci są na chwilę. Nie zepsujmy jej.

Dlatego też moje świadome rodzicielstwo zaczęło się, gdy mogłem szczerze wypowiedzieć te cztery słowa

„Już nie biję dzieci”. Od tego wszystko się zaczęło. Od tego momentu nie tylko zaprzestałem całkowicie używania kar cielesnych, ale też zacząłem szukać rozwiązań alternatywnych, które nie byłyby jednocześnie brakiem wychowania, tudzież „wychowaniem bezstresowym”. Wtedy też zacząłem się starać panować nad moimi wybuchami. Na początku nieudolnie, nie ma co ukrywać, ale z czasem coraz skuteczniej. Nie ukrywam też, że do dzisiaj ten proces trwa. Jest lepiej niż było na początku, ale jest jeszcze mnóstwo rzeczy, nad którymi muszę pracować.

Wtedy też zrozumiałem, że robię to nie tylko dla moich dzieci, ale w równym stopniu (lub nawet większym) dla siebie.

Nie warto unikać tego tematu

Ja wiem jak bardzo jest on trudny. Wierzcie mi – kiedy tak wiele osób patrzy na każdy wasz ruch czy każde wasze zdanie i wiecie, że niektórzy z obserwatorów szukają na was różnych brudów, to przyznanie się do błędu jest bardzo ciężkie, bo wystawia na cios. Sam wielokrotnie się o tym przekonałem i wiele z moich błędów zostało mi już wypomnianych.

Dlatego też nie dziwi mnie, że tak wielu z nas, rodziców, unika jak ognia tematu krzyków i kar cielesnych. Nie chcemy, żeby inni ludzie wiedzieli, że mieliśmy gorsze chwile czy że popełnialiśmy w przeszłości jakieś błędy. Dla niektórych jest to wręcz temat całkowitego tabu. Mało kto z przyzna się, że uderzył swoje dziecko. Mało kto też powie, że zdarza mu się stracić kontrolę. To by przecież oznaczało, że wg standardów niektórych ludzi: zawiódł w roli rodzica. Boimy się oceny społeczeństwa.

Musimy jednak zrozumieć, że to co myśli społeczeństwo jest kłamstwem

Zawieść w roli rodzica można nie wtedy, gdy popełnia się błędy, ale wtedy, gdy nie reagujemy na pojawiające się problemy. Kiedy one się spiętrzają, a my je nieustannie zamiatamy pod dywan. Szczególnie, że punktem odniesienia nie powinno być zachowanie dziecka, które ma problem, ale zachowanie jego rodziców.

Dlatego jeśli robimy coś z tym, aby pomóc naszemu dziecku sobie z problemami poradzić, to nawet jeśli te problemy od razu nie znikają, zapamiętajmy jedno: nie jesteśmy porażką. Nie zawiedliśmy w roli rodzica. Tak długo jak działamy, aby było lepiej, tak długo jesteśmy po prostu kochającymi rodzicami i żadne słowo wypowiedziane przez przypadkową osobę tego nie zmieni.

Mimo tego, że czasami jest diabelnie ciężko.

Przyznajmy się do swoich słabości

Ten tekst ma pokazać innym rodzicom, że nie są sami w swoich upadkach. Niemal każdy miał w swoim rodzicielstwie chwilę słabości. Chwilę w której złość aż kipiała. Lub taką, w której czuł się bezradny. Nie mówię, że należy od razu stworzyć grupy wsparcia (chociaż czasami jest to bardzo dobre rozwiązanie). Warto jednak nie ukrywać problemów przed samym sobą. Przyznać, że to się zdarza i że trzeba się temu przeciwstawić. Nauczyć się kontroli nad emocjami.

Szukajmy odpowiedzi, edukujmy się, nie bójmy się poprosić o pomoc.

Jak ja sobie z tym radzę? 

