Czy dysleksja to prawdziwe zaburzenie?

Czy tylko kolejny sposób w jaki nasze dzieci mogą sobie „ułatwić” życie?

2335080161_6c96f831b1_b

Pani Polonistka

Wszystko zaczęło się liceum, gdy spotkałem na swojej drodze jednego z najlepszych, najbardziej solidnych, sprawiedliwych i wymagających nauczycieli w moim życiu. Panią Polonistkę. Do dzisiaj pamiętam, jak w klasie maturalnej, musiałem zdać sześć epok w dwa tygodnie, żeby mieć tróję z polskiego. A z pozostałych przedmiotów miałem średnią 4,8, więc całkiem głupi nie byłem. I ona właśnie po raz pierwszy, pokazała mi oraz moim kolegom i koleżankom, czym jest dysleksja. Pokazała nam też różnice między dysleksją, dysgrafią i dysortografią. Uświadomiła nam wtedy, że są to zaburzenia, które potrafią bardzo utrudnić życie. Uczniowie z dysleksją przestali być obiektem podziwu, jak było do tej pory. Przestali być tymi, którzy mieli szczęście. Dopiero wtedy zrozumiałem, że to co mi przychodzi stosunkowo łatwo, dla dyslektyka może wiązać się z ciężką pracą i wieloma godzinami poświęconymi na dodatkową naukę. Godzinami, które ja mogłem poświęcić na zabawę. Zazdrość? Nie wydaje mi się.

Na szczęście Pani Polonistka nauczyła nas też, żebyśmy nie podchodzili do tematu dysleksji bezkrytycznie. Że to prawda, że dyslektycy mają ciężej od innych, ale to też nie znaczy, że wszystkich mamy traktować ulgowo. Że są tacy, którzy ze swoją dysleksją nic nie robią i nie interesują się nią. Dlaczego więc inni ludzie mieliby się nią przejmować?

Immunitet dysleksyjny

Czy zdarzyło wam się kiedykolwiek przeczytać, podczas rozmowy z kimś: „robię błędy, bo jestem dyslektykiem”? Po tym jak ktoś nawalił tyle byków, że wasze oczy niemal zaczęły łzawić? I powiedział to takim tonem, jak gdyby chciał dodać „No i co mi zrobisz, co!?”. Ja się z tym spotkałem niezliczoną ilość razy. W zasadzie, gdybym dostawał jeden grosz, za każdym razem, gdy ktoś wypowiadał to zdanie, to dzisiaj mógłbym sobie kupić co najmniej soczek w kartonie. A najgorsze jest to, że nasz rozmówca pisze te słowa, bo wie, że popełnia błędy. Jest tego w pełni świadom. I mimo to, nic z tym nie robi. Nawet nie stara się tego ukryć. On wręcz uważa, że jego zaburzenie upoważnia go do robienia błędów. Że ma jakiś immunitet i że z tego powodu inni mają się do niego dostosować.

Powód do dumy?

Nie wiem jak wam, ale mi osobiście byłoby głupio i wstyd, gdybym komukolwiek coś takiego napisał. Sam mam niewielką wadę wymowy, ale nie chodzę i nie mówię każdemu „mam wadę wymowy i jak mnie nie rozumiesz, to jest to Twój problem!”. Nie. Pracuję nad tym. Nie jest łatwo, bo to jest jednak nawyk, ale się nie poddaję. Dyslektyk ma w mojej opinii jeszcze łatwiej, bo w dzisiejszych czasach niemal wszędzie da się znaleźć autokorekty, które podkreślają błędy. Może nie poprawi ona wszystkich, ale przynajmniej wyeliminuje te oczywiste. Wystarczy tylko chcieć.

Stereotypy

Najgorsze w tych typach z pod szyldu „robię błędy, bo jestem dyslektykiem”, jest to, że oni robią złą opinię prawdziwym dyslektykom. Tym, którzy naprawdę nad sobą pracują. Tym, którzy od czasów podstawówki do dnia dzisiejszego, spędzili niezliczoną ilość godzin ucząc się rzeczy, które i tak są dla nich niezwykle trudne. Tym, którzy walczą, mimo iż czasem nawet przez tygodnie nie widać żadnych efektów. Ludziom, którzy chcą być jak wszyscy inni i którzy nie chwalą się każdemu, że mają takie lub inne zaburzenie. Ludziom, których ja wyjątkowo szanuje, bo wiem ile wysiłku kosztuje praca nad sobą. Zwłaszcza jeśli pracujemy nad czymś, co innym ludziom przychodzi bez żadnego wysiłku.

Czy możemy im jakoś pomóc?

