„Szczerze Cię nienawidzę” – bolesny list dorosłego już człowieka, do własnego ojca

List, który niestety napisało samo życie i którego publikacja mam nadzieję przyczyni się do tego, że chociaż jedna osoba w przyszłości nie będzie musiała go ponownie napisać.

Dostałem ten list w skrzynce mailowej kilka dni temu, z prośbą o anonimowość. Autor opisuje w nim swoją relację z ojcem, który wychowywał go zgodnie z tym, co kiedyś uznawano za „dobre wychowanie” (niestety u niektórych dalej się to nie zmieniło). List publikuję jedynie z poprawkami kosmetycznymi, aby jak najwierniej zachować pierwotną formę i przekaz.

Wierzę, że jeśli dotrze on do dość szerokiego grona, to pozwoli otworzyć oczy tym, których w inny sposób nie da się przekonać do tego, aby traktowali swoje dzieci z szacunkiem.

Publikuję go też dlatego, że chociaż może to wyglądać na pojedynczy, bądź wręcz przekolorowany przypadek – ja sam osobiście znam conajmniej kilkanaście osób, które mogłyby się pod tym listem podpisać. Dla jednych może i jest to niewyobrażalne piekło, bądź wręcz abstrakcja czy fikcja literacka. Niestety dla wielu innych to była (i w niektórych przypadkach dalej jest) codzienność.

List

„Wiele niewyjaśnionych spraw ciągła niepewność, strach, brak wiary w siebie, poczucie beznadziei, nienawiść i imitacja rodziny…

Jestem tu, bo jest to mój pierwszy protest, pierwsze słowa, które chciałbym Tobie powiedzieć, jako osoba równa tobie. Nie gorsza, nie mniejsza, nie zastraszona, nie poniżona , nieodarta z godności, ale równa tobie.

„Generalnie dzieci się nie bije, ale lepsze bite niż śmierdzące…”

W zasadzie w tych słowach można zawrzeć wszystko to, czego nienawidzę w tobie, dlaczego Cię nienawidzę, dlaczego nie mogę czasami na Ciebie patrzeć, dlaczego mam odruch wymiotny, gdy na wigilii mówisz, że mnie kochasz, a wątroba mi się przewraca, gdy to słyszę…

Chodzę na terapię do psychoterapeuty, bo postanowiłem zrozumieć, to wszystko, dlaczego nie potrafię przebić szklanego sufitu, dlaczego moje zachowania były czasami nieracjonalne i co tak naprawdę się ze mną dzieje, ponieważ doszedłem do ściany i moje życie było na zakręcie…

Okazało się, że byłem i jestem nieszczęśliwym człowiekiem, bo nikt nigdy mnie nie pokochał, tak jak się powinno kochać dziecko.

Wypierałem to wszystko przez lata, ale to wszystko, co się wydarzyło w przeszłości miało i ma wpływ na to jakim człowiekiem jestem i jak się zachowuje. Biłeś mnie pasem, sznurem, szmatą i czym tam pod ręką dało się skarcić. Mnie i moje rodzeństwo… Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ze sobą tak walczyliśmy? Dlaczego nie potrafiliśmy się porozumieć? Dlaczego wykorzystywaliśmy się nawzajem, przezywaliśmy? Poniżaliśmy? Szantażowaliśmy?

Ty debilu! Ty pętaku! Ty gnoju! Ja w waszym wieku robiłem już tyle, że wstyd, że tego nie potraficie! Lepsze byłyby dzieci z domu dziecka niż wy, bo potrafiłyby docenić to co mają! Wojska wam brak! Inni się uczą a wy tylko przed telewizorem! Nie uczycie się! Jazda mi zrób to! Z wyra do roboty! Zatyraliście matkę (osobiście tego najbardziej nienawidzę)!

O wszystko opierdziel, pretensje i wyżywanie się na nas za gorszy dzień moment, ale najgorsze było to błaganie

„Tato nie bij, już będę grzeczny, proszę nie bij…”

Ten pas trzymany w ręku i Ty jak Capo, który mógł zdecydować, czy dostanę na goły tyłek, czy tym razem zostanę ułaskawiony, bo wystarczająco błagałem o litość, odzierając się po raz kolejny z godności i jak ten śmieć rzucony na ziemię znów dotknąłem dna. Marzyłem o tym, aby nie czuć tego bólu, poniżenia i bezsilności wobec ciebie… Silniejszego, większego, który wymagał posłuchu i dyscypliny…

Nie potrafiłeś z nami rozmawiać

Nigdy nie rozmawiałeś, tylko komunikowałeś a każda próba rozmowy i różnicy zdań kończyła się kłótnią, bo Ty teraz jesteś w okresie dojrzewania i dlatego jesteś taki! Każda sprawa powierzona Tobie, była później wykorzystana tak, że odechciewało się wszystkiego i zasłona milczenia rosła…

Wszystkie problemy, niepewności rozczarowania dusiłem w sobie, bo nie zawsze byli koledzy, z którymi mogłem porozmawiać, bo czym tu się chwalić, że ma się przesrane życie, brak wakacji, brak własnych planów i wieczną niepewność… Bo wracając ze szkoły do domu nigdy nie wiedziałem, czy dziś będę mógł odrobić lekcję, pójść z kolegami na piłkę, czy będę musiał pracować, bo akurat sobie przypomniałeś, że musimy coś zrobić.

Nawet później się do tego przyzwyczaiłem zawalając szkołę, marzenia i plany, bo jakie plany może mieć młody chłopak, który pracuje jak dorosły bardzo często, potrafi tak wiele,  ale jest debilem, który nic nie potrafi, nie uczy się i zatyrał własną matkę? Tylko debil mógłby mieć marzenia w takiej sytuacji…

Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego jestem, byłem taki rozkojarzony? Dlaczego nie potrafiłem się skupić? Dlaczego bujałem w obłokach? Bo w głębi serca ciągłe marzyłem o byciu sobą. O dzieciństwie, jakie miały inne dzieci obok, o spokoju, którego nigdy nie miałem, bo żyłem w wiecznym strachu, niepewności i obawie. Obawie, że dziś znów wykorzystasz moją słabość i powiesz, że mam coś zrobić, a ja posłusznie wykonam to, bo przecież najłatwiej siąść przed telewizorem i powiedzieć jazda mi to zrobić. Albo majstersztyk manipulacji „niech ktoś mi to zrobi..” i się zaczynała walka na wyzwiska, poniżanie i kto kogo pierwszy załatwi i przegra batalię o zleconą pracę…

Często mama tłumaczyła, że to budowa domu i musimy ciężko pracować, jeśli chcemy mieć własny pokój, do którego zaproszę kolegów. Żeby mieć łazienkę, abym nie wstydził się zaprosić kogokolwiek… zaciskałem zęby i wiedziałem, że muszę pracować, ale dlaczego spierdoliłeś nam dzieciństwo traktując nas jak swoich parobków, jak pomiotła, jak roboli, którzy musieli stać się dorosłymi ludźmi w tak młodym wieku? Wyjałowieni z emocji, uczuć i hodowani w zimnym chowie?…

Do tego stopnia spierdoliłeś naszą relację, że każda próba komplementu z Twojej strony kończyła się odrzuceniem, odpychaniem, bo przecież to nie ja… Wszystkie dzieci zawsze były lepsze, mądrzejsze, lepiej się uczyły, a my ciągle nie mogliśmy dorównać Twoim oczekiwaniom, bo próbowaliśmy mieć swoje zdanie.

