Rozumiem konieczność odebrania rodzicom dzieci w skrajnych przypadkach. Poza jednym wyjątkiem.

Jestem świadomy tego, że są w życiu sytuacje, w których dziecko musi zostać odebrane od biologicznych rodziców, dla jego własnego dobra. Nie są to łatwe sytuacje, ale niestety nie żyjemy w idealnym świecie i mają one miejsce. Nie zgadzam się jednak z tym, aby jedynym argumentem za odebraniem dziecka był zbyt mały stan konta bankowego rodziców. Dlaczego?

Czytelniczka zapytała mnie ostatnio w mailu co myślę o programie 500+ i o przeciwnikach tego programu, bo podobno jest ich całkiem sporo. Napisała mi, że pojawiają się już nawet głosy mówiące, że jak jesteś biedny to nie powinieneś mieć dzieci i koniec kropka. Wysłała mi nawet jeden bardzo konkretny komentarz o tym mówiący:

„Ten program pomocy jest niedorzeczny, ja nie chcę żeby moje pieniądze na to szły. Biedni ludzie nie powinni mieć dzieci. Jeśli Cię na nie nie stać, to bierz tabletki.”

Pozwolę sobie nie komentować samej idei programu, bo to nie ma tutaj znaczenia, lecz skupić się na podejściu do świata zawartym w tym mailu, bo nie ukrywam – nie pierwszy raz się z nim spotkałem.

Poważnie?

Pominę sobie tutaj retorykę „nie chcę, żeby moje pieniądze na to szły”, bo jeśli tak można to ja nie chcę, żeby moje pieniądze szły na większość rzeczy, na które obecnie są wydawane (od pensji miłościwie nam panujących zaczynając). Wręcz najlepiej by było, gdyby w zdecydowanej większości zostały u mnie – ja już jakieś zajęcie dla nich znajdę.

Pominę też ideę tego jak mało osoba pisząca powyższe słowa wie o osobach ubogich – w końcu jak ktoś jest ubogi to raczej tabletki antykoncepcyjne nie są dla niego towarem pierwszej potrzeby. Z kolei przekonywanie takiej osoby, że owe tabletki to oszczędność w długiej perspektywie czasu, to jak przekonywanie go, że kupowanie nowych rzeczy jest bardziej opłacalne, bo są na gwarancji.

To naprawdę bardzo fajnie, ale co z tego, skoro osoby ubogiej i tak na nowe rzeczy zwyczajnie nie stać?

Czy zatem jeśli nie stać mnie na dziecko, to mam go nie mieć? W sensie mam ich nie robić, a jak już zrobiłem to mam je oddać komuś, kogo na nie stać?

Skąd w ogóle ludzie mają takie pomysły?

Zresztą co oznacza, że mnie nie stać? Jak taką biedę możemy zdefiniować? Czy mówimy o ubóstwie relatywnym (50% średnich miesięcznych wydatków gospodarstw domowych), ubóstwie ustawowym (minimum socjalne) czy skrajnym ubóstwie (minimum egzystencjonalne)? Bo to są trzy zupełnie różne wskaźniki.

A może pójdziemy jeszcze dalej?

Co z osobami, które żyją skromnie z wyboru? Bo cenią sobie spokojne życie i minimalizm? I dzięki temu nie tylko są w stanie zaoferować swoim dzieciom te wartości, ale też mnóstwo wspólnego i wartościowego czasu, który będzie procentował przez całe ich przyszłe życie? Co z nimi? Im też nie pozwolimy mieć dzieci, bo nie wpisują się w jakieś tabelki?

Jak ma się to do sytuacji małżeństwa multimilionerów, które jest tak zabiegane, że własne dzieci widuje tylko raz na kilka dni? Czy owi multimilionerzy rzeczywiście bardziej zasługują na możliwość posiadania dzieci, bo mają bardziej wypchane konto bankowe? Czy naprawdę te cyferki tak bardzo wpływają na predyspozycje do pełnienia roli rodziców?

