Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od rówieśników?

Kiedy przeczytałem tezę zawartą w tytule książki „Więź. Dlaczego rodzice powinni być ważniejsi od rówieśników?”, cały czas zastanawiałem się, jak ktoś mógł ją wymyślić? Przecież ona nie ma żadnego sensu! W końcu dzieci muszą spędzać dużo czasu z rówieśnikami, muszą się uspołeczniać, muszą nabywać umiejętności komunikacyjnych i muszą wyjść do świata, aby w końcu się usamodzielnić. A jak mogą to zrobić, jeśli nie z innymi dziećmi?

Później jednak zagłębiłem się w lekturę książki i wszystko się zmieniło. Czy więc autorzy książki mają rację? Czy może gdzieś się mylą? I czy rzeczywiście jest tak, że jedna rzecz, o której piszą, może pomóc nam poradzić sobie z niemal każdym problemem wychowawczym?

Autorzy

Autorami książki i jednocześnie samej koncepcji, o której będzie za chwila mowa są dr Gordon Neufeld, światowej sławy specjalista psychologii rozwojowej oraz dr Gabor Mate, wybitny specjalista od uzależnień oraz psychosomatyki, którzy bazując na dowodach naukowych z zakresu neuropsychologii oraz psychologii rozwoju, rewolucjonizują wiedzę na temat rozwoju człowieka.

Tyle przynajmniej się o nich dowiedziałem jeszcze przed lekturą, bo zwykle lubię wiedzieć czyje książki czytam i na czym są one oparte.

Czy więc rzeczywiście rodzice powinni być ważniejsi od rówieśników?

Nie wierzyłem w to, ale…

Spójrzmy na to z tej strony: od kogo dzieci, będące na drodze do dojrzałości, mogą nauczyć się dojrzałych zachowań, koniecznych do tego, aby stały się samodzielnymi dorosłymi? Od swoich rodziców i innych dorosłych ludzi w swoim otoczeniu, którzy już nabyli te umiejętności czy raczej od swoich równie niedojrzałych rówieśników, którzy wykazują równie niedojrzałe zachowania?

Prawda, że jeśli ujmiemy to pytanie w ten sposób, to odpowiedź nasuwa się sama?

Pójdźmy jednak dalej i zobaczmy co się dzieje, gdy doprowadzimy tą tezę do skrajności

Co się dzieje wtedy, gdy dziecko przykładowo nie trafia do placówek szkolnych i zamiast spędzania w otoczeniu rówieśników większości swojego dnia, jest prowadzone poprzez edukację domową w otoczeniu najbliższych, dojrzałych osób i przy mniejszym kontakcie z innymi dziećmi? Otóż pod względem społecznym, fizycznym i emocjonalnym takie dzieci rozwijają się lepiej niż rówieśnicy, są szczęśliwsze, mają lepsze wyniki w nauce i chętniej angażują się w działania swojej społeczności (źródło). Do tego uniwersytety też zaczęły preferować właśnie takich uczniów (źródło).

Oczywiście nie mówię tego, żeby pokazać, że edukacja domowa to jedyna droga do szczęśliwego dzieciństwa. Chodzi jedynie o to, aby pokazać na szerszej skali do czego prowadzi sytuacja, w której dzieci spędzają więcej swojego czasu z dorosłymi, niż z rówieśnikami.

A co z drugą stroną medalu? Co z dziećmi, które spędzają ze sobą bardzo dużo czasu? Czy to nie działa na nie dobrze?

Czyli musimy się przyjrzeć m. in. dzieciom z domów dziecka. Albo dzieciom, które wychowują się w osiedlowych subkulturach. Albo, gdyby spojrzeć jeszcze szerzej, niż tylko na Polskę – dzieciom, które wychowują się w dzielnicach opanowanych przez gangi, gdzie bardzo szybko trafiają pod „opiekę” rządzących tam nastolatków.

Tylko czy takie dzieci, dzięki spędzaniu ze sobą dużych ilości czasu, nauczyły się życia w społeczeństwie? Są dojrzałe? Kulturalne? Posługują się empatią? Przestrzegają norm społecznych? Mają szacunek do drugiego człowieka? Są zdrowe emocjonalnie, fizycznie i psychicznie?