Chcieliśmy mieć swój czas. Mieliśmy marzenia, których nie pozwoliłeś nam realizować.

Zastanawiam się, jak bardzo byłoby inaczej, gdyby w tej biedzie była odrobina miłości z Twojej strony. Poświęcony czas nam i spędzony wspólnie z rodziną. Pamiętam tylko raz, gdy zabrałeś mnie nad wodę i byłeś ze mną, a poza tym czarna dziura… z jednej strony nie dziwię się sobie, że się buntowałem i uciekałem od kontaktu z tobą, bo jak można mieć dobry kontakt z kimś, kto traktował mnie jak śmiecia? Jak chłopca do bicia, bo tak leczył własne kompleksy małego człowieka, który bije, bo wtedy się mści, ma władzę i rządzi…

Nigdy nie pamiętałeś o moich urodzinach, nigdy ich nie obchodziliśmy, nie celebrowaliśmy wspólnie nie robiliśmy niczego z przyjemnością, tylko traktowaliśmy wykonywanie obowiązków jako karę, bo do tego nasz przyzwyczaiłeś… Nigdy nie potrafiłeś rozróżnić pracy od odpoczynku i nigdy nas tego nie nauczyłeś.

Zmarnowaliście sobotę! Przeleżeliście cały Boży dzień! I ta pierdolona niepewność, czy dziś przyjdziesz i będziesz biadolił, że znów nic nie zrobione! Przyzwyczaiłeś się, że rozdzielałeś obowiązki na nas, a jak my się zaczęliśmy buntować, to manipulowałeś lub jątrzyłeś przy mamie, że nic nie zrobione, bo ona też jest wciągnięta w Twoją grę i podświadomie też nie potrafiła oddzielić pracy od odpoczynku i nakręcałeś ją, aby nam robiła awantury! Kurwa nienawidzę Cię za to.

Szczerze Cię nienawidzę!

Nie dałeś mi żadnego przykładu bycia mężczyzną, wręcz mam ogromną urazę do ciebie, bo przez Ciebie mama nie była na urlopie 30 lat! W kinie 30 lat! Kiedy ostatnio ją gdzieś zabrałeś? Zrobiłeś przyjemność? Kupiłeś prezent? Cokolwiek?! Tylko żono uśmiechnij się no uśmiechnij proszę!….I ona przez zaciśnięte zęby i nieszczęśliwe oczy się uśmiecha dla świętego spokoju!

Zamiast gadać, wziąłbyś się uśmiechnął i zrobił coś, aby miała powód do tego uśmiechu. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby się śmiała, żeby była szczęśliwa lub żeby planowała cokolwiek poza pracą w domu i w gospodarstwie. No bo Ty, Pan i Władca, przecież nigdy nic nie potrafisz dopilnować, zaplanować, zawsze na ostatnią chwilę, zawsze spóźniony…Weź no mi leć to kup! Wypastuj mi buty raz dwa! Robisz z siebie ciotę, idiotę i miękką faję!

Dziś już przekonany jestem, że to nie było nieprzemyślane głupstwo, lecz wyrafinowane skurwysyństwo!

Mama ogarniała wszystko w tym domu i za wszystko praktycznie była odpowiedzialna! Zrobiłeś z nas cioty, które nie pomagały, nie sprzątały, nie przygotowywały nic wspólnie, ale my zaczynamy to rozumieć, ze tak dalej się nie da i mama dłużej tak nie wytrzyma! Zrozumieliśmy też, że to nie w nas jest problem tylko w Tobie i w Twoim pieprzonym światopoglądzie! Może zrobiłbyś coś, aby mama nie miała tego na głowie? Zaszalej i niech mama zapomni, że znowu musi za Ciebie coś zrobić (podkreślam za Ciebie), bo po raz kolejny nie ogarnąłeś!

Zaskocz wszystkich i ogarnij się!

Zrobiłeś z nas cioty, które przeniosły te wszystkie zachowania do pracy, będąc uległymi, nie potrafiącymi wypowiadać swojego zdania i jak myślisz jakie to miało skutki? Jak myślisz, dlaczego nie radziłem sobie ostatnio w pracy? Dlaczego ktoś wyczuł moją słabość i to skrzętnie wykorzystał? Jak myślisz jak się mogłem czuć ? Gdy czułem, ze ktoś trzyma pas nade mną i uderza, a ja znów byłem śmieciem nic nie wartym…

Nadal uważasz, ze lepsze bite niż śmierdzące?

Zastanawiałeś się, dlaczego się nie wyprowadzaliśmy tak długo? Pewnie było Ci to na rękę, bo miałeś kim tyrać. Miałeś kogoś, kto zrobi wszystko za Ciebie, bo Ty jak zawsze jesteś zbyt leniwy, by się ogarnąć…

Jak myślisz mamy skrzydła, aby zacząć latać? Czy upierdalałeś je za każdym razem, gdy tylko próbowały rosnąć? A może wyginałeś je pod swoje podobieństwo?

Wyprowadzka była najlepszą decyzją, jaką podjąłem w ostatnim czasie, bo z tej perspektywy jeszcze bardziej zobaczyłem, jak bardzo nas skrzywdziłeś i jak spierdoliłeś to wszystko. Te przepłakane noce, myśli samobójcze. Tyle razy zasypiałem z myślą, ze jutro nie chcę się obudzić…

I to szukanie akceptacji poza domem, bo przecież nikt mi nie powiedział, że ja jestem ważny, mądry i jestem jaki jestem, bo przecież nie pasowało to do Twojego światopoglądu.

