Jak utrzymać silne rodzinne więzi, gdy dzieci dorastają?

Czy to jest w ogóle możliwe?

273566851_399eda04ef_o

Płytkie relacje nie tworzą się same

„- Cześć, jak było w przedszkolu/szkole? – pyta rodzic.

– Fajnie – odpowiada dziecko i leci się bawić, zanim rodzic zdąży powiedzieć choć jeszcze słowo.”

Kto nigdy nie był świadkiem takiej sytuacji, niech pierwszy rzuci kamień.

Już w przedszkolu można zauważyć, że świat naszych dzieci przestaje się kończyć na rodzicach. Pojawiają się własne sprawy, własne zabawy oraz własne grono koleżanek i kolegów. I coraz częściej naszym własnym dzieciom zdarza się nie traktować nas priorytetowo, tak jak było to do tej pory. Ten proces biegnie nieubłaganie i kończy się on w wieku około 12-14 lat, kiedy to już wpływ rodziców na wychowanie dziecka (nastolatka w zasadzie) jest w zasadzie minimalny.

Jak jednak uniknąć tego, aby to „Fajnie”, które słyszymy od dziecka wracającego z przedszkola, nie stało się nawykiem, który będzie trwał przez lata? Jak nie zamienić się w rodzica, którego nastolatki traktowałyby jedynie jako bankomat i z którym o niczym by nie rozmawiały?

Jak sprawić, aby dziecko chciało się z nami dzielić tym co przeżyło w trakcie dnia? Jak sprawić, aby chciało się nam zwierzać, ze swoich problemów?

Inwestycja

Czy zdarzyło wam się otrzymać coś, podczas gdy sami nie daliście niczego w zamian (poza tymi nielicznymi, którzy otrzymali spadek od dawno zapomnianego wujka z Ameryki)? Czy otrzymaliście kiedyś dobrą ocenę nie zdobywając wcześniej wiedzy? Czy zarobiliście kiedyś pieniądze, nie inwestując wcześniej własnych pieniędzy lub własnego czasu? Czy zdobyliście kiedyś czyjeś zaufanie, nie oferując mu własnego zaufania w zamian?

Życie jest takim wyjątkowym mechanizmem, który daje nam tylko to, co od nas wcześniej otrzyma. Niektórzy nazywają to karmą. Jesteś dobry dla innych? Kiedyś to wróci. Jesteś wrzodem na tyłku? To też kiedyś wróci. A dzieci w swojej niewinności, są kwintesencją tego systemu. Otrzymujesz od nich tylko to, co sam im dajesz.

Ile czasu to zajmie?

Wiecie kiedy był pierwszy raz, w którym moja córka zaczęła mi opowiadać o tym, jak minął jej dzień? Dokładnie dwa tygodnie po tym, jak ja zacząłem jej opowiadać o moich dniach. Mówiłem jej co dzisiaj jadłem, z kim się spotkałem, co widziałem, co czułem. Dzień po dniu. Codziennie kilka minut takiej rozmowy. Słuchała bardzo chętnie, ale mimo wszystko sama nie chciała odpowiadać na moje pytania o jej dzień. Dopiero po dwóch tygodniach się otworzyła.

Zostało jej do dzisiaj (czego czasami trochę żałuję, bo do dzisiaj nie wiem jak to się wyłącza ;).

Nie ma innego sposobu?

Niestety, ale wydaje mi się, że nie ma tutaj drogi na skróty. Oczywiście niektóre dzieci będą naturalnie otwarte, ale w pozostałych przypadkach, to do nas będzie należała inicjatywa. Jeśli chcemy, aby dziecko z nami rozmawiało, my musimy zacząć rozmawiać z nim. I nie wtedy, gdy ma naście lat i zauważamy, że są jakieś problemy, tylko wtedy, gdy ma kilka lat i wszystko jest idealne.

Musimy też być zawsze gotowi do wysłuchania naszego dziecka, nawet jeśli przychodzi z czymś tak „nieistotnym” dla dorosłego, jak nowy rysunek czy zadrapanie na palcu. A jeśli jesteśmy bardzo zajęci, to wystarczy powiedzieć, że wysłuchamy go za chwilkę, ale musimy dotrzymać danego słowa. Tylko w ten sposób nauczymy dziecko, jak być dobrym słuchaczem i dzięki temu za kilka lat, ono będzie uważnie słuchało tego, co mamy do powiedzenia. A uwierzcie mi, że jeśli nastolatek jest w stanie wysłuchać rad rodzica, to jest już połowa szczęścia :)

Naszym największym, rodzicielskim atutem

jest to, że dzieci podążają naszymi śladami. Wystarczy być tą osobą, którą chcemy, aby stało się nasze dziecko, a ono pójdzie w tym kierunku. I jeśli my będziemy je szanować, będziemy gotowi je wysłuchać i będziemy traktować go jak ludzką istotę, to ono na pewno będzie traktowało nas dokładnie tak samo. Nawet jeśli nie nastąpi to w ciągu jednego tygodnia czy chociażby w ciągu roku – w końcu nastąpi. Musimy być tylko cierpliwi i konsekwentni.

