Jak spędzić aktywne wakacje z dziećmi i jednocześnie wypocząć?

Relacja z wyjazdu z BTA Kompas na rodzinny obóz.

Lato 2014

Pamiętam, jak w ubiegłym roku napisałem, że jadę na wczasy z dziećmi i ludzie zaczęli mi wieszczyć, że to żadne wczasy, skoro jadę z dziećmi. Że dzieci na wczasach to może i wypoczywają, ale na pewno nie ich rodzice. A ja mimo wszystko uważałem, że wypocznę i zupełnie nie czułem tego, o czym ludzie pisali.

Dopiero po czasie zrozumiałem, że ani moje podejście nie było złe, ani tych ludzi. Po prostu akurat w ubiegłym roku bardzo czekałem na to, aby spędzić ten czas z moimi pociechami, bo na co dzień trochę mi go brakowało. Niemniej przypomniałem sobie też chwile w moim życiu, w których spędzałem całe dnie z nimi i jadąc na wakacje, chciałbym mieć też kilka chwil wytchnienia dla siebie.

Wtedy też zacząłem się zastanawiać czy będąc w tej drugiej sytuacji, mamy jakąś możliwość, aby rzeczywiście te chwile dla siebie znaleźć?

Obóz rodzinny?

Zdążyłem już nawet zapomnieć o tym, że taka sytuacja miała miejsce, aż natrafiłem na ofertę spełniającą powyższe założenia. Ofertę, która malowała się naprawdę nieźle.

Zresztą sami oceńcie:

„Obozowy dzień podzielony jest na trzy części programowe: zajęcia przedpołudniowe, popołudniowe oraz wieczorne. Każdego dnia przygotowaliśmy blok zajęć wspólnych dla całych Rodzin, a także zarezerwowaliśmy czas wyłącznie dla relaksu Rodziców. W tym czasie Maluchy biorą udział w animacjach, grach i zabawach, przygotowanych specjalnie dla nich. Cisza nocna dla Dzieci zapada o 21.00: nasi Wychowawcy kładą je spać, a Rodzice mają czas na spacer nad brzegiem rzeki, miłą kolację przy świecach lub udział w przygotowanych przez nas animacjach.” (tutaj jest pełna oferta)

Jeśli dodać do tego, że z taką ofertą wyszło do mnie BTA Kompas, czyli firma która zdobyła moje zaufanie już w ubiegłym roku opiekując się w moimi dziećmi na kolonii (5-latkiem i 8-latką), o czym pisałem tutaj, to nie zastanawiałem się zbyt długo. Nie mówiąc też o tym, że byli oni pierwszą firmą, która się do mnie odezwała w historii mojego bloga, więc miałem do nich mały sentyment.

Zaprawianie dzieci

Nastawiłem się więc pozytywnie i początkiem sierpnia pojechaliśmy na tygodniowy obóz. Jak się okazało – moje nastawienie było trochę zbyt pozytywne.

W pierwszy dzień, kiedy dzieci dopiero poznawały okolicę i miały pierwsze spotkanie z paniami z kadry, poszedłem przed spotkaniem do pań, aby upewnić je, że my (rodzice) zawsze jesteśmy gdzieś w pobliżu, nawet jeśli one akurat organizują jakąś zabawę dla dzieci. Powiedziałem, żeby nie bały się zadzwonić do nas czy przyprowadzić dziecko, jeśli będzie zmęczone, marudne etc.

Nie miałem zamiaru nikomu mydlić oczu, że moje dzieci to aniołki i zostawiać je paniom na kilka godzin z podejściem „niech one się martwią”. Znam swoje dzieci (szczególnie te młodsze) i znam ich możliwości, więc jestem w pełni świadom, że czasami potrafią ostro zadymiać i potrzebna jest kawaleria :)

Nieciekawy początek

Niestety już w pierwszy dzień mój sześcioletni syn przyleciał do nas z placu zabaw zupełnie sam. Nie jestem rodzicem helikopterem i nie uważam, że cały czas ktoś musi nad dziećmi stać, ale to był pierwszy dzień i zupełnie nowe dla niego miejsce (nie mówiąc już o tym, że w pobliżu jeziora), a nas mogło zwyczajnie w pokoju nie być (zresztą akurat wychodziliśmy). Co wtedy?

Porozmawialiśmy więc z paniami, że o ile naszą dziewięciolatkę mogą puścić gdzieś samą, to jednak na czterolatka i sześciolatka chcemy, aby miały cały czas na oku. Szczególnie, że akurat wtedy panie były dwie, a dzieci piątka.