Z praktycznych rzeczy, warto wiedzieć, że prawdziwa dysleksja może być stwierdzona dopiero po kilku miesiącach (!) intensywnych ćwiczeń korekcyjno-kompensacyjnych, które wykluczają diagnozowanie dysleksji, u kogoś, kogo problemy z czytaniem i pisaniem wynikają z zaniedbań w dotychczasowej edukacji. Dlatego jeżeli widzimy lub słyszymy o przypadkach, gdy dysleksja jest diagnozowana po jednej lub dwóch wizytach w poradni – zareagujmy. Nie pozwólmy sztucznie ograniczać dzieci, wmawiając im, że mają jakieś zaburzenia. To tylko pozornie ułatwi im życie.

Warto również wiedzieć, że nauczyciele mają obowiązek zapewnić uczniom z dysleksją, dodatkowe zajęcia wyrównujące. Mają również obowiązek (!) traktować ucznia, który z takich zajęć nie korzysta, dokładnie tak samo, jak traktuje każdego innego ucznia. W końcu jeśli danej osobie nie przeszkadza jego dysleksja i nie uważa, że powinien nad nią pracować, to dlaczego ktokolwiek inny miałby się nią przejmować?

Czy jest coś jeszcze?

Moim zdaniem, powinniśmy przede wszystkim stale pamiętać o tym, że posiadanie dysleksji nie jest wygraną na loterii. Nie jest czymś, czego można zazdrościć. Wręcz przeciwnie. Jest raczej kulą u nogi, która zmusza nas do powtarzania tego samego po kilkadziesiąt razy, tylko po to, żeby rano obudzić się i zauważyć kompletny brak rezultatów. Musimy też pamiętać, że nie możemy wpakować wszystkich dyslektyków do jednego worka, tylko dlatego, że poznaliśmy paru ludzi, którzy są leniwi i nauczyli się wykorzystywać system. To, że oni są najgłośniejsi i najbardziej zauważalni, nie znaczy, że stanowią większość. Większość dyslektyków jest mądra. Większość nie rzuca się w oczy. I dlatego też ich nie zauważamy. Ale to nie znaczy, że oni nie istnieją. Oni istnieją i mają się całkiem dobrze. O ile nie muszą co chwilę słychać o tym, jak to wszyscy dyslektycy są zwykłymi oszustami, którym nigdy nie chciało się nauczyć podstaw ortografii. I pamiętajcie też, że używanie słowa dysmózgowie przestało być śmieszne, jakieś pięć lat temu.

Uwaga: Dysleksja (i dyslektycy) została wykorzystana w tekście, w szerokim rozumieniu zjawiska, obejmującego problemy zarówno w czytaniu, jak  i pisaniu. Piszę tą uwagę, żeby ktoś mi nie wytknął wąskiego rozumienia zjawiska dysleksji, jako zaburzenia obejmującego wyłącznie problemy w czytaniu.

Prawa do zdjęcia należą do Milena.

Jeśli dotarliście do tego momentu, to po pierwsze jest mi bardzo miło. Byłbym też niezwykle wdzięczny, gdybyście uznali ten artykuł za warty udostępnienia dalej, bo dzięki temu będzie on miał szansę trafić do kogoś, kto być może również potrzebuje go przeczytać.

23
Dodaj komentarz

avatar
10 Comment threads
13 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
12 Comment authors
aniaKingaSosnowa 11Krzysztof ŚliwińskiBlog Ojciec Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mateusz Żłobiński
Gość

Mi w podstawówce nauczycielka stwierdziła dysleksję i dysgrafię, miałem iść z rodzicami do poradni, jednak darowali sobie i ostro wzięli się za pracę ze mną, pamiętam, że całe dnie na pamięć wkuwałem słowa i uczyłem się ładnie pisać, wiele wiele godzin na to poświęciłem i dziś nie mam z tym najmniejszych problemów. Gdybym miał zdiagnozowaną dysleksję pewnie byłby to powód do dawania mi taryfy ulgowej i najprawdopodobniej do dziś nie umiałbym prawidłowo pisać.

Blog Ojciec
Gość

Gdybyś trafił na moją polonistkę, to nawet z dysleksją wyszedłbyś na ludzi :) Także wiele zależy od nauczyciela. Ale tak jak piszesz, równie wiele (albo i więcej), zależy też od rodziców.

Mama Ka
Gość
Mama Ka

Wychowawczyni eM zasugerowała, aby przez najbliższe 2 lata zbierać jego wszystkie zeszyty szkolne, bo możliwe, że jest dyslektykiem, a diagnoza będzie najbardziej miarodajna dopiero w 4 klasie podstawówki…

Blog Ojciec
Gość

Dokładnie tak jest. W klasach 1-3 nauczyciel powinien poinformować, że jest podejrzenie, a dopiero w klasach 4-6 stwierdza się już na pewno czy jest dysleksja czy nie.

