List ojca, który chwyta za serce i który każdy rodzic powinien przeczytać

Napisany zza więziennych krat.

„Budzę się

Nie słyszę krzyków moich dzieci, nie słyszę ich kłótni. Nie wskakują mi do łóżka, nie budzą mnie ich śmiechy, ani ich złości. Przez chwilę zastanawiam się czy może coś im się stało i czy wszystko z nimi w porządku. Później jednak wszystko sobie przypominam. Widzę szary sufit i odrapane ściany. Jestem sam w zimnej celi. A moje dzieci, moja rodzina jest tam. W domu.

Pewnie w tej chwili córka właśnie przygotowuje się do szkoły, a syn do przedszkola. Pewnie kłócą się o dostęp do łazienki. Pewnie młodszy nie chce się ubierać, bo chce się jeszcze pobawić, a jego starsza siostra znowu zapomniała zadania domowego i odrabia ja z rana. Pewnie ciągle się spieszą. Pewnie nie chcą myć zębów lub wybrali sobie jakieś dziwne ubrania i uparli się, że pójdą właśnie w nich. Pewnie doprowadzają moją żonę do szaleństwa.

Brakuje mi każdej takiej chwili. Każdej jednej.

Nie jestem

Nie było mnie przy synu, gdy był pasowany na przedszkolaka. Gdy przy wszystkich innych dzieciach stali rodzice, on miał tylko mamę. Nie było mnie też przy córce, gdy była pasowana na ucznia. Nie było mnie na ich przedstawieniach, w których po raz pierwszy śpiewali publicznie, nie było mnie na jasełkach, ani nawet na Dniu Mamy i Taty, gdy specjalnie dla mnie wykonywali różne prace plastyczne. Nie widziałem ich tremy, ich zawstydzenia, ani ich radości, gdy im się udało. Oni też mnie nie widzieli i jeszcze długo nie zobaczą. Nie wiem co sobie wtedy myśleli, ale wiem, że czasem z tego powodu płaczą. Żona mi o tym mówi.

Ona też płacze, chociaż o tym akurat nie mówi.

Tak bardzo chciałbym być dla niej wsparciem.

Nie będę

Przez wiele lat nie będę w stanie pokazać córce kim jest prawdziwy ojciec, ani kochający mąż, aby mogła poznać jakie cechy powinien ktoś taki mieć. Nie zabiorę jej też na randkę, mimo tego, że zabierałem ją gdy była jeszcze mała. Pisze mi czasem w listach jak bardzo jej tego brakuje. Nie będę miał też możliwości wysłuchania jej wszystkich szkolnych historii, ani nie będę się z nią wspinać na drzewa, mimo, że zawsze zaśmiewała się do granic, gdy udawałem, że za nią wchodzę i „przypadkowo” zawsze spadałem. Nawet jej beztroski śmiech zaczął powoli zanikać w mojej pamięci.

W jej pamięci pewnie niedługo też się zatrze, pozostawiając jedynie pustkę.

Nie będę też ojcem, który wyciągnie syna na podwórko, aby pograć w piłkę. On też mnie nie wyciągnie i nie spędzimy całego dnia na boisku, chociaż wiem, że to uwielbia. Przez wiele lat nie zagram też z nim w grę planszową, ani nie przytulę go w środku nocy, gdy obudzi go koszmar. Nie przygotujemy też wspólnie śniadania, aby zrobić niespodziankę naszym dziewczynom.

Mój syn nie będzie miał w domu wzorca, do którego będzie mógł dążyć.

A ja nigdy nie będę w stanie zamazać wspomnienia, gdy pierwszy raz zapytał mnie: „tatusiu, dlaczego już nas nie kochasz?”.

Wiecie czego najbardziej żałuję?

Najbardziej żałuję tych wszystkich cholernych dni, kiedy mówiłem moim bliskim, że dzisiaj nie mam ochoty spędzić z nimi chwili i wybierałem coś łatwiejszego. Może nie mówiłem tego wprost, ale tak było.

„Jestem zmęczony”.