Nie dawałeś mi przykładu, tylko mówiłeś, jak mamy żyć, co robić i nie rozumiałeś, że czegoś nie chcę. Wyśmiewałeś to później przy pozostałych członkach rodziny, dlatego nigdy nie byłeś kimś do rozmowy, do spędzania razem czasu, bo traktowałeś nas jak swoich podwładnych, bo wojsko ci się marzyło… Teraz przypomnij sobie dziadka, który był twoim ojcem… po raz kolejny powtarzam ci, ze cieszę się, że go nie pamiętam, a Ty teraz spójrz na swoją rodzinę, rodzeństwo i spójrz w lustro i zastanów się kogo widzisz i jak się z tym czujesz?

Ja się czuję jak, ktoś kogo obdarto z marzeń, miłości, dzieciństwa i najgorsze jest to, że już tego się nie da cofnąć, bo to już jest stracone i nie mogę tego odzyskać… Mam ogromne poczucie straconego czasu. Podejrzewam, że miałem depresję, choć obecnie jest już lepiej. Dalej nad sobą jednak pracuję, bo jeszcze wiele jest do zrobienia. Wykształciłem się na tyle ile potrafiłem. Pracuję ciężko codziennie, choć mam wiele braków i boję się czasami, że ktoś mnie wykorzysta lub znów będę tym chłopcem, który się nie obroni przed kimś większym, mądrzejszym i czy znów się nie zamknę w sobie, bo nie dałeś mi poczucia własnej wartości i poczucia bezpieczeństwa. Bo nie pozwoliłeś mi być dzieckiem…”

Prawa do zdjęcia należą do Claudia.

Autor listu poprosił mnie o jego publikację, bo ma nadzieję: „że to pomoże uświadomić ludzi, jak ważne jest wychowanie i kochanie swoich dzieci”. Ja też mam taką nadzieję i jeśli was również poruszył, będę wdzięczny za jego udostępnienie, bo dzięki temu ma on szansę dotrzeć do szerszego grona odbiorców i w efekcie również do tych, którzy naprawdę potrzebują go przeczytać.

  • Od pięciu minut wpatruje się w napis rozpocznij dyskusję, w okienku do komentowania. Chcę się wypowiedzieć, mam taką potrzebę, ale czuję rozpacz. Jej, to jest naprawdę smutne, straszne, nie potrafię nazwać emocji jakie we mnie wzbudził ten tekst, list. Czytając to miałem przed oczami bohatera filmu „Chłopiec w pasiastej piżamie”, naprawdę. Obdarty z godności, z własnych marzeń, radości życia… Jest mi smutno… Najstraszniejsze w tym tekście jest to, że to prawda, że są na świecie dzieci które cierpią męki w domu rodzinnym.

  • yennefer125

    nie skomentuję bo ryczę ;(

    • Pieczarka

      A ja czuję złość. Ludzie którzy mieli problemy sami ze sobą wyżywali się na dzieciach !!!! Wychowuję moja córkę bez przemocy, rozmawiamy. Zostałam oceniona oczywiście przez mojego Super Ojca że dziecko mną rządzi. Z tym że rożnica jest taka że córka przychodzi do mnie ze wszystkim, porozmawiać a ja do mojego Ojca nigdy nie mialam takiego zaufania i nie będę go mieć. Ale On juz tego nie zrozumie. Pozdrawiam i życzę siły.

      • To prawda. Zdarza się, że tacy rodzice jeszcze mają czelność pouczać nas o tym jak podchodzimy do naszych dzieci, bo przecież ich metody były takie „wspaniałe” :/ Ręce opadają…

  • Ja się popłakałam w trakcie czytania…

    • Ja sam to wrzucałem na dwa razy, bo za pierwszym razem musiałem przerwać….

  • Joanna Klarecka

    Tak….niby mnie nie bił….ale było na flaszjkę a na chleb czasem brakowało…i wstyd jak dzieciaki mówiły” a Twój tata znów lezał pijany pod płotem”….wstyd…wieczny wstyd…a teraz? Gdy organizm mu wysiadł-wątroba i zwłaszcza głowa nie działa-to my ” musimy i mamy obowiązek zająć się ojcem” i jeszcze ” to Wasza wina, zaniedbałyście ojca a teraz chcecie sie pozbyć go”….i motanie się pomiędzy szpitalami urzędami. I coraz więcej rachunków- bo jemu komornik wszedł na emeryturę i musimy dokładać coraz więcej do ośrodka…płacić jego podatki. Już sobie nic nie kupuję bo nie mam sumienia obciążać rodziny tym, że muszę płacić na jego ośrodek…bo nie dam rady wziąć go do siebie sama mając niepełnosprawne dziecko….a kto nam pomógł gdy byliśmy dziećmi-gdzie były instytucje? A ja muszę??

    • To są chyba najgorsze historie. Dziecko nic nie zawdzięcza takiemu rodzicowi, ale nie dość, że jest zmuszone go utrzymywać, to jeszcze je obarcza się winą za całą sytuację. Normalnie wściekłość mnie bierze za każdym razem, gdy słucham takich historii, a osoby, które zrzucają winę na dziecko to normalnie bym lał i patrzył czy równo puchnie :/

  • mono

    Serce mi pęka. Ale gratki dla faceta, bo też przyznać to wszystko i zrobić coś, żeby sobie pomóc wymaga naprawdę wielkiej odwagi i siły, a nie każdemu się chce, bo łatwiej żyć w poczuciu krzywdy.

    To smutne, że ogromna liczba osób zapewne w jakimś stopniu może identyfikować się z autorem listu. Że nie jest to wyjątek od reguły, a część społeczeństwa, skrzętnie ukrywana za pomocą strachu, gróźb, manipulacji i powiedzonek, „nie pierz brudów publicznie”. I choć skala się różni, to emocje są takie same i późniejsze problemy takie same.

    Im więcej takich świadectw i ludzi mówiących otwarcie o tym, jak bardzo im to spieprzyło życie, tym może szybciej dotrze to do tych, do których powinno dotrzeć.

  • Bea

    Tia.. podpisuję się pod tym.. i mimo, że dom opuściłam w wieku 20 lat, do dzisiaj (a mam powyżej 40) często zauważam wpływ ojca na moje obecne zachowania, wybory, postrzeganie świata.. Najchętniej poddałabym totalnemu wyczyszczeniu moje DNA, bo mam wrażenie, że ojciec takim a nie innym zachowaniem zmutował je, czy jak.. Ciężko żyje się dorosłemu po takim dzieciństwie.. :(

  • Arkic

    Mógłbym napisac to samo – tylko nie o przemocy fizycznej ale psychicznej. O nic nierobieniu, o ciągłym ” ja to w polu zapierdalałem w waszym wieku” – brak czułości, empatii. Rozmowa? Jaka rozmowa – o czym, po co? Łzy się w oku kręcą – napiszę kiedyś taki list ale nigdy go do niego nie wyślę – dlaczego? Bo to nic nie zmieni, on nic się nie nauczył, nic kurwa, nic. Najważniejsze to przyjście po pracy i włączenie telewizora. I tak przez cały tydzień. I tak było zawsze. Kiedyś jak byłem 11-12latkiem to był parę razy ze mną pograć w tenisa. To wszystko. Moje młodsze rodzeństwo już nie miało tyle szczęścia. Po prostu jak go widzę i słysze to mi się rzygać chce. Wszystkiego nauczyłem się sam i przy pomocy ukochanego dziadka. A wiecie co jest najgorsze? Że ja część tych złych cech mam po nim. Zdaję sobie z tego sprawę i walczę z tym. Ale to chyba dostaje się w genach…. mam 43lata i ciągle to we mnie tkwi. To jest mój życiowy dramat.