Jak zjeść słonia? Po kawałku. Jest to metoda wykorzystywana przy niemal każdej zmianie przyzwyczajeń i ja z niej korzystam (chociaż zachęcam też rodziców do poszukiwania swoich własnych rozwiązań, które dla nich okażą się najlepsze). W tej metodzie ze „słoniem”, skupiamy się na tym, aby przez jeden dzień pilnować swojego zachowania. Przestajemy myśleć w kategoriach długoterminowych. Nie przejmujemy się tym co będzie za rok, ani nawet tym, co będzie za tydzień. Dzisiaj to jedyny dzień, jaki ma znaczenie. Postanawiamy sobie, że będziemy nad sobą panować i kontrolować swoją emocjonalną stronę przez jeden dzień. To tylko jeden dzień. Jutrem będziemy się martwić jutro. Jeśli uda nam się jeden dzień, wtedy pomyślmy o dniu następnym.

W końcu gdzieś trzeba zacząć. Dlaczego by nie tutaj i nie teraz?

Prawa do zdjęcia należą do Philippe.

Jeśli zgadzacie się z powyższym tekstem, będę zobowiązany, jeśli zdecydujecie się go udostępnić innym, bo dzięki temu wiedza na temat takiego podejścia do wychowania, będzie zataczać coraz szersze kręgi.

  • Dziękuję Ci za ten tekst.

    Od dziecka, tego bitego, zarzekałam się, że będę lepszym rodzicem niż moi. Tyle, że w stresie, w złości zaczęła się we mnie przelewać wściekłość, zaczął się krzyk, a w końcu klaps. Potem poczucie winy i porażki.

    Też zjadam słonia po kawałku. A z agresją radze sobie tłukąc misiem o kanapę.

    • A ja jadę na łono natury. Tam nic nie jest mnie w stanie wyprowadzić z równowagi :)

  • często się łapie że bardzo łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. Czas wrócić do „mądrych” książek, które czytałam jakiś czas temu. One dały mi kiedyś kopa do zmiany przyzwyczajeń. Ważne że zdajemy sobie sprawę z tego to źle.

    • Polecasz jakieś konkretne tytuły?

      • „Rodzicielstwo przez zabawę” L.J.Cohena ukochana moja! A także „Dialog zamiast kar” Z.A.Żukowska. Również bardzo mądra książka, która dała duużo do myślenia. na blogu mam recenzję obu książek

      • Harusame

        Ja tez mam problem z krzykiem. Wiem jak to rani i nie chce tego fundować moim dzieciom. Książki, które pomogły mi radzić sobie z emocjami i krzykiem, to „Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci” autorstwa Adele Faber i Elaine Mazlish, oraz „Wychowanie bez krzyku” Hal Edward Runkel. Muszę do nich wrócić! I chętnie będę jadła słonia kawałek po kawałku. Dziękuje, za szczery tekst. Tak sie zdobywa szacunek (a nie przez bicie, prawda?).

        • Książki dopisałem do mojej listy, dzięki za polecenie :)

          • Ewa

            Polecam książkę „Kiedy Twoja złość krzywdzi dziecko. Poradnik dla rodziców” autorów: Matthew McKay, Patrick Fanning, Kim Paleg, Dana Landis. Opisuje m.in.: jakie skutki dla dziecka niesie złość, z którą rodzic nie potrafi sobie poradzić, skąd się bierze złość, jak sobie z nią radzić i jak skuteczniej (bez wybuchów gniewu) komunikować się z dzieckiem w trudnych sytuacjach.