Solhemh
Gość
Solhemh

Po pierwszej klasie podstawówki stwierdzono u mnie dysleksji dzięki mojej mamie która walczyła jak lewica o to ze nie jestem debilem. Bo moja nauczycielka tak stwierdziła że jeżeli źle mi idzie to tylko moja wina i rodziców. Przez ten rok tak zostałam zgnłębiona ze do teraz odczuwam skutki. Bo jeśli w kółko słyszymy ze dysleksja to tylko wymówka poświęcasz cały wolny czas na naukę a efekty są prawie żadne to zaczynasz dochodzić jako dziecko do wniosku ze to nie ma sensu jestem do niczego i nic tego nie zmieni. Dlatego są dyslektycy którzy się poddają i mówią jestem dyslektykiem i… Czytaj więcej »

Joanna Kubatek
Gość
Joanna Kubatek

tez mam w rodzinie dyslektyka i wcale nie jest to len ani nieuk.a pytanie czy to prawdziwe zaburzenie bierze sie z naduzywania przez dzieci i ich rodziców tej przypadłości.Ci prawdziwi są więc żle postrzegani lub uwazani za leni którzy udaja zeby nie uczyc sie j.polskiego.A nasza polonistka była jedyna co nie Kamil:) ?

Blog Ojciec
Gość

Nasza polonistka była (i jest!) skarbem narodowym :)

Aneczka
Gość

U mnie w podstawówce jeden chłopak miał stwierdzoną dysleksję i tak go gnębiła polonistka (bo to upośledzenie umysłowe i ona nie ma zamiaru męczyć się z debilami! do szkoły specjalnej z takim a nie psuć jej opinię nauczycielki i zaniżać inne dzieci!) że gdy w poradni stwierdzono i u mnie broniłam się jak mogłam przed dostaniem na to papierka. Chodziłam na zajęcia „cichaczem” po znajomości a każda minuta mojego życia wtedy była poświęcona ćwiczeniom a i tak jak raz dostałam z dyktanda 2- to cieszyłam się jak głupia :D (wszystkie inne to były 1). Wiele razy chciałam się poddać i… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

Fajne te ludzie. Zabierzesz im wzrok, to zaczynają słyszeć jak nietoperze. Dasz im dysleksje, która utrudnia im życie, to w pakiecie dostają super moce :) Pierwszy raz o tym słyszę, ale fajnie to brzmi :)

Nessie
Gość

Ja mam dysortografię i wielu ludzi nie rozumie, nie wierzy, zę nie chodzi o to, że bazgrzę jak kura pazurem tylko że jest to całościowe zaburzenie relacji ręka-oko i bardzo utrudnia życie, np. wiecznie robię literówki, nawet pisząc na komputerze, potykam się, potrącam przedmioty.

Sosnowa 11
Gość

Spotkałam się z fajna teorią, która (w bardzo dużym uproszczeniu) mówi, że większość ludzi uczy się za pomocą wzroku, ale są tacy, którzy uczą się słuchając, a jeszcze inni musza się ruszać, żeby się skupić. Dla tych ostatnich np. „Przestań się wiercić i się skup” ma tyle sensu co „zamknij oczy i patrz”. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że „wzrokowcy” są „normalni”, „słuchowcy” to dyslektycy a „ruchowcy” mają ADHD. Jestem wzrokowcem. Jak widzę nieortograficznie napisany wyraz, to on po prostu głupio wygląda. Ale np. mój syn jest typowym słuchowcem. Takim, co to „patrzy i nie widzi”. W jednym zdaniu potrafi… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

I tutaj wracamy do całkowitych podstaw. Ludzie, którzy tworzą program nauczania, powinni być przede wszystkim przeszkoleni z takich podstaw jak odróżnienie słuchowca od wzrokowca i dotykowca od kinestetyka. I tak przygotować program, żeby każdy z nich miał okazję się wykazać. Później należałoby z tego przeszkolić nauczycieli, a dopiero na końcu wpuszczać dzieci do szkół. Niestety, nie ma się oszukiwać – to się nie stanie. I bardzo często rodzice stają się jedynymi osobami, które mogą pomóc swoim dzieciom w takich zmaganiach.