    • Pieczarka

      Ja mam to samo. Ten sam charakter co mój Ojciec, ale najważniejsze to przed jakąkolwiek złą reakcją zdać sobie sprawę że kiedyś takiego zachowania nie nawidzieliśmy i baliśmy się, a daję słowo że zatrzymasz się i pomyślisz że chcesz jednak być inny. Małymi krokami ale do przodu…. Pozdrawiam

      • Piotr

        Kiedyś, w książce po której bym się tego nie spodziewał (kryminał), przeczytałem jedno banalne zdanie, które zupełnie odmieniło moje myślenie: Nie musimy być kopiami swoich ojców. Wystarczy, że będziemy ich lepszymi wersjami. Niby banał, ale to sprawiło, że przestałem tak bardzo się wkurzać na cechy mojego ojca, które widziałem u siebie. Zniknęło myślenie „może niezależnie od tego czego nie zrobię to i tak będę taki jak on?”. Teraz gdy sam jestem tatą, a mojego ojca od kilku lat już nie ma, patrzę na to wszystko trochę inaczej (a przed narodzinami młodego nie byłem pewien czy będę potrafił być dobrym tatą dla syna, bo nikt mi nigdy nie pokazał jak nim być). Teraz jest mi go żal – tego, że nie potrafił kochać mnie tak jak ja kocham mojego syna. A może kochał, ale nie potrafił tego okazać ? Może to wszystko to był jakiś pokrętny sposób na okazanie miłości ? Jeśli tak, to tym bardziej jest mi go żal, bo musiał być cholernie nieszczęśliwym i niezrozumianym człowiekiem. Nauczyło mnie to tego, że jeśli się kogoś kocha to trzeba to pokazywać. Bo być może mój syn nie domyśli się, że to, że mu na coś nie pozwalam to wyraz miłości. Albo to, że na niego krzyczę. Albo, że powiem „ja nie miałem, Ty też nie będziesz miał”. Albo, że mnie nie ma bo pracuję. Albo, że jestem zmęczony po pracy. Albo, że się na niego obraziłem bo coś zrobił nie tak jak chciałem. Albo – co ledwo przechodzi mi przez usta – dam mu lanie. Co jak on nie zrozumie, że to wszystko z miłości ?
        Pamiętam, dokładnie dzień w którym wybaczyłem wszystko swojemu ojcu. Pół roku po zawale. Po nim żył przez 5 lat – praktycznie bez logicznego kontaktu. Przez te 5 lat byłem przy nim i się nim opiekowałem. Innych chętnych nie było. Mimo, że wcześniej relacji praktycznie nie mieliśmy. Zmarł z zeszłym roku, niecałe pół roku po narodzinach mojego syna. Przez to wszystko wiem, że miłość dziecka do rodzica jest tak wielka i bezinteresowna, że naprawdę trzeba być strasznym człowiekiem, żeby to zniszczyć. Drugą rzeczą natomiast jest relacja z dzieckiem – i ta sama się nie zbuduję, natomiast można ją epicko spierdolić. I ja nie chcę, żeby mój syn dopiero po tym jak mnie zabraknie, zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem to, że byłem taki zimny i surowy to nie była właśnie miłość.

    • Tata Beby i Beba

      Arkic, nic nie jest w genach. To Twoje myślotoki, przekonania, leki, brak poczucia wlasnej wartosci ….. Jesli jestes swiadomy swoich cieni, to dasz rade. Tylko metoda, narzedzia I organiczna praca. Krok po kroku. Bedzie ciezko, nielatwo ale da sie. To czego masz swiadomosc, mozesz kontrolowac. Czego nie masz swiadomosci, kontroluje ciebie, rzadzi toba.

      • Myślę, że zdziwiłbyś się jak wiele naszych cech zawartych jest w genach (ja się mocno zdziwiłem), a nie w wychowaniu. Nie mówię już nawet o odruchach, ale o umiejętnościach matematycznych, wyobraźni, pasjach, sposobie bycia… mnóstwo tego jest. Oczywiście nad niemal wszystkim jesteśmy w stanie pracować, ale niektóre rzeczy naturalnie będą nam przychodzić łatwiej, niż inne, bo tacy się urodziliśmy. Polecam książkę: Geny i edukacja, w której dokładnie jest wytłumaczone w jaki sposób się to bada i które cechy to np. w 60% geny, 20% wychowanie i 20% społeczeństwo/czynniki zewnętrzne :)

      • Arkic

        Wiesz do niedawna tak myslałem. Z powodu ważnej zmiany w moim życiu / rozwód na horyzoncie/ patrze na wiele rzeczy z innej perspektywy. Dociekam jak, dlaczego, dlaczego rozpadł sie mój związek z kobietą, z którą byłem 14lat i mam 2 dzieci. Widzę , ze właśnie ta część która jest od niego miała na to duży wpływ. Tak, zgodze się że można to przepracować i jest to strasznie trudne. Chcę zaczać terapię żeby móc jeszcze kiedyś spotkać kobietę, którą pokocham całym sercem i ona pokocha mnie takiego jakim jestem. Szkoda, że tak późno do tego dojrzałem ale z 2 strony lepiej późno niz wcale. Mam nadzieję, że mi sie uda.

        • Tata Beby i Beba

          Zrozumieć dlaczego tak się podziało, uda się . . . Co z rodziną ???

