Admiralette – Księga Pierwsza

recenzja fantastycznej książki.

Jeśli przyszedłeś tylko po recenzję, to możesz ominąć pierwsze trzy akapity.

Processed with VSCOcam with a5 preset

Jestem ojcem

Jeśli jesteś moim stałym czytelnikiem, to pewnie zastanawiasz się co u licha na blogu parentingowym robi recenzja książki o czymś innym niż o wychowaniu dzieci. Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie jestem wyłącznie ojcem. Mam w swoim życiu miejsce również na inne rzeczy niż rodzina i nawet jeśli one nigdy nie będą najważniejsze, dalej będą częścią mnie. Ważną częścią. Każdy z nas ma takie małe rzeczy w swoim życiu, które dopiero gdy połączone, tworzą pełny obraz człowieka.

Jestem też fantastą

Jedną z takich małych rzeczy w moim życiu jest fantastyka. Przez całą moją szkolną edukację nie przeczytałem ani jednej lektury (poza Lotem nad Kukułczym Gniazdem, ale akurat tej jednej nie zdążyliśmy przerobić). Nie miałem na nie czasu. Zabrali mi go starsi panowie. Terry Pratchett, Fritz Leiber, Orson Scott Card, J. R. R. Tolkien i jeszcze paru innych. Nawet z Georgem R. R. Martinem się wtedy spotkałem, choć nie przy Grze o Tron, lecz przy Piasecznikach (gorąco polecam to opowiadanie). To jednak też nie jest jedyny powód, dla którego piszę tą recenzję. Jest jeszcze jeden.

Jestem blogerem

Żyję w blogosferze. I każdy sukces blogosfery, sprawia mi radość. Każdy kolejny bloger, któremu udaje się spełnić marzenie (lub zrobić duży krok w jego kierunku), wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Czułem się tak, gdy trzymałem w rękach pierwszą książkę Kominka i czułem się tak samo tydzień temu, gdy w moje ręce wpadła Admiralette, książka Andrzeja Tucholskiego z jestkultura.pl. Dzięki takim momentom wiem, że każde, nawet najdziksze marzenie jest możliwe do spełnienia. Wiem też, że to co ja zamierzam wydać, też w końcu się na rynku pojawi. I odpowiadając na pytania: nie będzie to poradnik dla rodziców. Ba, nie będzie to nawet książka. Ale dość już o mnie, czas na recenzję.

Recenzja Admiralette

Morskie fantasy nie jest najpopularniejszym z gatunków, toteż nie do końca wiedziałem czego się spodziewać. Swoje obawy miałem, bo jednak z terminologią morską jestem na bakier (na rufę?). Na szczęście wszystkich fokmasztów, sterburt i innych takielunków nie było dużo. Dużo za to było na początku opisów, a mnie one nawet u Tolkiena nudziły, więc początek miałem ciężki. Na szczęście po tych pierwszych dwudziestu, trzydziestu stronach, zaczęło się mięcho i już na nudę nie było miejsca.

Filmowa narracja

Już po tych pierwszych kilkunastu stronach poczułem, że Admiralette pragnie wyrwać się z papieru i wejść do mojej głowy. Zamienić pozlepiane w zdania literki, w obrazy mojej wyobraźni. I udało jej się. Naprawdę widziałem te statki. Widziałem te skoki na linach, widziałem te wystrzały z armat i widziałem te pojedynki. Ta książka jest napisana językiem tak obrazowym, że nie sposób tego uniknąć, a jednocześnie niektóre sceny są tak brawurowe, że aż krzyczą o uruchomienie wyobraźni na pełnych obrotach. Jeśli do tej pory morza i oceny fantastycznych światów wydawały wam się miejscami, gdzie nic ciekawego wydarzyć się nie może, Admiralette zmieni wasze podejście na zawsze.

Wady?

Jakbym cierpliwie szukał to pewnie jakieś bym znalazł. Prawdą też jest, że w książce jest parę błędów stylistycznych czy kilka literówek (widziałem, że paru recenzentów się czepiało). Ciężko jednak winić autora, gdyż to zadanie należało akurat do wydawcy. Zadaniem autora było stworzenie wciągającej powieści i to na pewno udało się zrobić. Udało mu się również zaangażować czytelników i wspólnie stworzyć bardzo dobre uzupełnienie do książki, jakim jest playlista z „morskimi” utworami (dostępna tutaj). Aż dziwne, że tak mało pisarzy decyduje się na ten krok. Ja słucham jej od rana i mimo skończonej już książki, dalej żyję w tym świecie.

Podsumowanie

Czy polecam Admiralette? Tak. Czy kupię następną część? Zdecydowanie. Czy coś był do niej dodał? W zasadzie tak, ale tylko jedną rzecz. Fajnie by było w następnej części zobaczyć na końcu słowniczek tłumaczący niektóre z trudniejszych i bardziej nietypowych pojęć użytych w książce. Poza tym, wszystko było po prostu miodne.

Prawa do zdjęć należą do Andrzeja.

Jeśli dotarliście do tego momentu, to po pierwsze jest mi bardzo miło. Byłbym też niezwykle wdzięczny, gdybyście uznali ten artykuł za warty udostępnienia dalej, bo dzięki temu będzie on miał szansę trafić do kogoś, kto być może również potrzebuje go przeczytać.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o