Krzysztof Śliwiński
Gość

Można dodać do tego jeszcze podejście jakie proponuje Robert Sternberg, że dzieci (i dorośli) mają trzy rodzaje preferowanego myślenia: analityczne (to bardzo mocno wspiera szkoła), twórcze i praktyczne. Dzieci z dwóch ostatnich grup mają raczej słabe i niskie oceny, co najwyżej średnie wyniki w testach, szkoła za bardzo ich nie lubi, bo albo są kłopotliwi, albo wydają się nie związani ze szkołą, szkoła te dzieci w ich odbiorze ogranicza, albo je nudzi… Dopiero jako dorośli (jeśli szkoła i otoczenie ich jakoś nie zwichnie) rozwijają skrzydła i okazuje się, że dobrze potrafią sobie radzić w życiu. O tym podejściu można przeczytać… Czytaj więcej »

Sosnowa 11
Gość

Na moje niewprawne oko mój syn jest twórczym słuchowcem. I zrobię wszystko, żeby tego nie zepsuć.

Krzysztof Śliwiński
Gość

To masz może przyszłego kompozytora w domu. :)

Sosnowa 11
Gość

Widzę w nim całe mnóstwo talentów, bo ja jako analityczny wzrokowiec jestem typem jak najbardziej typowym, a on jest oryginał. Czasem mnie do szału doprowadza, bo zamiast iść wygodnie wydeptaną ścieżką, woli po swojemu od początku wymyślać koło, ale z drugiej strony – wiem jak bardzo jest to niezwykłe i cenne. Wystarczy popatrzeć np na miasta, które buduje z klocków. Niesamowite. Nie odwzorowuje rzeczywistości, tworzy własną.

Krzysztof Śliwiński
Gość

Kilka miesięcy temu usłyszałem w radiu o pewnym człowieku. Mówił między innymi o tym, że był pod koniec podstawówki (uczył się jeszcze w starym systemie) w ogonie klasy, miał ciągłe zagrożenia z wielu przedmiotów. Wspomniał też, że miał dysleksję. Nawiązałem z nim kontakt. Poznałem go… Jego historia pokazuje, że to inne podejście do nauki może zmienić bardzo wiele. On zaczął praktycznie stosować metody pamięciowe. Można powiedzieć, że opanował je do perfekcji. Jak sam powiedział, jest w stanie nauczyć każdego, jak ma się uczyć tysiąca słów języka obcego w ciągu jednego, dwóch dni. A zakres słownictwa w szkole na semestr to… Czytaj więcej »

Blog Ojciec
Gość

To o czym piszesz powinno być w ogóle wprowadzone do szkolnej nauki. Nie tylko dla dyslektyków, ale dla wszystkich dzieci. W końcu jeśli istnieje sposób, żeby uczyć się pięć, dziesięć czy nawet dwadzieścia razy szybciej, to dlaczego z niego nie skorzystać? Nawet jeśli uczenie się byłoby „tylko” dwukrotnie szybsze, to oznacza to dwa razy więcej przyswojonej wiedzy. Już taki „niewielki” efekt byłby wart tej jednej dodatkowej lekcji.

Krzysztof Śliwiński
Gość

Ciekaw jestem, jak świat wtedy by wyglądał?
Jeśli małe dziecko jest się w stanie nauczyć dwóch, trzech, czterech języków zanim pójdzie do szkoły, to znaczy, że ma takie możliwości niejako „wrodzone”. Później idzie do szkoły i się zaczyna ból. Przerabiałem to ze starszym synem… Sądził w pewnym momencie nauki szkolnej, że jest językowym beztalenciem ze stosownymi ocenami i masą negatywnych emocji. Dziś sam z siebie uczy się np. azerskiego i zastanawia, jak to możliwe, że tak o sobie myślał.

ania
Gość
ania

Dzięki za Twój post! 100% racji. Szkoła jest w ogóle do bani. Uważam, że potrzeby jest nam powrót do edukacji domowej. Warto o tym poczytać, http://pisanie-filologia.pl/ dziękuje za ten blog. Dobrze, że ktoś w ten sposób piszę o problemach

Dzieciaki Ratują
Gość

I ja miałam taką kochaną polonistkę. W klasach 1-3 gdy zdarzały mi się literówki pani uważała, że za słabo pracuję – z tym, że przy zgłoskowaniu wyrazów doskonale wiedziałam jakie literki mają wystąpić po sobie. Dopiero w czwartej klasie trafiłam na fantastyczną polonistkę, która po kolejnej jedynce z dyktanda odpytała mnie z zasad ortografii. Później były badania i testy w poradni psychologiczno – pedagogicznej, a moje dyktanda zaczynały się od… wyjaśnienia zasad pisowni np. „ó”. Okazało się, że mam dysortografię i świetnego pedagoga, który pomógł mi przez to przebrnąć z głową podniesioną do góry!

Blog Ojciec
Gość

Obym takich historii czytał jak najwięcej :)

Kinga
Gość
Kinga