    • anonim

      Napisanie czegoś takiego to dobry pomysł, ale przekazanie tej osobie, która skrzywdziła może nie mieć sensu. Z własnego doświadczenia wiem, że to może tylko pogorszyć sytuację. Dwa razy odważyłam się powiedzieć mu co czuję i myślę i już nigdy więcej tego nie zrobię. Przynajmniej na razie póki jestem zmuszona z nim mieszkać. Nawet nie potrafię nazwać go ojcem. Dla mnie od dawna jest nikim. Jeszcze w podstawówce liczyłam na to, że się zmieni, że jak mu powiem o tym co mnie boli to zrozumie i chociaż się postara. Co wtedy zrobił? Lepiej nie opowiadać. Ja jednak nie poddałam się, chciałam walczyć o poprawę naszej relacji. Skoro szczerość nic nie dała to stwierdziłam, że spróbuje z szantażem emocjonalnym. Tylko jako 11-latka jedyne co mogłam zrobić to powiedzieć, że go nie kocham (trudno było to przyznać przed samą sobą, a co dopiero przed nim). Spodziewałam się wszystkiego (np. reakcji jak za pierwszym razem) ale nie tak obojętnego: „mam to w dupie”. Od tamtej pory jego bicie, wyzwiska, zakazy nie robią na mnie żadnego wrażenia. Tam gdzie kiedyś był żal i desperacka próba poprawy sytuacji, teraz jest totalna obojętność. Owszem czasem są gorsze chwile i wzruszenia, ale zazwyczaj wtedy gdy nikt tego nie widzi. Na razie pragnę tylko tego by utrzymać stypendium w tajemnicy przed nim, za dwa lata zdać dobrze maturę, a potem dostać się na studia.

      • Arkic

        Trzymam za Ciebie kciuki. Powodzenia

    • Piotr K Łysy

      Ja wszystkiego nauczyłem się sam. Przemoc psychiczna brak czułości miłości i ciągły strach ze wszystko co robię to i tak źle robię. Ojciec nigdy mnie nie zbil ale psychicznie wykończył. Nawet teraz mając 43 lata w Żartach niby potrafi powiedzieć że” Piotrek (ja) to nawet wodę w czajniku potrafił przypalić” Nie pamiętam żeby kiedyś się ze mną bawił za coś pochwalił . Mój młodszy brat był wybrancem tatusia . Na urodziny nigdy nic mi nie kupił bo nigdy nie miał pieniędzy – ” w przyszłym miesiącu coś Ci kupię bo teraz nie mam” na 18 urodziny dostałem od niego czekoladę i ten sam tekst ” jak będę miał za miesiąc jakieś pieniądze to coś Ci kupię” mama w 18 moje urodziny wzięła pożyczkę żeby kupić mi radiomagnetofon. Ojciec był wojskowym po nim mam obsesję na punkcie porządków i punktualność i dużo złych cech charakteru z którymi również walczę wychowujac swoje dzieci Tak by czuły się kochane. Mam 2 synów 3,5 roku i 9 lat. Każdego dnia ich przytulam i kilkanaście razy dziennie mówię że ich kocham. Ja tego nie doświadczyłem przytulania i słowa kocham Cię. Mimo że nie byłem nigdy bity czasami zastanawiam się czy nie wolałbym wtedy jak byłem mały dostać porządny wpierd… niż mieć tak zryty beret. W głębi serca czuje gdzieś ze kocham mojego ojca bo był przecież moim ojcem ale nienawidzę go za to że nigdy nie okazał mi miłości nigdy nie przytulił nie powiedział kocham Cię synku. Zawsze byłem tym gorszym zawsze wszystko było moja wina. ..

  • Edyta Dorota Buchwald

    Tak było…. ciężko o tym mówić.

  • dawidgondek

    Ciezko zostawic jakikolwiek komentarz przechodzac jeszcze gorsze sytuacje z tyranem pod dachem. Po dzis dzien mame szykanuje;( ale pocieszam sie tym ze mam synka i daje mu tyle milosci ile nie dostalem ja. To jest moj pay back. Dawajac mu ogrom milosci ktorego nie dostalem ja;)
    Badzmy super rodzicami

    • Najpiękniejsza „zemsta” o jakiej słyszałem :)

      • Dawid Gondek

        Tak Kamilu. Mamy wybor. Isc w strone swoatla albo powielac bledy ojca. Jak patrze na ta niewinna istote jak placze ryczy beczy tylko dlatego bo rosna zabki to nie wyobrazam sobie go bic bo go boli a moj ojciec wlasnie tak robil. Spowodowal ze placze i uciszajac placz lal jak zyto. I to byla lekcja dla mnie ze przemoca nienawosci nie zwalczysz. Super blog i chetnoe czytam posty. Dziekuje ze jestes/ jestescie

  • Kasia Żądło

    To błaganie naprawdę jest najgorsze…

  • Mimi

    Ja miałam podobnie lecz przykrości, przytyki itd szło zarówno ze strony ojca, jak i matki. Zrobili ze mnie „niemowę, która miała zakaz rozmawiania z dorosłymi, którzy przychodzili do naszego domu”, zrobili ze mnie zakompleksione dziecko, a potem dorosłą – do dziś słyszę, że inni są i byli lepsi ode mnie. Dużo pracy nad sobą zajęło mi pozbycie się czerwienienia na twarzy z byle powodu. Nie wspomnę już, że ciągle jeszcze (mam ponad 40 lat) nie spełniam oczekiwań i nie robię tego, co wszechwiedzący rodzice mi mówią. Zabraniano mi buntowania się, jak coś było nie dla mnie, musiałam się na wszystko zgadzać, nie mogłam się sprzeciwiać i mieć własnego zdania, bo przecież jestem dzieckiem, a oni dorosłymi i wiedzą lepiej co mi potrzeba. Czasu relaksu nie przypominam sobie, na wakacje czy inne wolne dni byłam wywożona do babci na wieś i tyle. Rozmów ze mną, jak z istotą rozumną właściwie nie było, pochwał czy wsparcia też sobie nie przypominam, ale za to były nakazy, zakazy i rozkazy. Bicie też się zdarzało. Nauczyłam się żyć z nimi ze względnym spokojem, ale miałam go wtedy gdy o sobie nic nie mówiłam. W dorosłym życiu na studiach nie mogłam się pochwalić, że mam stypendium naukowe, bo nie dostałabym z domu (od matki) nic na życie, a mieszkałam w akademiku. Wygrałam kiedyś 5-tkę w lotto – też nie mogłam się pochwalić, bo bym już miała rozdysponowane na co mam przeznaczyć pieniądze. Jak dotarło do mnie, w dorosłym już życiu, że tak naprawdę dzieciństwo miałam takie bez czułości, miłości i szacunku do mojej osoby, to zrobiło mi się niesamowicie przykro, ale staram się jak tylko to możliwe doceniać, wspierać i przede wszystkim kochać moje dzieci. Choć ja sama czuję na sobie, że dzięki pracy nad sobą nie powielam wzorców wychowawczo-trenerskich moich rodziców, że dzięki pracy nad sobą już tak się nie czerwienię, jak mam coś powiedzieć publicznie, choć jeszcze są rzeczy, które nie łatwo mi przeskoczyć i wiem, że to są żniwa tego, jakie miałam dzieciństwo. Natomiast apodyktyczność moich rodziców, głównie matki nie zakończyła się i trwa nadal. Rozmowa z nią nic nie wnosi, bo na wszelką krytykę – reaguje obrażaniem się (szantaż emocjonalny), no i jej zostało wychwalanie innych, a ja jakaś „niedorobiona czy co, bo nie ma mnie za co chwalić”. Smutno mi i łzy mi się cisną na wspomnienia z dzieciństwa, choć teraz też potrafi „dopiec”. Pozdrawiam