A jeśli zdecydujemy się na inną drogę? No cóż.

nieteraz

„Tatusiu! Nie teraz synu.” „Tatusiu! Nie teraz synu.” „Tato! Nie teraz synu.” „Synu! Nie teraz tato.”

Prawa do zdjęcia należą do Melissa.

Jeśli dotarliście do tego momentu, to po pierwsze jest mi bardzo miło. Byłbym też niezwykle wdzięczny, gdybyście uznali ten artykuł za warty udostępnienia dalej, bo dzięki temu będzie on miał szansę trafić do kogoś, kto być może również potrzebuje go przeczytać.

9
Dodaj komentarz

avatar
5 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
Młoda MamaNasze KluskiBlog OjciecSzymon KuźniakRodzinne porachunki Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Sosnowa 11
Gość

Całkiem jak w piosence „Cat’s in the cradle” ten obrazek (znasz?). To nie do końca tak wygląda. Mój syn nigdy nie chciał rozmawiać o tym, co się działo w przedszkolu. Kiedy próbowałam, tak jak radzisz, opowiadać mu o swoim dniu, usłyszałam „Mamo, ale ja nie chce o tym słuchać”. Odniosłam się do tego ze zrozumieniem, sama też nie jestem z tych, co lubią być przesłuchiwani. Chyba nie jest źle, bo z problemami Misiek do nas przychodzi. To taki specyficzny typ, co zapomni powiedzieć, że dostał piątkę, czy szóstkę, ale przychodzi powiedzieć kiedy dostaje gorszą ocenę. I w innych dziedzinach życia… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

Na pewno znajdą się dzieci, które nie będą z żadnymi problemami przychodzić do rodziców, bo zwyczajnie będą sobie z nimi radziły same. Z boku będzie wyglądało na brak więzi, ale w rzeczywistości ta więź będzie, tylko oprze się ona na innym fundamencie niż rozmowa. I to też jest oczywiście jak najbardziej prawidłowe :)

Rodzinne porachunki
Gość

U mnie to różnie z tym bywa. Kiedyś jak pytałem syna jak było w przedszkolu to odpowiadał dobrze…a na dalsze pytania otrzymywałem odpowiedź że już nie pamięta….więc zmieniłem sposób zadawania pytań na bardziej szczegółowe i zmienne :-)

Ale przyznam że często przychodzą takie momenty, że syn sam opowiada o przygodach przedszkolnych w najmniej oczekiwanym momencie.

Blog Ojciec
Gość

I właśnie na takie spontaniczne wypowiedzi dzieci musimy reagować poświęceniem mu uwagi. Zauważyłem, że w zasadzie to działa najlepiej i pozwala na najciekawsze rozmowy z dziećmi :)

Szymon Kuźniak
Gość

Strasznie nie cierpiałem tego pytania. Dopiero co wróciłem ze szkoły, a tu już łup z dzidy – jak było w szkole. Poza tym co na to odpowiedzieć? O wiele lepiej jest stworzyć atmosferę do rozmowy i poczekać aż dziecko samo będzie chciało się wygadać, ale do tego trzeba dziecku poświęcać czas. I to tak jak piszesz od samego początku.

Młoda Mama
Gość

Wiesz, pięknie napisane, ale prawda jest taka, że chyba każdy o tym wie.. Ilu z nas jednak potrafi wprowadzić to w życie? I tu już smutny licznik – coraz mniej rodziców…
Mam nadzieję, że mnie się uda! ;)

Blog Ojciec
Gość

Coraz więcej, coraz więcej :)

Młoda Mama
Gość

A więc tego się trzymajmy!!! :)

Nasze Kluski
Gość

W wychowaniu chyba nigdzie nie ma drogi na skróty. Ale tak sobie myślę czasami jak obserwuję rodziców rozmawiających z dziećmi – nie wszystkich oczywiście – że nie dziwię się dzieciom, że nie chcą rozmawiać. „Jak było w szkole?” „Odrobiłeś lekcje?” „Dostałeś jakąś ocenę?” „Co było na obiad?” „Zjadłeś wszystko?” „Byłeś grzeczny?” Same nieistotne rzeczy z punktu widzenia dziecka:)