Oczywistym jest, że każda sytuacja będzie inna

Podobnie oczywistym jest, że każde dziecko ma pewne potrzeby, które wymagają zaspokojenia. To nie podlega wątpliwości i jeśli przy tych podstawowych potrzebach pojawia się problem, to jakieś działanie jest konieczne. Jeśli jednak potrzeby fizjologiczne oraz potrzeba bezpieczeństwa są u dziecka zaspokojone, to kolejną w kolejności potrzebą jest potrzeba… przynależności.

Nie potrzeba posiadania nowego telefonu, markowych ciuchów czy spędzania każdych wakacji w egzotycznych krajach (podobno nawet bez nowiutkiego laptopa i bez ciężkiego, złotego łańcucha na szyi też da się egzystować). Nie.

Potrzeba przynależności. Przynależności do rodziny, do bliskich, rozumiana też jako potrzeba akceptacji i miłości. To jest dla dziecka znacznie ważniejsze, niż inne, znacznie bardziej przyziemne rzeczy.

Musimy też pamiętać o jednym niesamowicie ważnym szczególe

Bieda nie zawsze jest wyborem. Ciąża również.

Z jednej strony w wyniku nieprzewidzianych okoliczności (śmierć bliskiej osoby/żywiciela rodziny, wypadek, pożar, zamknięcie dużego zakładu pracy itp.) rodzina może stracić grunt pod nogami i znaleźć się poniżej tej granicy ubóstwa, o której mówimy. Z drugiej strony zdarza się, że dziecko pojawia się mimo tego, że go nie planowaliśmy i nawet mimo tego, że stosowaliśmy antykoncepcję.

Co wtedy? Czy naprawdę w pierwszej lub w drugiej sytuacji dziecko (bądź dzieci) poczują się lepiej, gdy przekażemy je do domu dziecka?

Ja prywatnie dość daleki jestem od popierania rozdawiennictwa i sypania pieniędzmi na lewo i prawo bez sprawdzania gdzie te pieniądze trafiają. Niemniej jednocześnie równie daleki jestem od wrzucania wszystkich ubogich (wg dowolnej definicji) ludzi do jednego worka i zakładania, że skoro jeden czy drugi może je źle wykorzystać, to nikomu się nie powinno pomagać. Szczególnie jeśli nigdy nie poświęciliśmy chociażby chwili, aby się sytuacji tych ludzi przyjrzeć i poznać ich historie.

Może moje zdanie jest kontrowersyjne, ale ja inaczej nie potrafię

Dlatego też, w przeciwieństwie do autorki wspomnianego na początku komentarza, uważam, że sama bieda nie jest argumentem za tym, żeby dzieci nie posiadać, bądź za tym, aby ludziom dzieci odbierać, bo bieda nie zawsze jest kwestią wyboru.

Argumentem za tym, aby dzieci odebrać powinna być przemoc, argumentem powinno być wykorzystywanie, argumentem powinien być alkoholizm, argumentem powinny być narkomania. Argumentem powinno być również porzucenie, zaniedbanie czy inne celowe działanie trwale krzywdzące dzieci.

Jeśli jednak nic w powyższego nie występuje i dzieci czują się kochane oraz bezpieczne, a niezawiniona bieda jest jedynym co mogłoby oddzielić dzieci od ich najbliższych, to ja się na to zwyczajnie nie potrafię zgodzić. Po prostu nie potrafię.

Prawa do zdjęcia należą do Armando.

  • Kasia Żądło

    Zgadzam się z całego serca. Właściwie ciężko cokolwiek dodać. Napisze tylko ze Niemcy, bogaty kraj a jednak na każde dziecko przysluguje tutaj Kindergeld i nikt nie robi z tego problemu, pobierają i biedni i bogaci, nie maja tu nic do rzeczy zarobki rodzica. A już tak w ogole patrząc finansowo to czy nie drożej wychodzi utrzymanie domu dziecka czy rodziny zastępczej niż pomoc rodzinie, choćby przez 500+?

  • Zgadzam się! Nie wiem jakim trzeba być człowiekiem, by przytaczać podesłane argumenty.
    Pracowałam w Domu Dziecka i nawet Twoje powyższe argumenty za zabraniem dzieci z domu, nie są dla dzieci wystarczające i wolą, mimo wszystko, być z rodzicami… wracać do nich, kiedy tylko mogą.