  • Nie słyszałam o tej metodzie: zjedzenia słonia po kawałku, ale brzmi bardzo sensownie! Przyda mi się, bo z krzyczeniem mam problem. Rzeczywiście zwykle po takim ataku, w którym puszczały mi nerwy mówiłam sobie:
    – Już nigdy nie będę krzyczeć.
    „Nigdy” i „zawsze” jest zbyt abstrakcyjne. Sztuką jest powiedzieć:
    – Dziś nie będę krzyczeć.
    I codziennie tego słowa dotrzymywać :)

    • Bartłomiej Grzywacz

      Wyżywasz się na dziecku krzykiem? Zwyrodnialec

  • Kamil – dzięki za tekst :)

    Tak sobie myślę (zainspirowany lekturą), że jednym z problemów walki z agresją (fizyczną, słowną) jest piętnowanie.
    Dobrze to ująłeś w tekście – trzeba zacząć rozmawiać, szukać, edukować się.
    Co powoduje napiętnowanie? Ano chyba to, że przy pojawieniu się problemu łatwiej (i bezpieczniej) zamknąć drzwi niż próbować cokolwiek zmieniać – przecież wtedy trzeba się ujawnić, wyjść.

    • Na krótką metę ucieczka zawsze jest łatwiejsza. Dlatego tak wielu ją wybiera. Niestety w dłuższej perspektywie zawsze jest błędem.

      To jest taki paradoks tego co było w tekście – zbyt wielu ludzi myśli tylko o dniu dzisiejszym. Przy czym robią to zupełnie na odwrót, niż ja to opisałem. „Nie zrobię tego dzisiaj. Zrobię jutro”. I tak każdego dnia, do końca życia.

  • mother of appointment

    Bardzo fajny tekst. Już wiele na ten temat czytałam, ale wiele było w kategorii 0-1. Tu wiemy jaki jest kierunek, całkowicie słuszny, aby panować nad sobą, bo każdy klaps i każdy krzyk to nasza nieumiejętność radzenia sobie z emocjami, ale powoli uczymy się jak nad tym panować. Ja pamiętam, że kilka razy w życiu jako dziecko dostałam przysłowiowe lanie, ale widzę, że nie chcę iść tą drogą, choć przyznaję, że czasem zdarza mi się krzyknąć lub dać klapsa. Wtedy staram się odetchnąć, uspokoić się i poprostu rozmawiać z córką, bo choć ma 2,5 roku doskonale wszystko rozumie. Życzę wszytskim i samej sobie wytrwałości w jedzeniu słonia :)
    Motherofappointment.wordpress.com

  • Mama Filipa

    Ja dziecka bym nie uderzyła, ale problem z krzykiem mam. Wiem, że to oznaka bezsilności, ale zdarza mi się krzyczeć, żeby coś osiągnąć. Staram się nad sobą panować i przyznam szczerze, że właśnie dzięki takiej metodzie co raz lepiej mi to wychodzi. A jeśli już naprawdę nie mogę wytrzymać, to siądę w kąciku i wypłaczę swoją złość tak, żeby nikt nie widział.

    • Aga

      mam podobnie z tym płaczem w kąciku, głównie spowodowanym bezsilnością. A krzyk kontroluję tym, że wychodzę do innego pomieszczenia i oddycham głęboko.

  • Też mam czasami problem z krzykiem. Staram się wtedy liczyć do 10. Niestety mnie, tak jak i wielu innych ludzi nikt nie nauczył radzić sobie z takimi nagłymi emocjami. Trzeba teraz się uczyć samemu.

    • Im więcej znajdzie się sposobów, tym większa szansa, że którykolwiek z nich zadziała, kiedy będzie potrzeba.

  • 666 osób lubi ten tekst.
    Przypadek? Nie sądzę.. ;-)

    • Jeszcze 6 osób polubi fanpage i zacznie się to robić niepokojące :)

  • Azja

    Z punktu widzenia osoby, ktora nigdy nie otrzymala klapsa, ani nie bije dzieci, rzeczywiscie jest to szokujace. I prymitywne. Rodem ze sredniowiecza. Ale dobrze jest znac inny punkt widzenia. Wtedy mozna cos komus wytlumaczyc, porozmawiac. Ja nigdy akurat nie krzycze (nienawidze krzyku i krzyczacych ludzi), ale mam dziecko, kt. czesto nie panuje nad emocjami i wtedy mu radze – robic duze wydechy, walnac sobie w deske (jak zaboli to przejdzie), mowic sobie – to nic takiego, eeeeeee tam. A doroslym moge jeszcze poradzic – idzcie na spacer, do drugiego pokoju, porobcie sklony. Moze pomoze :)

