W jaki sposób wspierać dziecięcą niezależność i samodzielność?

Czy możemy ją jakoś wesprzeć?

16241388115_97b8cba141_o

Podobno najważniejszym zadaniem rodziców jest sprawić, aby nasze usługi nie były już dłużej potrzebne. W dużej mierze się z tym zgadzam. Wychowanie dzieci, które zamienią się w samodzielnych i niezależnych ludzi, mimo tego jak banalnie może brzmieć, powinno być dla nas wszystkich bardzo ważne. Szczególnie w czasach 30- i 40-latków, dalej żyjących z rodzicami. Dlaczego? Na to pytanie odpowiada dzisiejszy tekst. Odpowie on również na pytanie jak można dziecku pomóc w nabywaniu tych cech oraz czego powinniśmy unikać na naszej drodze.

Czym w ogóle jest niezależność?

Gdy mówimy o wychowaniu dzieci, najbardziej pasuje mi definicja niezależności mówiąca o tym, że osoba niezależna sama decyduje o sobie i bierze odpowiedzialność za swoje decyzje. Która postępuje zgodnie z tym, co sama uważa za słuszne. Niezależne dziecko możemy poznać po tym, że potrafi się sprzeciwić wobec rodzica, wobec nauczyciela czy wobec kolegi, jeśli postępują one niezgodnie z tym, co ona uważa, za właściwe. Przykładowo sprzeciwi się rodzicowi, który zacznie po nim krzyczeć, sprzeciwi się nauczycielowi, który traktuje swoich uczniów niesprawiedliwie i sprzeciwi się koledze, który zaproponuje mu papierosa.

A jakie jest przeciwieństwo niezależności?

Osoba niezależna, jest przeciwieństwem osoby zależnej, czyli takiej, której bardzo zależy na zdaniu innych. Zależne dziecko będzie pokornie słuchać krzyków rodzica, pozwoli swojemu nauczycielowi na niesprawiedliwe traktowanie i zapali papierosa z kolegą, który mu to zaproponuje. Nawet jeśli na żadną z tych czynności nie będzie miało najmniejszej ochoty. Ono to przecierpi. Ze strachu. Dziecko, które jest zależne będzie się obawiało odrzucenia, jakie mogłoby je spotkać, gdyby się sprzeciwiło. Będzie się bało, że rodzic nie będzie go kochał, że nauczyciel nie będzie go lubił i że kolega go wyśmieje czy nie będzie chciał się z nim zadawać.

Główna różnica polega na tym, że osoba niezależna słucha wewnętrznej motywacji, a osoba zależna słucha motywacji zewnętrznej.

Czy zatem można tą niezależność wspierać? Albo chociaż uniknąć zależności?

Chciałbym was najpierw o coś zapytać.

Jak myślicie, skąd się biorą osoby, które obawiają się sprzeciwiać? Obawiają się wyrażać własne zdanie i bronić własnych uczuć czy przekonań? Boją się walczyć o to, co według nich jest słuszne?

Czy to możliwe, że biorą się z tego, że kiedyś komuś się sprzeciwiły i on się na nich zemścił? Skrzywdził je? Zabrał im coś? Lub ukarał je w jeszcze jakiś inny sposób?

  1. Dziecko sprzeciwiło się myciu zębów i dostało karę.
  2. Dziecko sprzeciwiło się zabraniu sobie zabawki, uderzyło brata, po czym samo dostało klapsa.
  3. Dziecko sprzeciwiło się samodzielnemu ubraniu butów i zostało okrzyczane przez rodzica.
  4. Dziecko sprzeciwiło się położeniu do łóżka, więc rodzice zakazali mu oglądania bajek na cały tydzień.

Mogę tak jeszcze długo wymieniać. To są właśnie te małe codzienne sytuacje (o których co nieco pisałem wczoraj – klik), które połączone w jedną całość tworzą człowieka. W powyższych przykładach, to właśnie one stoją za tym, że dziecko staje się zależne. Bo dziecko tak wychowywane żyje w przeświadczeniu, że miłość jest warunkowa. Ono obawia się, że coś straci, jeśli będzie słuchało siebie. I w związku z tym, zaczyna słuchać innych. Bo tylko wtedy ma pewność, że będzie docenione i że inni będą je lubili. Takie dzieci najpierw słuchają rodziców, później kolegów, a na końcu partnerów czy szefów. Czasami udaje im się z tego oczywiście wyzwolić, ale nie jest to łatwe zadanie.

I tak, jeśli namiętnie stawiamy dzieci do kąta za byle przewinienie, to też idziemy w tym kierunku. Zresztą o „sensowności” karania dzieci już pisałem (klik).