„Nie dzisiaj”.

„Następnym razem”.

„Może w weekend”.

„Już się dzisiaj z wami bawiłem”.

„Zrobimy to kiedy indziej”. 

I wiecie co? Możecie sobie mówić, że czasami człowiek rzeczywiście jest zmęczony, że rzeczywiście potrzebuje czasu dla siebie i że rzeczywiście potrzebuje odpoczynku. Jasne, możecie. Ja jednak jestem obecnie w sytuacji, w której doszedłbym do granic moich fizycznych możliwości, a później szedłbym jeszcze dalej, aby chociaż jeden raz utulić moje dzieci do snu i zapewnić je, że wszystko będzie dobrze. Żeby choć jeden raz zobaczyć w ich oczach miłość i dać im poczucie, że tatuś jest tuż obok i że mogą spać spokojnie. Nie ruszyłbym się od nich na milimetr przez całą noc, przytulając do siebie żonę, która przez tą całą sytuację musi dźwigać ciężar większy, niż powinna. Jest silna, wiem, ale wiem też, że nie zamieniłaby takiego wieczoru na nic innego.

Przekroczyłbym wszystkie granice, aby zaznać jednego wieczoru normalności. Jednego wieczoru w rodzinie, wśród bliskich. Jednego wieczoru tak cholernie niedocenianego na codzień przez tak wielu ludzi.

Dlatego też będąc w tym miejscu wyrzucam sobie każde „jestem zmęczony”, bo obecnie jeśli miałbym dość siły, aby się chociażby wypowiedzieć te słowa, to znaczy, że miałbym dość siły, by spędzić chwilę z moimi bliskimi, gdy akurat tego potrzebowali. Przecież nie potrzebowali mnie aż tak często, więc dlaczego nie mogłem dla nich być, gdy o to prosili?! Dlaczego nie widziałem tego, że przecież mogę to wszystko stracić w jednej chwili?

Zresztą nie ja jeden. Każdy może to stracić.

Jak tu trafiłem?

Pewnie powinienem od tego zacząć, ale sądzę, że wtedy nie dotrwalibyście do tego momentu.

Był zwyczajny letni wieczór. Słońce dzieliło się jeszcze z nami swoim blaskiem, chociaż ono samo nie było już widoczne. Wracaliśmy do domu z rodzinnego spaceru. Było nam dobrze. Nasz ostatni spokojny wieczór. Gdy weszliśmy do domu zobaczyliśmy jednak, że coś jest nie tak. Ktoś był w naszym domu. Wtedy też zaskoczyło na nas dwóch gości w kominiarkach i kazali nam oddać wszystko co mamy. Byliśmy gotowi to zrobić, bo jeden z nich miał nóż w ręce, ale wtedy drugi chwycił naszą córkę i przyciągnął do siebie. Nie wytrzymałem.

Niewiele pamiętam z tego co było dalej, ale gdy przyjechała policja musieli mnie od nich odciągać. Dzieci podobno na szczęście też tego nie pamiętają. Jeden napastnik zmarł na miejscu, drugi w szpitalu po paru dniach.

Początkowo nie żałowałem mojej decyzji. W końcu broniłem swojej rodziny, prawda? W moim domu? Zacząłem żałować dopiero wtedy, gdy usłyszałem wyrok. 10 lat więzienia za przekroczenie granic obrony koniecznej.

Podobno takie wyroki rzeczywiście się zdarzają.

Wtedy też całe moje życie rozsypało się w drobny mak.

Straciłem wszystko, co miało znaczenie

Nie chodzi mi tutaj o pracę czy szumnie rozumianą reputację. To przestało dla mnie mieć znaczenie w ułamku sekundy.

Chodzi o moją rodzinę. Co prawda nie odeszli ode mnie, ale to w zasadzie nie ma większego znaczenia. Mój syn ledwo mnie pamięta. Córka pisze do mnie czasami, ale im dłużej tu jestem, tym rzadziej przychodzą listy. Żona… żona jest najlepszą żoną, jaką mogłem sobie wymarzyć, ale to nie zmienia faktu, że widzę jak diabelsko ciężko jej jest i chociaż wiem, że mnie nie wini, to wiem też, że czasami zwyczajnie nie daje rady.