  • marynarka

    A może tak zapytać ile pieniędzy dostają rodzinne domy dziecka na jedno dziecko? I mi nie chodzi, że im żałuję, bo te pieniądze są potrzebne. Ale śmieszne jest to, że jednym zabierzemy dziecko, bo są biedni, a pieniądze wpompujemy w dom dziecka, czy rodzinny dom dziecka, gdzie utrzymanie jednego wychowanka, pozwoliłoby tej biednej rodzinie przetrwać miesiąc… logika…

    • Gdy kiedyś to sprawdzałem, kwoty wahały się w granicach 1.500 – 3.000 zł w zależności od miejscowości. Niestety najczęściej są to kwoty znacznie większe niż wystarczyłyby danej rodzinie na utrzymanie dzieci.

    • Monika Ilnicka

      Zgadzam się. To jest właśnie największy paradoks tego całego systemu pomocą społeczną zwanego… Tylko niestety to dzieci w tym wszystkim najbardziej żal.

      • Sebastian Cieśla

        Nie jest to paradoks. Są sytuacje, w których dziecko nie może być z rodziną, bo jest tam krzywdzone, trafia więc do placówki, która generuje koszty (fakt, że potężne), po to, żeby dziecku, rodzinie i społeczeństwu pomóc – pierwszym celem pracy jest naprawa środowiska rodzinnego. Nie ma tu żadnego paradoksu.

    • Sebastian Cieśla

      Dzieci nie trafiają do Domów Dziecka z powodu biedy rodziców. Poza kilkoma błędami systemu, o których momentalnie słychać w tv, takich sytuacji nie ma.

  • Niestety wiele osób nadal kojarzy biedę z patologią, choć to nie zawsze idzie w parze. Co rok podczas przygotowania Szlachetnej Paczki widać jak wiele jest rodzin, w których dzieci są kochane i zadbane pomimo ubóstwa. Podobnie jak Ty uważam, że nie można im odebrać prawa do posiadania dzieci i tworzenia szczęśliwej rodziny tylko z tego powodu.
    Absurdalny też wydaje mi się inny popularny w sieci zarzut: że ktoś zdecyduje się na kolejne dziecko „tylko po to, żeby dostać kolejne 500+”. Każdy rodzic z pewnością wie, o czym mówię. Dziecko to nie takie hop-siup ;) A to 500 zł miesięcznie to jest kropla w morzu potrzeb.
    Z drugiej strony nie jest to kwota mała, bo tyle samo dostają rodziny w Finlandii, gdzie koszty utrzymania są wyższe o około 150%.

  • Jak ja kocham takie argumenty. Jakby ktoś celowo, na złość światu w ciąże zaszedł mimo tego, że jest biedny. Ludzie czasem klepią w tę klawiaturę zanim pomyślą, ech. Jak najbardziej zgadzam się z Tobą, zwłaszcza że ciężko jest zdefiniować biedę. Ludzie często biedę utożsamiają z patologią, a tak nie jest. Nie zawsze. Świat nie jest czarno-biały i nigdy nie będzie.