Już wiemy więc jak wychować zależne dziecko. A jak wychować niezależne?

Zastanówmy się najpierw, jakie są cechy dziecka niezależnego?

Na pierwszy ogień idzie wiara w siebie. Wiara we własne możliwości. Wiara w to, że jest się kochanym przez rodziców niezależnie od wszystkiego i czego by się nie zrobiło, to miłość rodziców nigdy nie zostanie odebrana. I do tego wszystkiego dochodzi również odpowiedzialność za podejmowane wybory.

Kiedy jednak dziecko może się tak czuć? Gdy mówimy mu, że jest wspaniałe, genialne i cudowne? Niestety nie. To wręcz działa na szkodę. Kiedy więc?

  1. Dziecko sprzeciwiło się myciu zębów, więc rodzic opowiedział mu historię o bakteriach żyjących w jego buzi, które mają ochotę „zjeść” jego zęby i że jeśli nie będzie ich mył, to one mogą się zacząć psuć.
  2. Dziecko sprzeciwiło się zabraniu sobie zabawki, uderzyło brata, po czym odbyło rozmowę z rodzicem, który współczuje mu zabranej zabawki i jednocześnie rozmawia z nim na temat przemocy i tego, że przemoc nigdy nie jest jedynym rozwiązaniem. Pokazuje mu alternatywy.
  3. Dziecko sprzeciwiło się samodzielnemu założeniu butów, więc rodzic spokojnie zadeklarował, że jeśli nie ma ochoty zakładać butów, to może iść na boso i że to nie jest żaden problem. Ewentualnie, że może poczekać tak długo, jak będzie potrzebne, aby jednak buty ubrało (a jeśli rodzic się spieszy, to jest to jego sprawa, żeby te buty dziecku założyć – nie dziecka). Innym rozwiązaniem mogłaby być również zwyczajna pomoc dziecku w założeniu butów, jeśli jest to wyjątkowa sytuacja i może być spowodowana po prostu gorszym dniem dziecka.
  4. Dziecko sprzeciwiło się położeniu do łóżka, więc rodzice powiedzieli mu, że teraz jest już pora na sen i jeśli on ma ochotę się bawić, to może to robić, ale musi zachować ciszę, bo inni domownicy oczekują już chwili spokoju. Ewentualnie, jeśli dziecko byłoby gotowe posłuchać bajki, to jeden z rodziców czytał ją taaak dłuuuugoooo i taaak pooowoooliii, że zasnęło nie tylko dziecko, ale też wszystkie jego pluszaki.

Cechą wspólną tych sytuacji jest to, że dziecko we wszystkich zostało potraktowane jak człowiek. Nie jak niepełna rozumu istota, którą trzeba zmusić do działania, wbrew jej woli (nawet jeśli to dla jej dobra), bo przecież „inaczej nie zrozumie”, tylko jak człowiek. Mniej doświadczony i mniej wiedzący, ale jednak jak człowiek. I dziecko, które czuje się traktowane z szacunkiem, jakim obdarzamy innych ludzi, zaczyna w sobie ten szacunek dla samego siebie budować.

Zauważyliście, że te wszystkie rozwiązania prowadzące do niezależnego dziecka są zdecydowanie dłuższe i wymagają więcej wysiłku, niż te, które prowadzą do dzieci zależnych? Taka ciekawostka.

Musimy również pozwolić dziecku przejąć władzę

Oczywiście nie mówię o tym, że dwulatek ma decydować o tym, co akurat dzisiaj zjemy na obiad czy że sześciolatek powinien decydować do jakiej szkoły pójdzie, tudzież gdzie pojedziemy na wakacje. Absolutnie. Jednak taki sześciolatek powinien mieć już pełne prawo decydować o tym czy chce umyć zęby, czy chce posprzątać pokój oraz w co się ubierze do szkoły (oczywiście jeśli myć zębów nie chce, to powinniśmy go przekonywać na wszystkie możliwe sposoby z wykorzystaniem obrazów, wykresów i prezentacji w Power Poincie, niemniej decyzję pozostawiamy jemu).

A w przypadku dwulatka i wyboru jedzenia, to mi się bardzo podoba zasada, w której to rodzic decyduje o tym, co ląduje na dziecięcym talerzu, ale to dziecko decyduje o tym co z niego zje. Małe dzieci mała władza, większe dzieci, większa władza. I co najważniejsze (ale to najważniejsze, najważniejsze!), zawsze pozwalamy dziecku na odczucie konsekwencji swoich działań.