    • Ja od niedawna robię sobie wieczorami dwudziestominutowy spacer. Pomaga mi się wyciszyć i spojrzeć w siebie. Taki rachunek sumienia. Oprócz oczywistego spokoju jaki przynosi, pomaga też zobaczyć swoje błędy i zastanowić się co mógłbym zrobić lepiej.

      Podoba mi się pomysł, na walniecie w deskę :) Ja kiedyś uderzałem w ścianę, ale przestałem jak zaczęli niektórzy używać gipskartonu w budownictwie :)

  • Aga

    Na początku mojej kariery macierzyńskiej zastanawiałam się kiedy pierwszy raz będę musiała przyznać się do tego, że cierpliwość nie jest moją mocną stroną. Szybko okazało się, że nasz syn jest ostoją spokoju i w początkowych miesiącach mamusia chodziła w pełnym relaksie. Jednak po 1,5 roku, kiedy już wiemy, że syn wdał się w tatusia (ja-wulkan, tata-flegmatyk) zdarza się miliony sytuacji w których mam ochotę klepnąć w tyłek lub nakrzyczeć. Jednak powstrzymuje mnie od tego jedna sytuacja, które miała miejsce kilka tygodni temu. Pewnego dnia (dodam, że niezbyt dobrego dnia) mąż niosąc kubek z herbatą, zaczepił o mnie i rozlał zawartość na podłogę. To wydarzenie urosło we mnie do takiej rangi, że wywiązała się kłótnia. Cała sytuacja nie trwała długo, jednak nasz syn, nie przyzwyczajony do takich scen, stał jak słup soli, nie wydając żadnego dźwięku, patrzył na nas swoimi wielkimi oczami i kątem oka widziałam tylko jak te oczy wypełniają się łzami a z jego małego gardełka wydobywa się przerażający płacz. Ten płacz i wyraz jego twarzy zamknął nasze usta skutecznie, a uspakajanie dziecka zajęło o wiele więcej czasu niż wycieranie głupiej herbaty z podłogi. Od tamtego dnia, wysokie tony w naszym domu to śmiech i śpiew. Kłótnie zostawiamy na chwile kiedy jesteśmy sami. Nie chce, żeby moje dziecko kiedykolwiek się mnie bało, chce żeby wiedział, że do rodziców można przyjść z każdym problemem. Chce tego, bo ja tego niestety nie doświadczyłam.

    • Też przeżyłem sytuację, w której kłótnia rodziców doprowadziła do płaczu dziecka. Najgorszy jednak moment jest wtedy, kiedy dziecko wchodzi w połowie kłótni i obiera jedną ze stron, gotowy bronić mamy lub taty. Przeżyłem to raz i powiedziałem sobie nigdy więcej. Nie unikamy z żoną małych sprzeczek, bo uważamy, że dziecko też powinno wiedzieć, że kłótnie się zdarzają. Dzięki temu widzi, jak rozwiązywane są sytuacje, kiedy dwoje ludzi się nie zgadza. Skupiamy się jednak na treści, nie na formie. Od tego jednego, feralnego dnia, każde z nas bardzo dobrze panuje nad emocjami w towarzystwie dzieci.

  • Jak to mówią „sam dostawałem klapsy i jakoś żyję”. Ja nie znoszę tej metody wychowania ale muszę przyznać że samej mi się zdarzyło dać klapsa. A krzyku niestety nie da się czasem uniknąć. Z czasem człowiek wypracowuje inne bardziej spokojne metody działania ale na początku gdy jesteśmy bezsilni, niestety puszczają nam nerwy. Pozdrawiam.