    • Karolina Gawinowska

      Chyba chodzi o to, by spojrzeć na problem szerzej. Jasne, że są osoby, które zaszły w ciążę niecelowo, pomimo braku zaplecza niezbędnego by utrzymać dziecko i stworzyć mu bezpieczny dom i tak ”wyszło”. Jednak gdyby społeczeństwo szeroko edukować – poprzez edukację seksualną, pedagogiczną i mediacyjną, ludzie podejmowaliby bardziej odpowiedzialne decyzje. Bo nie da się ukryć, że brak świadomości, podstawowej wiedzy na temat antykoncepcji oraz dostępu do antykoncepcji, która dla ludzi ubogich jest niepotrzebnym wydatkiem prowadzi do tego, że rodzi się wiele dzieci niechcianych, przypadkowych ,,bo to normalne, że z seksu wychodzą dzieci”, a matki żyjące w biedzie rodzą siódme dziecko, bo mąż zmusza do seksu, ale zabezpieczać się nie chce, w Kościele w dodatku mówią, że to grzech. Jest wiele ludzi, którzy myślą w taki właśnie sposób. To znaczy nie myślą na ten temat za dużo, a społeczeństwo ich w tej kwestii nie wspiera, nie edukuje, nie ułatwia dostępu do bezpłatnej antykoncepcji. A tam gdzie skrajna bieda, ludzie są bardziej narażeni na degradację moralną i pójście w nałogi, a także na przemoc i przestańmy udawać, że nieładnie tak mówić. W opozycji do takiej sytuacji życiowej próbują stanąć ludzie mówiący cytowane we wpisie autora zdanie, jednak droga do rozwiązania problemu na pewno nie prowadzi do tego, żeby zamknąć na cudze problemy oczy i zwalać winę na jednostki. Wina leży w społeczeństwie. A więc tak: antykoncepcja i dostęp do niej jest potrzebny, tak samo jak potrzebne jest, by dzieci rodziły się w wyniku przemyślanej decyzji a nie z przypadku. Więc jasne, że można zrozumieć, że nie jest to pierwsza potrzeba ubogich, ale społeczeństwo nie chcąc, by rodziły się dzieci niechciane przez rodziców, powinno zadbać o to, by każdy do antykoncepcji i wiedzy o niej miał dostęp, nawet jeśli nie chce mu się szukać.

      • Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. W zakresie nie tylko samej antykoncepcji, ale moim zdaniem w szerszym zakresie dotyczącym tego co ze sobą rzeczywiście niesie posiadanie dzieci. Bez straszenia czy powielania mitów, ale najlepiej z perspektywy osób, które tego doświadczyły.

  • Sebastian Cieśla

    W
    komentarzu, o którym Pan wspomina ukazana jest strasznie egoistyczna i
    absurdalna postawa odbierająca ubogim prawo do posiadania potomstwa. Ale
    skąd we wpisie pojawił się wątek Domów Dziecka?

    Rozumiem
    Pańską niezgodę na separację z powodu ubóstwa, zdecydowanie ją
    podzielam, ja również nie potrafiłbym się zgodzić, gdyby bieda była
    powodem rozdzielenia. Ale szczęśliwie nie jest. Poza medialnymi
    przypadkami, które choć tragiczne, są bardzo, bardzo, bardzo rzadkie,
    które wynikają z błędów instytucji (kurator, sąd, OPS/PCPR…), i które z
    reguły są na szczęście błyskawicznie naprawiane. Bardzo proszę zerknąć
    do ogólnodostępnych statystyk publikowanych przez OPSy, tam jest
    dokładne wyliczenie powodów umieszczenia w pieczy zastępczej. Inna
    rzecz, że przepisy od lat (nie, nie minister Z. na to wpadł) zakazują
    odbierania dzieci z powodów materialnych.
    Piszę to
    poruszony, bo przypadkiem, jak sądzę, zasugerował Pan, że Domy Dziecka
    są miejscami, do których, mimo Pańskiej niezgody, można (przy sporej
    dozie bydlactwa) wysłać dziecko, bo rodzina jest biedna. A nie są!
    Spotykam się z takim myśleniem, sugestiami, a nawet oskarżeniami na co
    dzień – jestem wychowawcą Domu dla Dzieci od ponad 10 lat. Czasem ludzie
    patrzą na nas, wychowawców, jak na oprawców rodzin ubogich, a czasem
    postanawiają zorganizować bardzo źle pojęte wsparcie i zwożą nam całe
    wory brudnych maskotek, pożółkłych wydań Mickiewicza lub sterty
    podartych, starych ubrań, dla biednych sierotek i mają pretensje, że nie
    przyjmujemy. A przecież dzieci takie biedne, no nic nie mają. To
    szkodzi! Nie spotkałem dziecka odseparowanego przez ubóstwo. A jeżeli
    spotkam, zaręczam że reakcja moja i mojego Zespołu będzie
    natychmiastowa!
    Przyczepię się jeszcze do merytorycznej
    kwestii – „Jeśli jednak potrzeby fizjologiczne oraz potrzeba
    bezpieczeństwa są u dziecka zaspokojone, to kolejną w kolejności
    potrzebą jest potrzeba… przynależności.”. Otóż nie do końca – Harlow,
    Bowlby, Ainsworth udowodnili, że potrzeba więzi jest potrzebą pierwotną
    wobec potrzeb fizjologicznych. Co tym bardziej wskazuje na absurd wizji
    oddawania dzieci z powodu ubóstwa. Gorąco polecam wstrząsający film z
    eksperymentów Harlowa (dostępny na yt) i w ogóle prace Harlowa i Bowlbyego.