Przykład z autopsji

Niedawno moja córka dostała borówki w szkole i wsadziła je do tej samej kieszeni w plecaku, w której trzymała legitymację. Legitymacja miała co prawda wodoodporne etui, ale ostatecznie okazało się, że nie jest ono borówkoodporne. Przyszła więc do mnie bardzo smutna. I ja dostrzegłem, że jest jej ciężko i wyraziłem to słowami pełnymi współczucia. Ale to wszystko. Oczywiście mogłem ją pocieszyć obiecując, że załatwię jej nową legitymacje, ale dlaczego miałbym to robić? To był jej wybór, jej konsekwencje i ona powinna je ponieść. Szczególnie, że jest to sytuacja, z którą jestem pewny, że samodzielnie sobie poradzi.

Jeśli jednak nie pozwoliłbym jej teraz ponieść konsekwencji swoich działań, gdy jest jeszcze młoda i jej błędy są stosunkowo niewielkie, to jak mam oczekiwać od niej, że poradzi sobie z nimi, za kilkanaście lat, w dorosłym życiu? Jak poradzi sobie bez umiejętności ponoszenia porażki i wyciągania z niej wniosków? Bez umiejętności szacowania ryzyka? Bez wiary we własne możliwości? Jak?

Praktyka czyni mistrza

To nie chwalenie i mówienie dziecku jakie jest cudowne, buduje jego wiarę we własne możliwości. To pozwolenie mu na samodzielne podejmowanie decyzji w niektórych kwestiach, które jego dotyczą. I systematyczne zwiększanie tego zakresu wraz z procesem dorastania. Pozwalanie dziecku na wybieranie tego, co akurat w danym momencie jest dla niego najbardziej wartościowe, nawet jeśli nie zawsze się z tym zgadzamy. To również w efekcie pozwolenie dziecku na ponoszenie konsekwencji własnych wyborów i czasami ewentualnie pomaganiu mu, w wyciąganiu z nich właściwych wniosków.

Praktyka czyni mistrza jest oklepanym powiedzeniem, ale bardzo pasującym do tego o czym piszę.

To jednak nie wszystko

Niemniej ważnym elementem (a może wręcz ważniejszym?) jest również rodzicielskie wsparcie dla owych dziecięcych wyborów. Przykładowo, ja osobiście mogłem się wściec na moją córkę, że zniszczyła legitymację. Mogłem na nią nakrzyczeć, że jest nieodpowiedzialna. Mogłem ją ukarać, zakazując jej… nawet nie wiem czego miałbym jej zakazać? Jedzenia borówek?

Jednak, jak pisałem na początku, takie podejście bezpośrednio prowadzi do niszczenia dziecięcej wiary w siebie. Ono czuje wtedy, że miłość rodzica jest warunkowa i że wystarczy jego jeden błąd, aby ona zniknęła. Więc zaczyna się obawiać błędów. Zaczyna się obawiać podejmowania decyzji. I powoli staje się zależne od rodziców, robiąc wszystko, aby ich miłości nie utracić. Nie zawsze robi to mądrze, ale o to właśnie będzie się starało. Najgorsze jest jednak to, że o ile na początku jest zależne od rodziców, którym najczęściej zależy na dziecku, tak później staje się zależne od rówieśników czy przełożonych i te relacje już takie „dobre” prawdopodobnie nie będą.

Dlatego też ja ze wszystkich sił pragnę tego uniknąć dla swoich dzieci. Bo niestety, mimo że bardzo chciałbym, aby było inaczej, ludzie którzy są zależni od innych mają w swoim życiu bardzo ciężko i znalezienie prawdziwego szczęścia przychodzi im niezwykle trudno.

Prawa do zdjęcia należą do Chris.

Jeśli dotarliście do tego momentu, to po pierwsze jest mi bardzo miło. Byłbym też niezwykle wdzięczny, gdybyście uznali ten artykuł za warty udostępnienia dalej, bo dzięki temu będzie on miał szansę trafić do kogoś, kto być może również potrzebuje go przeczytać.

15
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
7 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
10 Comment authors
domciaKamil NowakMmkcalareszta.plArtur Sobko Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Zwykła Matka
Gość
Zwykła Matka

Jak zwykle mądre słowa, szkoda, że czasem cieżko to w życie wprowadzić :) Ale…staram się!

helga
Gość
helga

Dla mnie największym wyzwaniem jest rozdzielenie „pozwalania na wszystko” od budowania pewności siebie poprzez dawanie możliwości wyboru. Ale staram się…
Przy okazji taka refleksja – pierwsze dziecko ma zdecydowanie trudniej, bo na nim testujemy nasze metody wychowawcze. Przy drugim (i trzecim) jest już zdecydowanie łatwiej….