    • Masz rację. Niestety nikt nas nie przygotowuje do rodzicielstwa i do prawdziwych problemów jakie się pojawią. Nikt nie jest gotowy na pomoc małemu dziecku (bo pomocy ono najczęściej potrzebuje), gdy nie śpimy już trzecią noc, dom wygląda jak po napadzie zbrojnym, a nasze dziecko właśnie rozrzuciło swój obiad po całej kuchni. Nikt.

  • Dziękuję za ten tekst ten i kilka innych poprzednich zacznę zjadać słonia już dziś :)

  • Pingback: Rodzic też człowiek! | Anna Golus()

  • John Aaa

    Co wy tacy zakłamani wszyscy jesteście ?? Nikt z was nie uderzył dziecka czy nawet krzyknal ….. przestańcie pisać takie bzdury bo moje trzyletnie dziecko pokłada się na podlodze jak mu czytam te bzdety

  • Agnieszka W-ska

    Całkowicie się z Tobą zgadzam, bylam bita, sama nie biję, klaps zdarzyl mi się raz, pierwszy i ostatni.. Ale o czymś innym chce napisać, przez to ze mam takie podejście do przemocy jestem wytykana przez rodzinę, wysłuchuje ich ‚mądrości’, nie trafiaja do nich żadne argumenty.. Jestem mamą dwulatka, wiec z synkiem bywa różnie.. Na każdą ekstremalną sytuację rodzina podsumowuje mnie w stylu ‚i masz teraz swoje bezstresowe wychowanie’.. Teksty ze nie radzę sobie z wlasnym dzieckiem też słyszę nierzadko.. Trochę to przykre że pomimo to ze kary cielesne sa zakazane to rodzic nie stosujący ich uważany jest za dziwolaga.. Nie mówiąc juz o tym ze brak klapsow dla większości = wychowanie bezstresowe.. Ehh..

    • Niestety niektórym nie da się przetłumaczyć. Oni zostali skrzywdzeni i ich umysły weszły w rolę ofiar, które muszą samych siebie przekonać, że krzywdy, których doznali od rodziców, były w jakiś sposób uzasadnione. Twierdzą więc, że zasłużyli na nie. I im mocniej zostali skrzywdzeni, tym mniejszą mają szansę na zrozumienie, że to tak nie działa.

    • Dorota Kuzawinska

      Czytam wpis, jakby to bylo streszczenie mojej sytuacji. Wydaje mi sie, ze najwazniejsze we wszystkim to nasza intuicja, ona nam podpowie jak budowac relacje z wlasnymi dziecmi, by byly przyjacielskie, oparte na szacunku, a nie terrorze. „Madrosci” innych (ktorzy nota bene mieli swoje „5 minut” i wychowali juz dzieci) staram sie ignorowac, choc zgodze sie, ze ich uwagi bywaja bolesne.

      Kamil – fantastyczny tekst, dzieki! Tez jestem mama trojki dzieci (5, 3, 3) i „metoda slonia” jak najbardziej mi sie przyda :)

    • NieTakaStrasznaMatka

      Na temat tego, że czasami „trzeba” dać klapsa, że to pomaga, uczy i dyscyplinuje dziecko słyszałam nie raz, nawet w najbliższej rodzinie. Ostatnio w rozmowie w gronie znajomych, z których coraz więcej ma już dzieci lub będzie za chwile miało, usłyszałam, ze jak raz ktoś oberwał, dostał lanie, to już później był grzeczny, a teraz to dzieci już nikogo nie szanują. Gdy zapytałam, czy przez to, że dostał w cztery litery czuł szacunek i respekt wobec rodzica usłyszałam, że tak. Jednak, gdy zapytałam, czy nie pomylił szacunku z uczuciem strachu przed kolejnym klapsem – zbiłam z tropu rozmówcę.
      Ta sytuacja uświadomiła mi, że mało jeszcze wiemy o „bezstresowym” wychowaniu, bo mnóstwo osób uważa, że tak się teraz wychowuje dzieci, jak bardzo zakorzenione są w naszym społeczeństwie przekonania, że nas bito i wyszliśmy na ludzi oraz jak bardzo brakuje nam edukacji z zakresu nawet nie tyle rodzicielstwa bliskości, co nazywania uczuć i radzenia sobie z nimi.
      Sama mam trzyletnią córkę. Nie raz puszczają mi nerwy i zdarza mi się krzyknąć, a wtedy mam ogromne wyrzuty sumienia, a co najgorsze uczucie pozostawania w tej sytuacji samej. Nie chcę krzyczeć na swoje dziecko, nie chce podnosić ręki. Staram się, nie zawsze wychodzi, ale wiem, że można sobie z tym radzić i szukam ciągle pomocy właśnie w takich tekstach jak ten.