A jednak nasz świat stara się nas przekonać, że to właśnie jest dobra droga

Nie wiedzieć czemu, jako społeczeństwo w pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że bardzo dobrym pomysłem jest wrzucenie niedojrzałych osób do niedojrzałego środowiska i oczekiwanie, że wzajemnie nauczą się dojrzałych zachowań. To przecież jest nielogiczne w samych swoich korzeniach.

Dzieci mają możliwość wzrastania i dojrzewania tylko wtedy, gdy mają obok kogoś dojrzałego, kto im w tym dojrzewaniu pomoże do czasu, aż będą w stanie funkcjonować samodzielnie.

Co więc możemy z tą wiedzą zrobić?

Przede wszystkim, nie musimy rzucać pracy i spędzać całych naszych dni z dziećmi. Nie musimy też wypisywać ich ze szkoły i zająć się nauczaniem domowym. Tu zupełnie nie o to chodzi, aby popadać w skrajności. Szczególnie, że ilość czasu spędzanego razem nie zawsze przekłada się na jakość. To co więc możemy zrobić, to wyciągnąć z tego właściwe wnioski.

Co więc odróżnia dzieci wychowywane w edukacji domowej od tych, uczęszczających do normalnej szkoły, a te z kolei od dzieci wychowujących się w domach dziecka? Odpowiedzią jest tytułowa więź, która łączy dzieci z dojrzałymi dorosłym. W edukacji domowej jest o nią najłatwiej, bo czasu spędzanego razem jest najwięcej, w zwykłej szkole jest już trochę trudniej, a w domu dziecka taka więź jest często w ogóle niedostępna. To jednak właśnie ona odpowiada za te różnice, które widzimy.

Co zatem daje nam więź?

Jak pisałem już w tekście „Trzy powody, dla których dzieci bywają nieposłuszne i jak sobie z tym poradzić”, gdy mamy osobę, z którą łączy nas silna więź, to znacznie chętniej odpowiemy twierdząco na jej prośbę, gdy ona będzie czegoś od nas potrzebowała. Na przykład, abyśmy posprzątali pokój czy pozmywali naczynia. To jednak nie wszystko.

Gdy mamy taką bliską nam osobę, to również znacznie chętniej będziemy z nią spędzać czas. Chętniej wysłuchamy jej rady w ważnym dla nas temacie. Chętniej opowiemy jej o tym, jak minął nam dzień. Chętniej opowiemy jej o problemach, które pojawiają się w naszym życiu.

Czy nie takimi osobami w życiu naszych dzieci chcielibyśmy być? Których rad one słuchają? Którym zwierzają się z ważnych spraw w ich życiu? Z którymi łączy je silna relacja?

Jeśli my nie zajmiemy tego miejsca, to zajmą je rówieśnicy

Niestety rówieśnicy nie są najczęściej dość dojrzali, aby dać sobie nawzajem oparcie. W środowisku rówieśniczym nie ma miejsca na wrażliwość, bo wrażliwość jest oznaką słabości, a ta z kolei jest silnie piętnowana, co najlepiej widać na szkolnych korytarzach czy w domach dziecka właśnie. Dlatego też dzieci, które zamiast rodziców wybierają rówieśników, muszą ukrywać swoją wrażliwość i stopniowo zaczynają ją tracić. Niestety nie pozwalanie sobie na okazywanie emocji wpływa bardzo negatywnie na rozwój emocjonalny i psychiczny.

Ostatecznie bardzo często w podążaniu za uznaniem rówieśników dzieci albo stają się dręczycielami, dzięki czemu zdobywają upragniony szacunek i akceptację albo stają się ofiarami, pozwalając innym na dręczenie, byleby tylko nie zostać wykluczonym z tego środowiska.