Niestety na trzeci dzień jedna z mam przyszła do nas, że akurat spotkała jedną z pań z kadry, która szła z trójką dzieci i na pytanie gdzie jest pozostała dwójka (jej pięciolatek i nasz sześciolatek), pani powiedziała, że chyba na plaży. Owa mama pobiegła więc na poszukiwanie, ale okazało się, że chłopców tam nie ma. Jezioro obok, czarne myśli w głowie. Dzieci są oczywiście dość rozsądne, ale czasami strzelają im głupie pomysły do głowy, prawda?

Na szczęście okazało się, że chłopcy biegnąc przed panią, schowali się w jednym z budynków przy drodze, w którym wcześniej wszyscy się bawili. Taki żarcik sobie zrobili.

Nie wiem jak wy, ale ja miałem w tamtym momencie ochotę zabrać dzieci i więcej ich paniom nie oddać.

Co się okazało? I dlaczego jednak oddałem dzieci pod opiekę?

Po rozmowie i przeprosinach (od pań i od samego biura) okazało się, że panie trochę bały się prosić o pomoc czy „oddawać” nam dzieci, gdy za te bardzo zadymiały, bo obawiały się pretensji i tego, że w ten sposób zepsują nam wyjazd. Starały się więc być dyspozycyjne cały dzień, zamiast w ustalonych godzinach, a że miały jeszcze swoją dodatkową pracę, to czasami z dziećmi zostawała tylko jedna pani. I w powyżej opisanej sytuacji dzieci jej zwyczajnie uciekły (mimo nawoływań, żeby nie uciekali). Niestety nie mogła za nimi pobiec, bo miała pod opieką pozostałą trójkę.

Wtedy też, wspólnie z innymi rodzicami powiedzieliśmy paniom, że opieka opieką, ale nie ma nic ważniejszego niż bezpieczeństwo dzieci na takim wyjeździe. I że my nie oczekiwaliśmy nawet przez chwilę całodobowych opiekunek, tylko raczej dwóch czy trzech zorganizowanych zajęć dziennie dla dzieci (tudzież dla dzieci i rodziców). Panie za takie rozwiązanie też były wdzięczne, bo same czuły się niepewnie zostając z piątką dzieci w pojedynkę, a w tym „nowym” układzie zawsze były we dwie.

Nie mam tylko pojęcia czemu nie było tak od samego początku?

Na szczęście od tego momentu, było już dokładnie tak, jak się spodziewałem

Od tego momentu, mogliśmy się oddać rodzinnemu wypoczynkowi, po jaki przyjechaliśmy i dobrze się bawić korzystając z zaplanowanych atrakcji. Zresztą kto by się dobrze nie bawił budując szałas? Poszukując skarbów? Odkrywając zagadki w terenie? Rzucając się balonami wodnymi? Lub przeszukując las czy plaże przy użyciu wykrywacza metali? A to tylko mała część zajęć przewidzianych dla tatusiów… znaczy dla dzieci :)

Z moim zamiłowaniem do natury nie będę zresztą ukrywał, że w niektórych zajęciach przewidzianych dla dzieci sam z chęcią wziąłbym udział. Niestety do szałasu byłem za wielki, a na wykrywacza metalu nie miałem serca odbierać dzieciom :)

Na szczęście mój terminarz też był zapełniony.

Zajęcia dla rodziców

Najbardziej się cieszyłem na Paintball, ale ten akurat został odwołany, bo było zbyt mało chętnych. W zamian dostaliśmy masaże w spa (jakoś przeżyłem :). Mieliśmy też m. in. wizytę w saunie, nordic walking czy naukę salsy (na której bardziej się spociłem niż na saunie) oraz nielimitowany dostęp do rowerków wodnych i kajaków.

Niemniej największą radością dla mnie (i dla moich dzieci chyba również), były wszelakie atrakcje dla całych rodzin.

Zajęcia dla rodzin

Sam spływ kajakowy jest jednym z najlepszych pomysłów na takim wyjeździe z jakim się spotkałem i spodobało mi się na tyle, że planuje sam się niedługo z dziećmi na kolejny wybrać. Wizyta na farmie też była sporym zaskoczeniem, bo ilość cierpliwości i delikatności, jaką moje dzieci wykazywały wobec zwierząt, była naprawdę niesamowita. Do dzisiaj słucham o tych „malutkich kaczuszkach” (które notabene mój czterolatek sam wyciągał z klatki i podawał wszystkim zainteresowanym, sprawdzając później czy odłożyli je na miejsce) i o tym, że moje dzieci by bardzo takie chciały. Zresztą kozę też by chciały i patrząc na ilość spożywanego przez moje dzieci mleka, to mam momenty, że się nad tym poważnie zastanawiam ;) Jeszcze inne atrakcje, o których nie wspomniałem, można zobaczyć na zdjęciach poniżej.

Co jeszcze było dobre?