  • Pingback: Blogerki i blogerzy przeciw przemocy wobec dzieci | Anna Golus()

  • Matylda

    Post dość dawny, ale chyba nadal aktualny… Mam 13-letniego syna i przez te 13 lat tylko i aż 3 razy dostał klapsy. 2 razy potencjalnie mógł zrobić sobie krzywdę i nie umiałam zareagować inaczej, były to klapsy w afekcie w stanie bezradności (młody włączył wszystkie palniki w kuchni gdy ja byłam w łazience innym razem pomimo tego, że wiedział, ze nie wolno mu sięgać niczego z półek zaczął się na nie wdrapywać), raz bardzo źle się czułam i przyznaję był to klaps ze złości. Cieszy mnie to, że coraz więcej osób wierzy w to że rozmową/dyskusją można dobrze wychować dziecko. Zawsze tłumaczyłam mojemu dziecku dlaczego czegoś nie wolno, dlaczego czegoś nie kupujemy, dlaczego musimy akurat tam iść – nie okłamywałam, że szczepienie nie boli, mówiłam że nie jet to takie straszne i że przy nim będę… do dziś dyskutujemy… o wszystkim… o polityce, o wojnie o tym dlaczego lepiej wybrać to a nie tamto gimnazjum i choć upartego nastolatka trudno przekonać do swojej racji, wierzę że zbudowany przez te lata obopólny szacunek pozwoli mi wypuścić w świat dobrze wychowanego, pewnego swojej wartości inteligentnego człowieka :-)

  • Kinia

    Ja podzieliłam słonia na mniejsze kawałki bo zaczynam dzień od „dowiozę ich do przedszkola i żłobka bez pół krzyku” i faktycznie działa bo koncentracja na moim problemie krzyczenia jest do ogarnięcia w ten sposób :)

    • Im mniejsze etapy, tym nam łatwiej, to prawda.

  • Pingback: Co to jest przemoc? Link party #14 – Dzieci i Pieniądze()

  • Ins Jeszczemoje

    Niedawno dotarło do mnie, jak bardzo dzieci nas naśladują. Swojemu dwuletniemu Królowi pozwalam się wyzłościć, jeśli emocje nim targające są już zbyt „rozkręcone”. Przytulam go wtedy, jeśli tylko mi pozwala.
    Ostatnio miałam zły dzień, BARDZO ZŁY. Po zastaniu materaca pomazanego flamastrami nie wytrzymałam i wrzeszczałam. Nie na syna. W przestrzeń. Na co moje dziecko podeszło, przytuliło mnie, pogłaskało po głowie i usłyszałam „Cacy mama”. Rozbrojenie na łopatki level mistrz.
    Żeby nie było tak różowo, teraz kiedy się rozzłości potrafi krzyczeć- jak ja wtedy

  • akademiausmiechu.wroclaw.pl

    Metoda słonia jest kapitalną sprawą, w tak wielu aspektach życia można ją stosować np. przy wyjściu z nałogów, diecie. Małymi kroczkami, ale do celu. Dla kondycji psychicznej jest to znacznie lepsze podejście niż myślenie, że czegoś nie wolno nam zrobić przez dłuższy okres