Co gorsza, podobnie jak z innymi rodzajami uzależnienia, ten rodzaj relacje również nie daje poczucia zaspokojenia i im częściej dzieci będą spędzały czas z rówieśnikami, tym bardziej będą przekonane, że potrzebują go jeszcze więcej. Niestety tylko relacja z dojrzałym dorosłym, który zaakceptuje dziecko w pełni, razem z jego wrażliwą stroną, może naprawdę zaspokoić dziecięce potrzeby. Bez tego, dziecko może całkowicie przepaść w tym rówieśniczym świecie, a w efekcie będzie jeszcze przez wiele lat dorosłości, borykać się z problemami i niedojrzałością na wielu różnych poziomach.

Dlatego też: „Najpierw wieź, dopiero później cokolwiek innego”

To zdanie jest w zasadzie najważniejszą informacją jaką wyciągnąłem z tej książki (chociaż nie jedyną). Jeśli natrafiam na problem wychowawczy, to najpierw przyglądam się mojej relacji z dzieckiem, a dopiero później zastanawiam się nad jakimkolwiek tłumaczeniem. Bo co z tego, że wytłumaczę mojemu dziecku, że zadania domowe są ważne, skoro ono nie będzie mnie słuchało? Co z tego, że narysuję na wykresie jak wielki negatywny wpływ ma bałagan w pokoju na przyszłe samodzielne życie, skoro rówieśnicy mogą być większym autorytetem? Co z tego, że ja powiem, że papierosy są szkodliwe, skoro potrzeba akceptacji przez rówieśników może okazać się silniejsza?

Najpierw muszę więc przejść przez tą barierę, która się pojawiła między mną, a moim dzieckiem, a dopiero później mogę się zająć rozwiązaniem jakiekolwiek wychowawczego problemu. Najpierw muszę mu pokazać, że jest akceptowane takie jakie jest, że kocham je bezwarunkowo i że ufam mu, a dopiero później mogę dawać mu rady w temacie, który go dotyczy.

Najpierw muszę znaleźć się dość blisko, aby w ogóle zostać wysłuchanym. Najpierw muszę stać się kochającym rodzicem, a dopiero później mogę być nauczycielem. Chociaż paradoksalnie, jak sprawdziłem już kilkukrotnie – ile razy zamiast na zachowaniu, skupiałem się na właśnie wzmocnieniu relacji z dzieckiem, tyle razy nieodpowiednie zachowanie samo odchodziło w niepamięć, a w pamięci zostawały nam tylko chwile ze wspólnych chwil spędzonych razem.

Jeśli mam więc wybierać – zdecydowanie wolę kolekcjonować takie wspomnienia.


Dla zainteresowanych, w czwartek 6 października będzie miało miejsce seminarium dr Gordona Neufelda i na hasło BLOGOJCIEC jest 20% zniżki. To jest jako podziękowanie dla moim czytelników, za mój udział w Pytaniu na Śniadanie, gdy była tam omawiana wyżej wspomniana książka. Mam nadzieję, że komuś się przyda :)

Prawa do zdjęcia należą do Denali National Park.

  • Ala

    Tytuł „Czy więc rzeczywiście rodzice powinni być ważniejsi od rodziców?” prosi się chyba o drobną poprawkę ;)

    • Musiałem poczekać, aż mi w wiaderkach Internet dostarczą, bo jestem na drugim końcu świata ;) Poprawione :)

  • Dominika eL

    Wydaje mi się że we wszystkim potrzebna jest równowaga. Czas spędzony w przedszkolu czy w szkole nie jest według mnie stracony – dziecko nie będzie całe życie otoczone tylko akceptującymi je rodzicami i kiedyś pójdzie do innych ludzi, w społeczeństwo. Rówieśnicy uczą nawiązywania kontaktu i pokazują ryzyko, że niestety – nie każdy nasze dziecko będzie kochał i lubił. Ale zgadzam się jak najbardziej z tym, że to nie może być tylko to. Super wydaje mi się rozwiązanie (i osiągnięcie!), że dziecko idzie do przedszkola/szkoły czy na podwórko, a potem opowiada nam co się działo w danym dniu :)