Nie chciałem dla nich takiego życia.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to „tylko 10 lat”. Przecież to nie dożywocie. I to niby jest prawda. Tylko że dla mnie każdy pojedynczy dzień w tym miejscu to istna tortura. W każdej z ponad 8 milionów minut, które spędzam tutaj, podczas gdy oni są tam, coś we mnie umiera. Nie dlatego, że jest tutaj jakoś specjalnie źle, lecz dlatego, że każda minuta tutaj, to jedna minuta podczas której mógłbym tworzyć wspomnienia razem z moimi najbliższymi, a zamiast tego coraz bardziej się od nich oddalam.

Pamiętam, że dzień przed napadem strasznie się z żoną pokłóciliśmy

W ostatnich miesiącach mało ze sobą rozmawialiśmy. „Nie było na to czasu”, tak sobie mówiliśmy. Kolejna wymówka dwojga ludzi ciągle biegających za kawałkiem pieprzonego papierka, za który wydaje im się, że będą sobie mogli kupić namiastkę marzeń. Nierealne marzenia ściętej głowy, a jednocześnie jakże popularne podejście w dzisiejszym świecie.

Przedkładamy pieniądze ponad relację z bliskimi, by kupować przedmioty, które mają wypełnić pustkę powstałą w wyniku zaniedbanych relacji. Jakże bzdurne podejście. A jednak dokładnie to robiliśmy.

Dopiero po czasie zorientowaliśmy się, że to jest błędne koło

Ten jeden dzień „przed”, oboje byliśmy od rana w bojowych nastrojach i po powrocie do domu wybuchy były wręcz nieuniknione. To nie było nawet coś niezwykłego, bo zdarzały nam się kłótnie. Jednak tym razem żadne z nas nie miało zamiaru odpuścić. Wyrzuciliśmy więc z siebie wszystko co się dało. Wypomnieliśmy sobie wszystkie stare blizny i wszystkie świeże rany. Wszystko co tylko ślina nam na język przyniosła. Atmosfera była bardzo gęsta.

Nie spaliśmy pół nocy i nie zapowiadało się na to, że jest szansa na jakiekolwiek porozumienie.

W końcu, około 3 nad ranem postanowiliśmy, że nie chcemy tego. Że nie pisaliśmy się na taki związek i nie chcemy tak żyć. Że przecież związaliśmy się, jako kochający siebie ludzie i ci ludzie dalej tam w nas są, tylko się trochę pogubili. Wtedy też postanowiliśmy się, że odnajdziemy w sobie tych ludzi. Postanowiliśmy, że zmienimy nasze podejście do siebie i do naszej rodziny. Że zaczniemy ze sobą częściej rozmawiać, a mniej przejmować się pierdołami. Że praca jest dla człowieka, a nie odwrotnie. Że zaczniemy częściej rozmawiać z dziećmi i będziemy spędzać z nimi trochę więcej czasu, bo ostatnio były spychane na drugi tor.

To właśnie tej nocy postanowiliśmy też, że będziemy wychodzić wieczorami na rodzinne spacery.

Jak już wiecie, udało nam się wyjść jeden raz.

Zapytam więc Ciebie, drogi czytelniku tego listu:

Jeśli jesteś w podobnej sytuacji do mnie i też cały czas myślisz, że masz jeszcze czas na zmianę, to ile właściwie sądzisz, że masz tego czasu? Czy jeśli mówisz swoim bliskim, że spędzisz z nimi czas, ale nie dzisiaj, że jutro, że w weekend, to naprawdę nie dasz rady dzisiaj? A jak mówisz, że jesteś zmęczony, to rzeczywiście padasz z sił i nie masz siły na nic więcej?

Czy po prostu nie masz czasu dla kogoś bliskiego, kto Cię potrzebuje, bo masz coś Twoim zdaniem ważniejszego lub ciekawszego do zrobienia?

