Co pomaga nam przetrwać ferie z dziećmi w domu i nie zwariować?

I nie, nie są to półkolonie :)

Przedłużone ferie

Wyjątkowo w tym roku „ferie” zaczęły się u nas równy tydzień wcześniej niż planowano to dla województwa Śląskiego, gdy nasz syn się przeziębił i musiał zostać w domu. Ogólnie chore dzieci to taki ciekawy przypadek, który niby jest chory i mu ciężko, ale jak tylko zostanie w domu, to przez 80% czasu ilość posiadanej energii przekracza wszelkie dostępne normy. Ktoś wie jak to wyjaśnić? Zresztą mniejsza o to :)

W domu postanowiła z nim zostać żona, bo mogła wtedy pracować z domu i po dwóch dniach była całkiem zadowolona, ale jednocześnie trochę zmęczona, bo syn mimo, że już wcale nie najmniejszy, to jednak okazało się, że co chwilę coś chciał i w efekcie był całkiem absorbujący. Wspólnie więc zrobiliśmy plan działania.

Wspólnie, to znaczy również z dzieckiem

Usiedliśmy i powiedzieliśmy co uważamy, że może znaleźć się w planie dnia. Czyli mówimy tutaj o higienie, ścieleniu łóżka czy odrabianiu zadań, a także o tych przyjemniejszych rzeczach jak oglądanie bajek, zabawa samodzielna, czytanie, zabawa z rodzicami, zabawa na śniegu (lekarz dał zielone światło) czy granie na konsoli. Do tego doszły rzeczy uniwersalne typu jedzenie obiadu i mieliśmy komplet. Pomysły wychodziły zarówno od nas jak i od syna. Następnie przyszło do rozpisania tego godzinowo, uwzględniając możliwości i potrzeby wszystkich stron.

Jak to zadziałało?

Zdecydowanie lepiej niż się spodziewaliśmy. Oczywiście zakładaliśmy, że będzie chociaż trochę lepiej, ale nie przewidzieliśmy takiego efektu. Młody mógł sprawdzać czas na dwóch ogólnodostępnych zegarach i trzeba mu przyznać, że pilnował tego przez większość czasu lepiej, niż my (w kolejnych dniach byliśmy z nim na zmianę).

Nie miał już też problemu z tym, że rodzic jest zajęty pracą, bo wiedział dokładnie za ile będzie się mógł z nim pobawić. Wcześniej miał całe mnóstwo nieuporządkowanego wolnego czasu i sam nie wiedział co może robić, więc próbował robić wszystko naraz. Natomiast taka organizacja czasu bardzo mu pomogła i on sam czuł się dużo lepiej i dużo pewniej, niż do tej pory, a także nie ociągał się ze swoimi obowiązkami, bo wiedział, że robiłby to kosztem innych czynności.

W ferie ów plan został nieco zmodyfikowany, gdyż w domu pojawiła się również córka i ją też włączyliśmy do wojennej rodzinnej narady, ale ogólna efektywność nie uległa zmianie.

Naturalnie nie zadziała to u każdego

O tym polecam pamiętać, bo dzieci są różne – jedne funkcjonują i czują się lepiej, gdy mają wszystko uporządkowane, a inne znacznie lepiej odnajdują się w chaosie. Jednak u nas się akurat ta metoda sprawdziła i myślę, że spokojnie mogę ją polecić jeśli ktoś znajduje się w podobnej sytuacji (u nas spróbujemy ją też wprowadzić poza feriami, bo wydaje mi się, że też może nam pomóc). W końcu niewiele jest do stracenia, a zdrowie psychiczne, które można uzyskać jest w mojej opinii warte podjęcia próby :)

Dodatkowo już samo rodzinne spotkanie jest interesującym doświadczeniem dla wszystkich członków rodziny, na którym to oprócz dyskusji o planie dnia, można poruszyć też nieco inne tematy (ale o tym jeszcze kiedyś prawdopodobnie napiszę coś więcej).

Plan planem, ale zdrowy rozsądek przede wszystkim

Na koniec czuję się też w obowiązku powiedzieć, że plan to jedno, ale jednak warto być otwartym na dokonywanie w nim zmian. Warto od czasu do czasu przeanalizować co działa, a co nie do końca i jak czują się wszyscy zainteresowani. W końcu mówimy o czymś co dopiero zaczynamy wprowadzać, czego sami się uczymy i co ma nam pomagać, a nie przeszkadzać.

Zatem jak najbardziej jestem za tym, aby dzielić się takimi rozwiązaniami i sprawdzać co zadziała u nas, ale jednocześnie polecam przede wszystkim słuchać samych siebie i naszych dzieci, bo to właśnie dzięki temu uzyskamy najwięcej informacji na temat tego jak można rozwiązać różne sytuacje właśnie w naszej rodzinie.

Prawa do zdjęcia należą do Marcus.

Jeśli dotarliście do tego momentu, to po pierwsze jest mi bardzo miło. Byłbym też niezwykle wdzięczny, gdybyście uznali ten artykuł za warty udostępnienia dalej, bo dzięki temu będzie on miał szansę trafić do kogoś, kto być może również potrzebuje go przeczytać.

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Kamil NowakAndrzejto dopiero poczatek Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
to dopiero poczatek
Gość

Super pomysł!!! Muszę go wdrożyć kiedy Nata choruje. Ma co prawda trzy lata, na zegarku się nie zna ale…dzień ma podzielony na czas do drzemki i po niej. Czas na jedzenie i czas niezagospodarowany. Ten drugi będziemy sensownie planowały ;) Czesto pracuję z domu kiedy mała choruje. Zamiast mówić jej zaraz, jeszcze chwila, mogę odgórnie wyznaczyć czas pracy i zabawy. Aż mi głupio, że nie wpadlam na to wczesniej… Dzięki;)

Kamil Nowak
Gość

Szczególnie polecam właśnie wtedy, gdy oprócz dzieci mamy normalną pracę do wykonania :)

Andrzej
Gość
Andrzej

Ciekawe rozwiazanie. Wydaje mi się, ze taki efekt przynioslo to dlatego, ze to dziecko czuło się panem sytuacji. To, ze został uwzgledniony przy planowaniu dnia znaczaco podnioslo jego pozycję, bo wiedział, ze za okreslony czas bedzie mógł pobawić sie z rodzicem, a ten nie mógł odmówić, bo zlamalby wspolnie ustalony regulamin. Szach mat rodzice. Swoetna metoda i jak tylko mi bobas podrosnie, to postaram się ją wdrożyć

Kamil Nowak
Gość

Rodzicom też w sumie łatwiej, bo wiedzą, że czas jest określony i nie będzie miejsca na „jeszcze trochę”, „jeszcze chwilę” czy „jeszcze raz”.