    Kończę :) Serdecznie Pana pozdrawiam! I dziękuję za bloga, jest naprawdę wartościowy!
    A do autora/autorki cytowanego przez Pana komentarza ślę trzy słowa. Brzydkie i wulgarne.

    p.s. Doczytałem regulamin, linki usunąłem – może komentarz tym razem zostanie ;)

    • Co do potrzeb, to skorzystałem z tego co podaje piramida potrzeb Maslowa, ale rzeczywiście muszę się bliżej przyjrzeć temu o czym piszesz, bo brzmi to bardzo ciekawie.

      Jednocześnie nie chciałem sugerować, że dzieci są odbierane z powodu biedy, szczególnie, że jak dobrze pamiętam, w ubiegłym roku nawet ustawowo tego zakazano, a Rzecznik Praw Dziecka był bardzo aktywny w tym temacie. Po prostu chcę walczyć z pewnym podejściem reprezentowanym przez takich komentatorów jak wspomniani, bo wydaje mi się, że jest ich jednak całkiem sporo.

      • Sebastian Cieśla

        I super! :D

    • A komentarze z linkami nie są usuwane, tylko trafiają do moderacji, żeby uniknąć botów, które spamują :)

  • Ja tylko nie rozumiem jedengo. Jak sie zachodzi w ciążę, to nikt sie nie inretesuje czy Cię stać, czy jesteś biedny czy bogaty. A jak moi znajomi chcieli adoptować dziecko, to pomijając okres oczekiwania ja dziecko, to co pół roku mieli kontrolę z ośrodka adopcyjnego, która ich sprawdzała, a raczej stan ich konta, czy ich stać na adoptowanie…

    • Znaczy to akurat jest myślę nieco bardziej zrozumiałe o ile poza stanem konta, analizowane były też pozostałe czynniki (relacje rodziców, podejście do dzieci itp.). W końcu dziecko, które ma trafić do adopcji przeszło już wiele i jeśli miałoby w kolejnej rodzinie walczyć o byt, bo brakowałoby pieniędzy na podstawowe potrzeby, to nie dziwi chęć sprawdzenia tego wcześniej.

      • Zgodzę sie z Tobą, ale tekst osoby kontrolującej, ze przy średniej krajowej na głowę, to stać ich tylko na adopcję jednego dziecka uważam za przegięcie… Nasuwa się pytanie. Czy nowa rodzina ma zapewnić poczucie bezpieczeństwa zarówno psychicznie i materialnie czy może się znęcać, ale ma kase to i tak będzie pierwsza na liście oczekujących… Na szczęście znajomi zmienili ośrodek adopcyjny i teraz sa rodzicami dwójki fajnych dzieciaków :-)

  • Reni

    Amen!

  • W Polsce za bogatego uważa się człowieka który rocznie zarabia powyżej 7,1 tys. zł brutto (Autorzy raportu firmy doradczej KPMG pt. „Rynek dóbr luksusowych w Polsce” ) Ok.5 tys.zł netto. Kto bogaty, ręka w górę?

    Moja wioska była niezwykle płodna. Dosłownie. W większości domów urodziło
    się troje i więcej dzieci. Pięcioro, ośmioro… Czy byli tu ludzie bogaci?
    Wątpię… Gdyby rozdzielić dochody rodziny na ilość domowników, nie wiem
    czy znalazł by się ktoś spełniający kryterium 5 tys. na osobę.

    To znaczy, że mnie i moich kolegów nie powinno być na świecie?

    • Chyba większość z nas trzeba by jakoś usunąć, skoro takie są wymogi :)