A co jeśli jutro coś ci się stanie? Co jeśli znajdziesz się na moim miejscu? Co jeśli umrzesz? Albo wylądujesz na wózku? Albo zostaniesz na resztę swojego życia przykuty do łóżka?

Ty albo któryś z Twoich bliskich.

Żona.

Mąż.

Dzieci.

Co wtedy? Dalej będzie Ci szkoda tej jednej chwili dla nich? Dalej będziesz zmęczony?

Nikt nie ma immunitetu na nieszczęścia.

Brutalne?

A Ty myślisz, że ja mam czas, aby się głaskać? Tacy ludzie, którzy marnują kolejne godziny, dni, a nawet tygodnie na płytkie rozmowy o niczym, na leżenie całymi popołudniami na kanapie, na bezsensowne przeglądanie Facebooka, na granie w durne gry na komórce, na oglądanie telewizji i na ciągłe narzekanie na wszystko dookoła – oni nie potrzebują głaskania. Oni potrzebują brutalności. Brutalnej prawdy. Terapii szokowej.

Życie które mamy nie jest nam dane jako pewnik. „Jutro” może nigdy nie nadejść.

Tylko w dniu dzisiejszym ponad 1.000 osób w Polsce straciło życie. Na całym świecie ponad 150.000. Cokolwiek odkładali na jutro, zabiorą to ze sobą do grobu.

A Ty? Co Ty co ze sobą zabierzesz?

Ja ze sobą zabiorę świadomość, że chociaż zawsze marzyłem o silnej relacji z moimi dziećmi, to jednocześnie zawsze odkładałem jej budowanie na później. Przecież zawsze mogłem z nimi jutro porozmawiać, jutro się pobawić czy jutro poczytać wieczorem bajkę. Podobnie z żoną.  Marzyłem o tym, aby nawet po kilkudziesięciu latach szaleńczo ją kochać, ale jakoś zawsze te romantyczne chwile odkładaliśmy na kiedyś. Bo przecież to kiedyś miało w końcu nadejść.

Dla mnie jednak i dla mojej rodziny te chwile nie nadejdą. Nie w najbliższym czasie. Niestety moje dzieci nie zapamiętają mnie jako ojca, który kochał je ponad życie i który uwielbiał spędzać z nimi czas. Zapamiętają mnie jedynie jako ojca, który był. Po prostu był.

Ja już tego nie zmienię. Ty możesz

Nie piszę tego listu dla siebie. Piszę go, bo mam nadzieję, że chociaż do jednej z osób, które żyły dokładnie tak jak ja, ten list dotrze i ten ktoś go przeczyta.

Teraźniejszość jest wszystkim co mamy. To właśnie teraz mamy szansę na rozmowę z partnerem. Teraz mamy szansę na zabawę z naszym dzieckiem. Teraz mamy szansę na zrobienie czegoś, co będzie miało rzeczywiste znaczenie. Teraz mamy szansę na zrobienie czegoś, co wniesie wartość w życie nasze i naszych bliskich. To właśnie teraz mamy szansę na podjęcie decyzji, których nie będziemy za kilka, kilkanaście lat żałować. Teraz, nie jutro, mamy szansę na nie zmarnowanie sobie życia.

Teraz, dzisiaj, w tej w chwili.

Mówisz, że jutro też można? Mam szczerą nadzieję, że po przeczytaniu tego listu wiesz już, że jutro nie zawsze nadchodzi.”

List jest fikcją literacką i został napisany wyłącznie na potrzeby tego wpisu. Wszelakie podobieństwo do rzeczywistych osób jest przypadkowe.

Prawa do zdjęcia należą do Federica.

  • Gdyby jutro miało nie nadejść moje dzieci zostaną z tym, że cokolwiek się nie wydarzy zawsze będę z nimi i kocham ich najbardziej na Świecie… jak co wieczór na sen to usłyszały i dzisiaj.