  • Psycholog Po Pracy

    Brawo za bardzo mądry i szczery tekst! Jestem ogromną przeciwniczką kar cielesnych i ciągle zadziwia mnie ich popularność :(
    Pozdrawiam
    http://psychologpopracy.blogspot.com/

  • Joanna Dłużniewska

    A gdzie w tym wszystkim Pańska żona? Kiedy Pan dawał klapsy, co robiła Ona? Mam na swoim koncie wiele chwil słabości i brzydkich zachowań wobec moich dzieci, mój mąż również nie jest święty. W tym wszystkim ja czytam tego typu teksty, robię rachunek sumienia i powoli zjadam tego słonia. Mój mąż natomiast pozostaje głuchy na moje argumenty i nie przyjmuje nawet delikatnych uwag. Co z tym fantem zrobić?

    • Ona na szczęście nigdy klapsów nie dawała, więc jej podejście było jednym z argumentów za tym, aby się zmienić.

  • Paulina Mróz

    Zgadzam się z Twoim sposobem myślenia. Krzyk i klapsy, tudzież inne rozwiązania nie są wyjściem. Jestem z domu, gdzie dawniej oberwać mogłam praktycznie o byle co, wystarczy, że mieli zły humor i za najmniejsze złe słowo dostawałam. Dzieci biorą przykład z rodziców – ale z ich działania, nie słów. Teraz, gdy próbują coś się awanturować to im spokojnie mówię, że dzieci biorą przykład z ZACHOWANIA rodziców. Pewnie nie przyswoją tego nigdy, ale trudno. W następnym roku piszę maturę i wyjeżdżam na studia (jeśli się uda). Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wychować moje dzieci tak, jak bym ja chciała być wychowywana, żeby były szczęśliwe. Kocham moich rodziców, ale przez właśnie bicie i krzyki mam wobec nich pewien lęk i nieufność od dziecka i to się nie zmieni. Klapsy nie uczą. Nigdy.

  • Loving Chaos

    Zaczęłam czytać Twojego bloga ok. 3 tygodnie temu i czuję, że to dobrze zainwestowane minuty. Zgadzam się z Tobą w 100% odnośnie niekarania dzieci. Nawet wychodzi mi to na co dzień z moją dwulatką, bo nie denerwuje mnie specjalnie bałagan, ani że coś się wyleje albo pobrudzi. Mam za to wielki problem z reakcją w sytuacji, kiedy boję się, że córce coś się stanie. Np. jak biega po kanapie, po pięciu moich prośbach „nie biegaj” dalej biega, a ja otrzyma wyobraźni już widzę jak spada i uderza głową w kant stołu. I co wtedy robić? Jak mogę, to ją odciągam od niebezpiecznej zabawy i zajmuję czymś innym. Ale odkąd urodził się mój synek, mam często pełne ręce (dosłownie) i nie mogę być od razu przy córce, jak przyjdzie jej do głowy niebezpieczna zabawa. Jak bez podnoszenia głosu wytłumaczyć jej, że coś jest niebezpieczne i że musi przestać w trybie natychmiastowym?

    • Myślę, że dużo zależy od wieku dziecka. Ja w pewnym wieku odpuszczałem dzieciom trochę po kolei i stwierdziłem, że same muszą się sparzyć. Nieraz był jakiś siniak czy zadrapanie, ale nauczyło ich to trochę samodyscypliny. Niemniej przy mniejszych dzieciach można się zastanowić nad alternatywną zabawą (np. zamiast wspinania się na stół, wspinanie się na sto poduszek), w którą dziecko może się bezpieczne bawić.