Jedzenie. Zdecydowanie jedzenie.  Co prawda wybór potraw wystawionych na szwedzkim stole mógłby nie zaspokoić najbardziej wymagających, ale zawsze można było poprosić kuchnie o coś dodatkowego. Czy to była jajecznica czy omlet czy jakaś inna zupa – zawsze dawali radę. Niemniej brak ogromnego wyboru, był zdecydowanie rekompensowany jakością, szczególnie dla ludzi lubiących to, co z jest prosto natury. Było mleko prosto od krowy (kartonowe też w razie czego), były kozie sery i były też najlepsze pomidory jakie jadłem w życiu (inne warzywa i owoce też były pyszne, ale te pomidory…). Jednym słowem, głodni nie chodziliśmy.

Punkt najważniejszy, czyli ile to kosztuje?

Koszt udziału, to 1599 zł dla osoby dorosłej i 1499 zł dla dziecka. Dzieci poniżej 3 roku jadą za darmo. Na początku wydawało mi się, że to wcale mało, ale gdy zobaczyłem ile atrakcji jest w tej cenie wliczonych, to mi przeszło. Szczególnie, że paru znajomych wypytałem ile średnio wydają na rodzinne wakacje nad morzem i najczęściej podawali podobne kwoty, a nie mieli w tym nawet połowy tych zajęć. O opiece kadry, tysiącach dobrych jakościowo zdjęć (dosłownie tysiącach) czy ubezpieczeniu wycieczki nie wspominając.

Wpis sponsorowany, to nie kupiona opinia

Wiem, że pewnie po wpisie we współpracy z firmą spodziewaliście się opisu w samych superlatywach, ale dla mnie ważna jest uczciwość w kontaktach z czytelnikami i dlatego musiałem wspomnieć o sytuacji, która miała miejsce w pierwszych dniach, mimo że rzuca ona cień na firmę. Chcę, abyście mieli pewność, że moje recenzje nie są kupionymi opiniami i że zawsze będę szczerze opiniował produkty i usługi. Niezależnie od tego czy ktoś płaci czy nie.

I również ze względu na szczerość, nie mogę też udawać, że cały wyjazd był beznadziejny przez tą jedną sytuację, bo taki nie był. Szczególnie, że po rozmowie z kadrą wszystko było już takie jak powinno i naprawdę dobrze się bawiliśmy, a dzieci się dość mocno z paniami z kadry związały. I zarówno obozowe zabawy w wodzie, budowanie domków (z takich małych cegieł i zaprawy) czy wieczorne, wspólne czytanie bajek przez panie, wspominają do dzisiaj przy różnych okazjach. Zresztą na poniższych zdjęciach możecie sami zobaczyć, że się nie nudziliśmy.

Oczywiście są różni ludzie i różnie lubią spędzać swoje wakacyjne wyjazdy, więc nawet nie staram się nikogo przekonać, że jest to uniwersalne rozwiązanie dla wszystkich. Niemniej mi osobiście sama ideę rodzinnych obozów jak najbardziej przypadła do gustu i mam również nadzieję, że dzięki temu wpisowy, usługi firmy BTA Kompas, będą w przyszłości jeszcze wyższe i taka sytuacja, jak wyżej opisana, nigdy się już nie powtórzy.

IMG_1707

IMG_2036

IMG_3902

IMG_3913

IMG_1844

IMG_1863

IMG_2427

IMG_2510

kompas

kompas2

kompas3

kompas4

kompas5

kompas8

kompas7

Wpis powstał w wyniku współpracy z BTA Kompas.

Prawa do zdjęcia głównego należą do Visit St. Pete.

Jeśli dotarliście do tego momentu, to po pierwsze jest mi bardzo miło. Byłbym też niezwykle wdzięczny, gdybyście uznali ten artykuł za warty udostępnienia dalej, bo dzięki temu będzie on miał szansę trafić do kogoś, kto być może również potrzebuje go przeczytać.

5
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
5 Comment authors
BlogOjciecMartapasterkaKamil NowakAdam Kozera Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Adam Kozera
Gość
Adam Kozera

My zwykle synka zabieramy na kajaki. Wypozyczamy w nadpilice bo przeciez nie wcisne do auta i sobie splywamy pilica. Wszyscy w kapokach i nawet żona spokojna :)

Kamil Nowak
Gość

No kapoki najważniejsze :)

pasterka
Gość
pasterka

Wakacje zawsze z dziećmi, nie wyobrażam sobie inaczej. Najbardziej lubimy mazury, woda, plaża i rybki

Marta
Gość
Marta

A co powiesz na temat przedszkola narciarskiego? Dzieci 5 i 3,5 l. Wybieramy się w góry i jest taka opcja. Nie ukrywa ze sama też chcę pojeździć na nartach , no ale jeśli ono nie będą w przedszkolu to niemożliwe