  • wczoraj wieczorem byłam zła, że dziecko zasnęło o 22:30, a miałam tyle-do-zrobienia, męża po raz n-ty proszę o naoliwienie skrzypiących drzwi i że nie mam czasu dla siebie, a dziś rano czytam ten wpis. Dziękuję :-)

  • Bardzo pouczająca historia o tym że czasem przez codzienne obowiązki zapominamy jakim cudem jest rodzina :) . Like it!:)

  • PoProstuTata

    Jestem właśnie daleko od synków i żony. Już dwa tygodnie, właściwie dopiero, bo wracam do nich pod koniec listopada. Kiedy czytałem Twój tekst poczułem się trochę jak bym był w tym więzieniu. Nie byłem w zeszłym tygodniu na przyjęciu urodzinowym starszego, które miał dla całej przedszkolnej grupy. Nie było mnie w poniedziałek, kiedy miał urodziny. I to nie byle jakie, bo piąte. Nie ma mnie przy młodszym, który właśnie uczy się chodzić. I nie ma mnie przy tych wielu sytuacjach, o których piszesz. I nie mnie przy niej, moje żonie, kiedy nie ma już siły.
    Będąc daleko od nich coraz częściej sobie uświadamiam jaką są wartością w moim życiu. Jak są dla mnie ważni. I jak bardzo chciałbym też być dla nich ważny. Być dla synków wzorem, odniesieniem i towarzyszem w drodze do dorosłości. Dzięki Twojemu wpisowi zatrzymałem się na chwilę, żeby o tym wszystkim pomyśleć. Dziękuję.

    • W sumie takie wyjazdy czy emigracja zarobkowa, chociaż znacznie bardziej ograniczona w czasie, też może powodować podobne przemyślenia. Słusznie to zauważyłeś.

  • Codzienność bywa trudna. Czasem łatwiej jest odkładać życie rodzinne na potem. Ja sobie zawsze powtarzam, chociaż nie zawsze to działa, że ten moment, ten czas jest jednym w swoim rodzaju, że drobnymi aktywnościami budujemy fajne wspomnienia, na których potem opiera się cała masa rzeczy. I to pomaga.
    Przykład z dzisiaj – padałam na pysk, miałam ochotę powiedzieć „Zosia – jutro” ale tego nie zrobiłam. W ramach odpoczynku schowałam się w szafie. Razem z Zosią:) Radości nie było końca, a ja wiem, że jakby miał mnie jutro walnąć autobus (albo po prostu trafi mnie szlag:P) będę miała fajne wspomnienia.
    Tak samo jak Zosia;)

    • Piękne wspomnienia – czasem ludzie bagatelizują wspomnienia, ale przecież pewnego dnia to jest wszystko co po nas zostanie i co nasze dzieci ze sobą zabiorą. Dobrze jest więc czasem posiedzieć w tej szafie, aby były one warte zapamiętania ;)

  • Świetny wpis. Choć będąc lekarzem sam bardzo dobrze wiem jak często ludzkie tragedie obracają tą cudowną codzienność w pył, też często odkładam te najważniejsze chwile „na jutro”. Sam fakt posiadania zdrowego dziecka jest ogromnym błogosławieństwem.
    Dzięki za przypomnienie czegoś o czym wszyscy nie zawsze pamiętamy.

  • Czarna Skrzynka

    Świetny pomysł na wpis! :) Takie są najlepsze… szczerze opowiedziane i oszczędne, krótkie zdania. Chce się czytać, a o to w tym wszystkim chodzi :) Gratuluję!

  • Czasem trudno mi znaleść na wszystko czas, czasem muszę z czegoś zrezygnować, czasem muszę powiedzieć NIE. Nie pozmywam naczyń – bawię się z synem, nie obejrzę meczu – rozmawiam z żoną, nie pójdę na piwo z kolegami – czytam dziecku bajkę. Nie zrezygnuję z bliskich!

  • Joanna Klarecka

    Trafił Pan w oko cyklonu…tylko ja zastanawiam się w tej chwili nad sobą….i choć czuję się krzywdzona to myślę czy i ja krzywdzę…niestety nie mogę liczyć na wzajemnośc.