  • Martynellka Blog

    Z całego serca życzę autorowi tego listu miłości. Szczerej, płynącej prosto z serca miłości od osób mu bliskich i nie mam tu na myśli tylko rodziny, ale także przyjaciół, oraz ukochaną osobę z którą idzie przez życie. Życzę szacunku i docenienia, ciepła, spokoju ducha i wiary w siebie. Bo nie jest słaby. Nie jest. Już sama zgoda na publikacje swoich skrytych myśli, tłumionych odczuć i bólów przeszłości to akt wielkiej odwagi. I za to go szanuję. I za siłę, która bije z tekstu. Nie jest małym i bezbronnym człowiekiem, jest skrzywdzony, ale nie bezsilny, działa w dobrym kierunku. Wszystkiego dobrego!

  • Marlena Koniec

    Przypominają m i się „Pręgi” z Michałem Żebrowskim. Współczuję takiego tyrana i wampira energetycznego. Wszystkiego dobrego, powodzenia w odzyskiwaniu siebie!

  • Magdalena Mogus

    A ja sie zastanawiam nad matka tych ludzi. Bo zawsze sie slyszy „a co ona moze/mogla” no wlasnie mogla, ale tego nie zrobila….Tez jestem z pokolenia „bitych” i „tresowanych” i tez mialam tatusia, ktory uwazal ze sila wybije mi wszystkie „glupoty” z glowy…ale byla jeszcze mamusia, ktora nie zrobila nic zeby to zmienic…nawet jedno slowo, jeden palec, jeden wykrzyknik znaczylyby wiecej niz NIC….no przepraszam…zawsze mozna poplakac w rogu lub w innym pokoju nad SWOIM biednym losem…..nie wiem….mowie moze tutaj tylko za siebie, ale mnie osobiscie wkurwiaja takie „mamusie”…bo na takich tatusiow po prostu brak slow i nie sa nawet spluniecia warci….a Ty sie chlopie trzymaj i zycze Tobie prawdziwej milosci, bo to najlepsza terapia!

    • Pamiętaj, że mówimy o kobietach wychowywanych w czasach, w których kobiety miały się słuchać mężczyzn i przełamanie takiego podejścia nie dla wszystkich jest łatwe. Nie żebym je bronił – po prostu kiedyś starałem się to zrozumieć.

      • Magdalena Mogus

        Tu masz racje, ja tez to tak sobie „opracowalam”, bo tez musialam to zrozumiec….musialam dla siebie, ale dzisiaj TAKIE kobiety nadal sa i nadal nic nie robia….

        • Mama Emigrantka

          Bo to nie tylko kwestia czasów. Przemoc, alkohol w rodzinie uzależnia wszystkich, w końcu nie od czapy mówi się o „współuzależnieniu” i na terapie powinni chodzić wszyscy członkowie rodziny… Bite dzieci i matki przyjmują rolę ofiary (to się chyba nazywa wiktymizacja), natomiast jeśli rodzicielki nie są bite również w tym współuzależnieniu mogą zacząć się identyfikować z agresorem i samym się nim stać.

  • PaniMyako

    Mój Tato mógłby podpisać się pod wieloma słowami, które padły w tym liście. Dziadek sk#@€%yn, który kazał się rozbierać do bicia, zamykał w komórce za karę. Babka nie wiem gdzie wtedy była, chyba nie była lepsza. Rodzeństwo Taty do dzisiaj skłócone, nie potrafi rozmawiać. Tato nie spotyka się ze swoimi rodzicami, którzy zrobili z niego „tego złego”, choć on nic nie zrobił. Dla nas Tato starał się jak mógł, walczył z chorobą alkoholową i chociaż jest naznaczony tym „wychowaniem”, to i tak zrobił postęp, miałam normalne dzieciństwo, choć zdarzyło się dostać w dupę. Kiedyś Tato mi jednak powiedział, że zdarzało się, że jak nas (mnie i rodzeństwo) nabił, to potem sam płakał nad tym co zrobił. Niestety, gdyby w jego czasach były poradniki, gdyby poszedł jeszcze na terapię… A tak, do dzisiaj nie potrafię rozmawiać z rodzicami o uczuciach i chociaż wrażliwa, to zamykam się przed nimi. No i się poryczałam.

    • Na szczęście są rodzice tacy jak Twój ojciec, którzy sprzeciwiają się temu w czym sami zostali wychowania i chociaż powielają wiele błędów, to są lepsi dla swoich dzieci, niż ich rodzice byli dla nich. Dlatego każdy taki postęp, niezależnie od błędów popełnianych mimo wszystko, należy doceniać i zauważać.

  • Marta Szarek

    Oj jak bardzo wiem z czym zmaga się autor. Tylko ja już wybaczyłam i poszłam dalej :)

  • PiotrLaskowski

    Warto podkreślić, że przemoc słowna jest równie krzywdząca co fizyczna.
    Najgorszy był brak poczucia bezpieczeństwa. Dom rodzinny zamiast schronieniem był polem minowym: będzie dziś awantura czy nie? jaka pierdoła dziś będzie zaczynem do awantury?

    • Czy ta ocena będzie wystarczająca? Czy ojciec znowu przyjdzie wypity? Czy znowu się pokłócą o jakąś pierdołę? Oby jak najmniej dzieciaków musiało sobie zadawać te pytania…

  • Ma Ja

    W imieniu swoim i swoich pacjentów bardzo dziękuję Autorowi listu za odwagę i Panu za publikację.
    Maja Stańko-Kaczmarek, Pracownia Psychoterapii i Twórczego Rozwoju

  • Karolinavv

    Takie rzeczy często idą pokoleniami. Mój dziadek był tyranem, a tata poszedł w jego ślady. Jedno krzywdzone dziecko, jako dorosły skrzywdziło kilka kolejnych. Mnie udało się skończyć z biciem (może dlatego że byłam „niewidzialna” i najmniej obrywałam), ale do ideału nadal mi bardzo daleko. A reszta rodzeństwa… albo wcale nie mają dzieci, albo stosują „bezstresowe wychowanie” w postaci braku jakiegokolwiek wychowania. Wyrośliśmy na bardzo nieszczęśliwych ludzi. Ale wybaczyłam tacie. On też był nieszczęśliwy i nie miał nikogo kto mógłby mu pokazać że można inaczej.