  • trochę przykro :(

  • Aga Pa

    Często dostawałam od rodziców w tyłek, w dodatku całe życie byłam przekonana, że słusznie, i nie jest to coś, co łatwo wyrzucić z systemu. Jak moja mała mnie denerwuje mam ochotę dać jej klapa. Raz dostała, poszedł odruch zanim się dobrze zastanowiłam co robię. I zanim trafiałam do Ciebie, byłam przekonana, że dobry klaps nie jest zły. Że to kara, jak każda inna. Postanowiłam się pozbyć tylko jednego elementu, który nie pasował mi u moich rodziców, a mianowicie tego, że to nie była tak na prawdę kara dla mnie (czasami owszem, na spokojnie dostawałam to „co mi się należało”), ale ich wyżywanie się. Bo się wkurzyli i jakoś się trzeba było wyładować, więc najlepiej na winowajcy. Dopiero to co napisałeś (przeczytałam tu chyba wszystko) skłoniło mnie do refleksji. Czego mnie nauczyli bijąc? Kłamać. To zdecydowanie. Pamiętam jak tworzyłam idealnie dopracowane scenariusze żeby się nie dowiedzieli, łącznie z przestawianiem zegarka w razie spóźnienia. Że nie należy mi się szacunek (i przy okazji im też. Strach. Nie szacunek). Że czekałam na moment, kiedy będę mogła im oddać (jak dorosłam oczywiście mi przeszło, ale jako dziecko wyobrażałam sobie, że będę duża i silniejsza i to ja będę ich bić). Że nie można im ufać i jeśli pojawia się problem należy go załatwiać naokoło, broń Boże u rodziców. No i że dzieci, w tym nastolatki dopóki mieszkają z rodzicami nie posiadają czegoś takiego jak własne zdanie, a jeśli tak, to znaczy, że są „niegrzeczne” i ich zdanie i tak się nie liczy. Chyba, że jest takie samo jak rodziców. No i przy okazji niechcący im wyszło, że mnie wychowali na całkiem spoko człowieka. Czego mnie nie nauczyli? Radzenia sobie ze złością. Bezproblemowego podejmowania dobrych decyzji. Sensownego budowania autorytetu. To wszystko skrystalizowało się w mojej głowie dzięki Tobie. I nagle mnie olśniło: tak chcę wychowywać swoje dziecko. Żadnych klapsów, żadnego wyżywania, żadnego „co ludzie powiedzą, że ona taka „niegrzeczna” a ja jej nie karzę za to”. Rozmowa. Wzajemny szacunek. Zaufanie. Sensowne, szyte na miarę przewinienia kary ( nie jestem w stanie ogarnąć systemu bezkarowego i beznagrodowego, nie do końca umiem określić gdzie już nie wolno mi interweniować) i próbuję przekonać męża, że warto spróbować inaczej (on jeszcze należy do tych co wierzą w zasadność kar cielesnych za wszystko). Póki co nadal zdarza mi się często wydrzeć na małą, ale staram się i mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Trzasnęłam elaborat :) To na koniec napiszę tylko: dziękuję. Możesz mnie wpisać na listę szczęśliwie nawróconych ;)

    • Zatem bardzo się cieszę – lista zaktualizowana :)

  • Katarzyna Kutek

    Co z osobami, które jako „straszaka” używają słów „bo Ci wleje!”, kiedy moje dziecko według nich jest niegrzeczne? Chodzi mi o członków rodziny, ciocie, babcie itp. Jak postępować? Jak się zachować w takiej sytuacji? Jestem niedoswiadczoną mamą, i dość czesto słyszę takie teksty w stronę mojego 1,5 rocznego syna. Nie wiem jak się wtedy do tego odnieść… może ktoś ma podobne doswiadczenia? Co wtedy robicie?

    • Znaczy u mnie jako faceta zadziałało idealnie kiedyś: Tylko spróbuj, a stracisz rękę. Od tej pory mam spokój. Niemniej to co na pewno mogę doradzić to stanowczość i czasami odpuszczenie spotkań z takimi czy innymi osobami. Rodziny wybierać nie można, ale możemy wybierać czy chcemy z nią przebywać.