Artur Sobko
Gość
Artur Sobko

Czytając już któryś tekst o zależności/niezależności pragnę zwrócić Twoją uwagę, iż moim zdaniem żadna z tych postaw nie jest właściwą. Tak jak niebezpiecznie jest wychować dziecko, które nie jest samodzielne, a dodatkowo poddaje się wszelkim wpływom (choćby marketingowym) tak też zakochany w sobie egocentryk, który uważa że wszystko wie i robi najlepiej, nie ma szacunku dla żadnych autorytetów (choćby wspominanych przez Ciebie wielokrotnie badań naukowych) nie jest właściwym wyjściem. Obecnie budowanie jakiekolwiek watości wymaga umiejętności współpracy. A współpraca bez względu czy w zespole projektowym w koro czy w związku z partnerem, wymaga jednoczeście i zależności i niezależności. Piszesz, że ludziom… Czytaj więcej »

Kamil Nowak
Gość

Moim zdaniem mylisz niezależność z egoizmem. Zakładasz, że dziecko niezależne przykładowo nie pomoże koledze, który jest krzywdzony, bo to nie będzie w jego interesie. To jednak nie jest prawda. To właśnie dziecko zależne nie zareaguje na krzywdę kolegi, bo będzie się bało podjąć ryzyko. Natomiast dziecko niezależne pomoże koledze, bo nie będzie chciało się biernie przyglądać. Paradoksalnie pomoże koledze, żeby się źle nie czuć z samym sobą. I moim zdaniem bycie niezależnym jest jedyną drogą. Bo to nie oznacza, że jesteśmy dupkiem, ale że jesteśmy dobrym człowiekiem, który dzięki temu, że jest wewnętrznie silny, zarówno chce, jak i potrafi pomagać… Czytaj więcej »

Artur Sobko
Gość
Artur Sobko

Drogi Kamilu, moim zdaniem popełniasz tu pewien błąd. Niezależność jest dla Ciebie czymś dobrym, więc człowiek niezależny jest ‚dobrym człowiekiem….’ a wcale tak być nie musi. Człowiek niezależny może być i zły i dobry, dokładnie tak samo jak człowiek zależny. Nie wiesz też jak zachowa się dziecko w konkretnej sytuacji, więc obrona Twojego zdania tym że na pewno tak się zachowa jest błędem. Nie zrozum mnie źle- uważam że nasze społeczeństwo ma ogromny problem z byciem niezależnym. Wychowywanie dzieci, które wpaja im uzależnienie od rodzica, czy kogokolwiek innego jest niewątpliwie wielką krzywdą wyrządzoną dziecku. Problem który widze polega na tym,… Czytaj więcej »

Kamil Nowak
Gość

Widzisz, dla Ciebie zło i dobro, to są koncepty nie związane z zależnością. Ja jednak uważam, że byciem „złym” jest bardzo blisko powiązane z zależnością i jest przeciwieństwem bycia niezależnym. Widzisz osoby niezależne nie mają potrzeby krzywdzić innych. Po co mieliby to robić? Nie ma żadnego argumentu, który przekonałby osobę niezależną do skrzywdzenia drugiej osoby. Żadnego. W przypadku dzieci jest to tym bardziej widoczne, bo dzieci nigdy nie chcą krzywdzić innych, ani siebie. Robią tak tylko wtedy, gdy nie znają innego sposobu na poradzenie sobie ze swoimi niezaspokojonymi potrzebami. Dlatego też naszym zadaniem nie jest nauczenie dziecka co jest dobre,… Czytaj więcej »

Mmk
Gość
Mmk

No nie, to zbyt wielkie uproszczenie. Dzieci, kiedy chcą, potrafią być złośliwe bezinteresownie. Np. przeszkadzać bratu tylko po to, by zobaczyć go wkurzonego.

Kamil Nowak
Gość

No dobrze, ale gdyby „nasz bohater” był szczęśliwy i miał wszystko czego mu potrzeba, to czy zrobiłby krzywdę bratu? Może brakuje mu uwagi i szuka nawet jej negatywnej formy? Może jego brat bawi się zabawką, o którą jest zazdrosny? Może chce się pobawić, ale nie wie jak zagadać? ;)

nianiabloguje.pl
Gość

Trzeba być niezależnym rodzicem aby wspierać i rozumieć dziecięcą niezależność. Trzeba pomyśleć kilka razy nim coś się powie dziecku, bo ileż krzywdy można mu wyrządzić. Tak ważne jest wspieranie niezależności, akceptowanie wyborów, chociażby tych najmniejszych a przede wszystkich nauka konsekwencji. Wystarczy tylko że czasem powinnyśmy się wcielić w skórę dziecka, co czuje wtedy kiedy nie akceptujemy jego wyborów, krzyczymy i kiedy to nasze zdanie jest najważniejsze. Jak źle się wtedy czujemy i co możemy zrobić z tym fantem. Po prostu być rodzicem, który nie jest panem ale przyjacielem. Pozwólmy dzieciom być dziećmi, nakazami, zakazami nie zbudujemy niezależnego dziecka, ale kogos… Czytaj więcej »