  • felis

    Po przeczytaniu listu na nowo złość we mnie wzburzyla.
    Ja też byłam bita, oprócz tego poniżana, nazywana gównem, przez ojca. Matka nic nie mówiła, oprócz: poczekaj, aż ojciec wróci.
    Bylo tak od kiedy sięgam pamięcią.
    Cały dzień wtedy wisiała nademną chmura gradowa.
    To tylko ułamek tego, czym mnie uraczyli moi rodzice. Najgorsze było błaganie, aby przestali bić.
    Zafundowali mi walkę ze sobą pewnie do końca życia.

  • Iwona

    no tak, też byłam „głupią kozą”, „sprzątać trzeba”, „ty to sobie mozesz chcieć”, co wolno wojewodzie to nie tobie smrodzie, bicie, nie mogłam się interesować sprawami dorosłych czyli np nie mogłam się interesować czy ktoś pójdzie na moją wywaidówkę czy nie. Rosłam w totalnej beznadzieji życia – w liceum nosiłam ze sobą taką karteczkę z cytatem chyba z Mrożka – mniej wiecej takim: „najbardziej boję się tego, że cokolwiek bym nie zrobił, jak bardzo bym się nie starał to nie wydaży się nic – nic się nie zmieni”. To bardzo odzwierciedlało moje strachy i stresy z tamtego okresu. Tak bardzo chciałm uciec z tego życia.
    No i uciekłam – w sensie fizycznym bo wyjechałam na wyspy i emocjonalnym (ograniczony kontakt tel z mamą) bo zaczełam czytać o emocjach, zrozumieniu siebie, zrozumieniu swoich emocji, uświadomieniu sobie, że jestem człowiekiem i mam emocje i mam prawo do przeżywania tych emocji w takiej postaci jak one się pojawiają. Dziwiłam się wtedy, że ludzie mnie szanują, widzą wogóle i rozmawiają ze mną (wcześniej byłam niewidzialna – nikomu nie mogłam przeszkadzać, bo „w życiu dziecka chodzi o to, żeby się uczyć i sprzątać”). Okazało się, że ja istnieję, że coś robię i to przynosi jakieś skutki. I wtedy zaczęły mi rosnąć skrzydła ! ;)
    Teraz jako matka, żona kochającego męża i przedsiębiorczyni (kolejność nieprzypadkowa ;) bardzo się cieszę, że odkryłam życie. Chyba udało mi się im wybaczyć i to najbardziej mi pomogło. Starałam się ich zrozumieć. Oni też byli tak albo w zasadzie gorzej traktowani przez swoich rodziców. Nasi dziadkowie z kolei dzieciństwa nie mieli bo to były czasy wojny, głodu a głównym zajęciem dzieci była praca w polu i pomoc w gospodarstwie rodziców albo Bogacza jakiegoś okolicznego (tak mi to babcia opowiadała). O zacofaniu i braku edukacji już nie będę się rozpisywać. Nasi rodzice nie mieli poradników o wychowaniu a jak były jakieś to głupie dosyć (np, żeby nie karmić dziecka za długo piersią bo to bezwartościowy pokarm … sic ;). Oni albo wprost powielali błędy wychowawcze swoich rodziców albo starali się ich unikać i popadali w inne skrajonosci. Historia każdej rodziny pewnie by tu jakieś inne zależności wskazała. Nie chcę tu tłumaczyć bicia dzieci czy ich złego traktowania. Nic tego nie wytłumaczy.
    Ja czuję, że WYBACZENIE TO TYLKO MOJE EMOCJE, W MOJEJ GŁOWIE. A moje emocje są dla mnie najważniejsze. Gdy żyłam z urazą do rodziców to męczyło to MNIE – nie ich. Oni o tym nie wiedzieli i nawet jak bym próbowała im to wytłumaczyć to znowu by było, że „głupia jestem i znowu cuduję”. Ja poczułam , że wybaczenie dało MI spokój. Przy czym to WYBACZENIE POLEGAŁO NA ZAAKCEPTOWANIU W MOICH MYŚLACH tych rodziców takich jacy byli i jakie dzieciństwo mi stworzyli i …. zamknięciu tego rozdziału w życiu z pełnym poszanowaniem moich emocji jakie pojawiały się i cały czas pojawiają się w kontaktach z nimi. Teraz jest tak, że potrafię pojechać do taty i z nim coś tam trochę pogadać (zdrowie , pogoda i inne pierdoły). Chcę, zeby moje dzieci miały kontakt ze swoim dziadkiem takim jaki on jest bo to jest ich historia i mają prawo znać swoich przodków. Nie pozwalam jednak wejść sobie na głowę i przyznaję, że słuchanie od niego o moich głupich metodach wychowawczych (i nie tylko) powoduje, że wizyty czasem dość szybko się kończą ;) Powoli zbliża się okres, że on będzie wymagał opieki 24h jednak nie mam chęci do tego, by w ten sposób się nim zająć więc tego nie zrobię. Napewno od rodziny usłyszę, że pieniądze mam, a ojcem się zając nie chcę (łatwy schemacik, co nie? – „pieniadze uderzyły jej do głowy” ;). No ale tak to odczuwam: nie chcę i nie będę się zmuszać. Jest moim rodzicem, w jakimś stopniu mnie wychował więc nie zostawię go samego. Pewnie jakiś ośrodek zorganizuje. I już. Najważniejsze to żyć w zgodzie ze swoimi emocjami, a nie schematami narzucanymi przez rodzinę, kościół czy społeczeństwo.
    Dużo zrozumiałam, gdy moja mama odchodziła na raka. Jej katolickie wychowanie nie pozwalało jej na zostawienie wymagającego męża (mało ogarniętego lenia) więc jej organizm sam postanowił odejść. Skutecznie bardzo. Walczyłam o jej zdrowie, próbowałam wtedy nawiązać z nią jakąś relację bliższą ale nie byłam dla niej wystarczajacym partnerem (chyba) albo .. ona nie potrafiła się wyrazić boo tak została wychowana. Kiedyś kobiety wychowywano do posługiwania i słuchania mężczyzn (mężów) i to bardzo wpływało na relację dzieci – rodzice.
    Cały czas pracuję nad moimi myślami i ograniczeniami. Bywa, że i tak ląduję u terapeutki Joanny, żeby mnie trochę wyprostowała;) Czasem z tyłu głowy oddzywa się ta czarna dziura i krzyczy „gówniarz jesteś i nic Ci się nie uda”. Całe szczęście rodzicielstwo nie pozostawia zbyt wiele czasu na takie myśli … ;) ;)
    Jaki to ma wpływ na wychowanie moich synów (bo o tym jest ten blog;) – uczę szacunku do siebie samego, słuchania swoich emocji, posiadania własnego zdania i jego egzekwowania (ciężko tu wyznaczać granice między zdaniem rodziców a chceniem dzieciaka – tego cały czas się uczymy:). Oczywiście uczę też zrozumienia potrzeb drugiego stworzenia (nie tylko człowieka) i empatii. Uczę odpowiedzialności na każdym kroku – „wszedłeś na drabinę za kotem to teraz musisz z niej zejść – będę Cię asekurować ale zejść musisz sam”. Chcę, żeby wyrośli na samodzielnie myślącego człowieka – nie podatnego na chorobliwe nurty społeczne. Chcę, żeby mieli skrzydła i kochali życie. Tak bym chciała i do tego z mężem dążymy.
    I życzę wszystkim rodzicom, żeby kochali swoje dzieci najbardziej na świecie i żeby kochali też siebie ;) Moje skromne przemyślenia wskazują, że jak siebie w zdrowy sposób nie pokochasz to drugiej osoby też nie będziesz w stanie pokochać.