  • Älä Vihellä

    Autorzy książki poruszają ważny temat, choć nie mogę się zgodzić z
    niektórymi argumentami. Piszę na podstawie posta. Być może przekaz książki jest inny (oby!). 1) Oczywiście problemy z rodzicami mogą wepchnąć dziecko w nieodpowiednie towarzystwo. W ilu przypadkach takie podejście skończy się „chowaniem pod kloszem”? 2) Założenie, że w
    grupie rówieśników dziecko nauczy się prześladować jest nadużyciem. Oczywiście bullying to problem, ale nie bierze się z powietrza i nie zawsze występuje. 3) Odizolować dziecko od rówieśników, bo są niedojrzali? Jak autorzy rozumieją dojrzałość? 4) Odnoszę wrażenie, że autorzy mają na myśli głównie sytuacje estremalne, gdzie dzieci są patologicznie zaniedbanie. Przeciętny rodzic powinien więc zachować dystans do tego dzieła. 5) Uczono mnie, że ofiarami zjawiska bullyingu w szkole są przeważnie dzieci, które mają bardzo dobrą relację z dorosłymi. Co na to autorzy? Sama więź to nie jest recepta na całe zło. 6) Muszę pominąć resztę, bo komentarz będzie dłuższy niż post. 7) Tu nie powinno chodzić o hierarchię! Oczywiście, że dziecka nie można porzucić, żeby się wychowało z psami. Ale rola rówieśników jest i zawsze była inna od roli rodziców.

    • Zatem polecam lekturę. Niestety nie dam rady streścić całej książki w komentarzu, ani rozwinąć artykułu do takich rozmiarów by odpowiedzieć na każde z tych pytań. Niemniej po jej przeczytaniu dalej obstaję przy tym, że m. in. bullying wywodzi się właśnie z tego, że dzieci są ukierunkowane na rówieśników, a nie na rodziców. Dlatego też najbardziej popularne sposoby walki z nim są niemal kompletnie bezskuteczne, bo skupiają się na objawach, a nie na przyczynach.

      • Älä Vihellä

        Dziękuję. Jeżeli mi ta książka kiedyś wpadnie w ręce, to chętnie przeczytam :)

        • Autor odnosi się tam do różnych środowisk/społeczności, które analizował. Takich zorientowanych na dorosłych i takich zorientowanych na rówieśnikach. O tych domach dziecka i gangach to wspomina mimochodem w jednym akapicie :)

          • Älä Vihellä

            Odrobiłam lekcje i zapoznałam się z dorobkiem dra Neufelda. Do całej książki nie mam dostępu, ale posłuchałam kilku jego wykładów. Nie zgadzam się ze wszystkim, ale o dynamice i hierarchii w grupie dr mowi sensownie. Dzieci w grupienie są „równe”, ale muszą ustalić swoje miejsce i tu może dochodzić do nadużyć: patologicznej dominacji. Natomiast „zorientowanie na…” jest moim zdaniem nieprecyzyjnym terminem. Rozumiem, że chodzi o wpływ sensownego autorytetu na rozwój empatii i odróżnienie dobrej dominacji od złej. Jednak Neufeld zakłada, że kiedyś tego nie było i wszystko wina jakiegoś dżędera ;) Nie ma miejsca, żeby rozwinąć myśl, ale idealizacja przeszłości i nieco tylko reformowany patriarchalizm mnie razi. Z perspektywy nie-laika radzę ostrożną lekturę tego dzieła.

          • Z perspektywy osoby po lekturze, ale przed obejrzeniem jego materiałów – nic takiego tam nie znalazłem o tym całym zwalaniu winy na dżęder :) Bardziej chodzi o to, że przez rozwój technologii dzieci mają większy kontakt ze sobą, a rodzice automatycznie nie są już największymi autorytetami jak kiedyś. I stąd obecnie jest trudniej niż było.

  • Kinga Stokowska

    Zmień proszę przypadek deklinacji nazwisk autorów – został niepoprawny dopełniacz zamiast mianownika.

  • Ciekawe to co piszesz, i z wieloma kwestiami się zgadzam. A w zasadzie z tezą główna, że najważniejsza jest więź dziecko – rodzic. Ale są rzeczy i zachowania, których dzieci mogą się nauczyć w grupie rówieśniczej, pomimo jej niedojrzałości. Będąc z rodzicami dziecko jest zawsze w pewnym sensie pod ochroną, a wśród innych dzieci jest na tym samym „poziomie”.