Renata
Gość
Renata

Zaczęłam sporo czytać inne blogi i muszę przyznać, że mam mały mętlik w głowie. Bo dochodzi do tego jeszcze głos dziadków. – Nie możesz dziecku pozwalać na taką swobodę. Musisz twardo stawiać na swoim, dziecko nie wie co dla niego jest dobre. – Mała (2l i 4miesiące) jest za mała, żeby wszystko zrozumieć. – Komunikat przekazywany dziecku musi być spójny i krótki, bez zbędnego tłumaczenia. – Jak raz pokażesz dziecku, że może zmienić twoje zdanie i będzie to wykorzystywać. A ja troche inaczej uważam: – chcę tłumaczyć dziecku, nawet po raz dziesiąty, jeśli dziecko pragnie takiego wytłumaczenia, – słucham co… Czytaj więcej »

Kamil Nowak
Gość

Brzmi rozsądnie :) Także nie wiem co z tego wyjdzie, ale wydaje mi się, że coś dobrego, zresztą jak sama piszesz :)

Monika Kilijańska
Gość

Widzę, że nie tylko u nas były borówki w szkole :D Ja jestem uznawana za dziwnego rodzica, bo nie sprawdzam dziecku zadań domowych. Tylko pytam czy coś ma zadane, a on sam sprawdza. Jak chce pomocy to do mnie przychodzi. Czasami sprawdzam jak je zrobił. Wychodzę z założenia, że jeśli jak będę sprawdzała mu wszystkie zeszyty to nauczy się właśnie, ze ktoś go ciągle musi kontrolować – a to jego zadanie. Jednak co do tłumaczenia i własnego zdania mamy zasadę – dwa tary NIE oznacza ostateczne NIE. Dzieci mogą ze mną pertraktować, podają swoje powody i często się z nimi… Czytaj więcej »

Kamil Nowak
Gość

Co do tłumaczenia, to raczej chodziło mi w drugą stronę – kiedy to ja chcę coś od dziecka. Na przykład, aby umyło zęby czy aby ubrało buty, bo wychodzimy. Wtedy zdarza mi się tłumaczyć kilka razy. Jednak w przypadku tego, kiedy to dzieci mnie o coś proszą, to jeszcze się nie spotkałem z tym, żebym dwa razy musiał tłumaczyć dlaczego akurat w tym przypadku nie mogę pozwolić na to czy na tamto. Zresztą najczęściej unikam kategorycznego „nie”, bo ono tylko niepotrzebnie zaognia konflikt. Przykładowo, kiedy dzieci pytają mnie czy mogą teraz oglądać bajkę, to ja nie mówię „nie”, tylko mówię… Czytaj więcej »

calareszta.pl
Gość

Ciągle analizuję takie sytuacje, bo jednak bywa, że te borówki wściekają do granic. Albo odkręcona butelka wody w plecaku, która spowodowała totalne zalanie fotelika i delikwenta, co o 8 rano nie było mi na rękę. Ale też pozwalam na konsekwencje – córka mokra poszła do przedszkola. Wiem, że to działanie okrutne, ale wiem też, że gdybym wróciła się do domu, przywiozła inną ulubioną spódnicę nauczyłabym ją tylko jednego – mama wszystko naprawi, więc mogę robić co chcę. A tak musiała chwilę pocierpieć. Na następny dzień sama mnie upominała, żebym zakręciła wodę, zanim włożę ją do plecaka. Może podziałało? Ja mam… Czytaj więcej »

domcia
Gość
domcia

Ja od siebie dodam: Zachęcenie dziecka do chodzenia na wszelkie dodatkowe zajęcia, zwłaszcza sportowe, oraz wszelki wolontariat grupowy. Dziecko powinno się uczyć pracować w grupie. To jest ważna i przyszłościowa zaleta przydatna na rynku pracy jak dziecko dorośnie.

http://emako.pl/pol_m_Lazienka_Akcesoria-lazienkowe_Polki-i-regaly-1131.html