  • Basia

    Niestety miałam dokładnie to samo. Obecnie mam 27 lat i przechodzę już 3 terapię. Codziennie moim życie rządzi lęk. Boję się ludzi, pracy, oceniania, dosłownie wszystkiego. Z ojcem widuję się już tylko w sądzie. Ma zarzuty o przemoc i znęcanie się. On kłamie i mówi, że to wszystko moja wina. Wiecie co czuję, kiedy patrzę na niego w sądzie i on przed wszystkimi tymi ludźmi mówi, że to ja jestem wszystkiemu winna i że on mnie nie bił, nie wyzywał, że to wszystko wymyśliłam?! 27 lat lat takiego życia, a on mi mówi, że to wymyślone, że to moja wina… Moja wina, że byłam dzieckiem które pragnęło być bezpieczne i kochane? Zawsze byłam najgorsza, najmniej lubiana, byłam głupkiem, ścierwem, dziwką… To słowa ojca do własnego dziecka. Od 4 lat mieszkam osobno ale te słowa tkwią w głowie. Ale on przecież to robił dla mojego dobra… Nienawidzę go z całego serca i nigdy nie wybaczę!

    • Nie wyobrażam sobie przez co musisz przechodzisz. Niestety nie jest to pierwszy raz kiedy spotykam się z takim skurwysyństwem (szukałem innego słowa, ale nie znalazłem) ze strony własnego rodzica. Najpierw gnębi i maltretuje, a jak pojawia się policja to robi z siebie ofiarę… nie wiem co musi się w człowieku złamać, żeby upaść taki nisko…

  • Peppa

    Nie wiem czy autor listu jest osobą wierzącą, ale jesli tak to polecam modlitwę o uzdrowienie, uzdrowienie wspomnień (oczywiście oprócz psychoterapii). Ten list to pierwszy krok do takiego uzdrowienia…

  • Pamiętam ile goryczy, a czasem i wściekłości, zła, zawiedzionych nadziei i oczekiwań nosiłam w sobie wobec moich rodziców. Aż przyszedł moment, kiedy dotarło do mnie, jaka ja jestem jako matka. I wtedy zadałam sobie pytanie: na kogo patrzyli moi rodzice, kiedy byli małymi dziećmi? W jakich domach wyrośli? Jakie mieli wzorce zachowań? Czy na ich drodze do dorosłości i bycia rodzicami znalazł się ktoś, kto podał im rękę? Do czego zostali przyzwyczajeni i co im wpojono jako normę? Co na tyle głęboko zostało im wtłoczone do głowy, że mogli powiedzieć „nie wiedzieliśmy, że można inaczej”? Ale i to jak reagowali, kiedy oni poczuli złość, może bunt? Nie było mowy o przemocy. Nie było mowy o znęcaniu się. To zupełnie inna historia. Ale ja też napisałam list. Dla siebie i dla mojego dziecka. A napisać go mogłam dopiero wtedy, kiedy to wszystko zrozumiałam. Od tamtej pory z nimi o tym rozmawiam. I nie muszę już pisać kolejnych.

    • To prawda, że takie spojrzenie w przeszłość dużo mówi nam o tym skąd się wzięły konkretne zachowania. Tak u nas, jak i u naszych rodziców i pewnie jeszcze dalej. W rzeczywistości najczęściej większość błędów popełnianych przez rodziców, to jest jedynie ułamek tego, czego oni sami doświadczyli. Warto więc podejść do tego z takiej perspektywy.

  • Springfield

    Znam osobę, która dwu czy trzem tak spierdoliła życie i samoocenę, którzy mają za sobą próby, zjazdy, ćpanie itd. Na święta oczywiście – wszystkiego najlepszego. Tak, najlepszego, skyrwysynu, udław się tą rybą, a wszyscy skoczą do pomocy jak Beria Stalinowi. Sam mam ochotę strzelić mu w ryja, bo jest dokładnie taką osobą, jak powyżej. Żyjąc w swojej rodzinie zdarzały się przypadki z pasem czy ogólne nieakceptowanie, ale nie patologia! Na litość, na takich ludzi powinni nachodzić zbóje.

    • Niestety całe pokolenie musi przeminąć, bo nie tylko pełno jest ludzi tak postępujących, ale i jest ogrom społeczeństwa, które nie tylko akceptuje takie zachowanie, ale wręcz gloryfikuje i do niego zachęca. Oczywiście trzeba z tym walczyć, ale chyba niektórzy muszą zwyczajnie odejść, aby to się zmieniło…

  • Monika Monia

    Pracuję z młodzieżą i miałam styczność z takim Dzieckiem. Środowisko takie, że trudno powiedzieć coś złego o rodzinie bo „co ludzie powiedzą”, Dziecko samo z problemem, dalsza rodzina niby widzi ale nic nie robi. Za moją reakcją sprawa poszła do prokuratury, Dziecko do psychologa. A ja raz, jeden jedyny raz miałam refleksję, czy dobrze zrobiłam, czy nie za ostro weszłam z butami w życie tej rodziny. Psycholog mi powiedział „a może uratowałaś im życie?” i ten list mi pokazuje, że tak właśnie było. Bo moja reakcja przynajmniej w pewnym stopniu oddała wtedy Dzieciom godność, bo pokazała, że to ojca zachowanie jest złe. Jakie to bardzo ważne, pokazać takiemu Dziecku, że racja jest po jego stronie.