Pięć słów na temat dziecięcego rozwoju, które każdy rodzic powinien sobie zapamiętać

Aby wszystkim żyło się lepiej.

Warto znać swoje miejsce

Nie wiem dlaczego tak się stało, ale spora część rodziców zaczęła traktować kolejne, zupełnie naturalne etapy życia swoich dzieci, jako jakieś niesamowite sukcesy. Co gorsza, niektórzy z nich traktują je wręcz jako sukcesy, które dziecko zawdzięcza właśnie im i ich niesamowitym zdolnościom pedagogicznym. Pierwszy kroczek, pierwsze wypowiedziane słowo albo niedajbóg nawet pierwszy ząbek, zamiast powodem do czystej radości z tego, że dziecko się rozwija, stały się sposobem na udowadnianie wyższości jednych rodziców/dzieci/metod wychowawczych nad drugimi lub sposobem na wytykanie błędów wychowawczych innym ludziom.

Tymczasem dla mnie takie przechwałki są objawem jedynie tego, że owi rodzice nie mają bladego pojęcia o rozwoju dzieci. I tych rodziców (oraz wszystkich innych zainteresowanych), chciałbym poprosić, aby zapamiętali jedne z pięciu najważniejszych słów dotyczących wszystkich dzieci.

„Każde dziecko rozwija się inaczej”

I o ile nie jesteśmy jakimiś wybitnymi i uznanymi psychologami dziecięcymi z doktoratem w neurobiologii lub kompletną patologią, która całkowicie zaniedbuje rozwój własnych dzieci, to nasze dzieci rozwijać się będą we własnym tempie i nasze starania pozostaną raczej niezauważone. To znaczy oczywiście – może uda nam się nauczyć nasze dziecko czytać czy pisać trochę wcześniej niż jego kolegów, ale za rok nikt nie będzie o tym pamiętać, więc moim pytaniem jest, po co mielibyśmy to robić? Dla kogo? Na pewno nie dla dziecka, bo dzieci z natury znacznie chętniej się uczą wtedy, gdy są gotowe do nauki, a nie wtedy, gdy ktoś im każe.

Przeczytałem ostatnio świetny cytat, który doskonale to podsumowuje:

„Możesz się męczyć tygodniami, aby nauczyć dziecko rozpoznawania kolorów, zanim jest gotowe do nauki albo możesz zrobić to w kilka chwil, gdy już jest gotowe.”

Dokładnie tak samo jest niemal z każdym rodzajem nauki

Tak samo jest z nauką czytania, pisania, chodzenia czy nawet mówienia. Możemy inwestować nasz majątek w różne pomoce dydaktyczne i zajeżdżać nasze dzieci na różnych zajęciach dodatkowych z native speakerami i trenerami personalnymi albo możemy po prostu pozwolić im rozwijać się ich tempem.

Zauważamy zainteresowanie cyferkami? Pobawmy się cyferkami. Zauważamy ciągotki do literek? Poczytajmy z dzieckiem. Dziecięca chęć nauki jest naturalna – wykorzystujmy ją, gdy się pojawi, ale nie przyspieszajmy jej na siłę, bo naprawdę nie ma takiej potrzeby.

Spójrzmy na chodzenie. Czy można dziecko wspierać w chodzeniu zanim jest na to gotowe? Oczywiście, że można. Jednak specjaliści ostrzegają, iż może to być bardzo szkodliwe. Dziecko powinno zacząć chodzić wtedy, gdy jego stawy będą odpowiednio na to przygotowane – jeśli będziemy mu pomagać (sami lub np. przez chodzik), to możemy mu zrobić krzywdę.

Czy więc warto cokolwiek przyspieszać?

Dla mnie najważniejszym pytaniem wydaje się „po co”? Dla kogo mielibyśmy to robić? Na pewno nie dla dziecka, bo jak to podsumowała Asia:

„Wczesna nauka czytania nie ma większego sensu, bo dopóki dziecko nie potrafi połączyć tego, co czyta z konkretnym obrazem, nie jest ono niczym, jak zwykłą tresurą” (źrodło)

Zresztą jak napisałem powyżej, przyspieszanie nauki chodzenia też nie jest najlepszym pomysłem.

Więc dla kogo mielibyśmy to robić? Dla znajomych? Aby widzieli jakimi cudownymi jesteśmy rodzicami? Kosztem dziecka? Jaka motywacja mogłaby nam przyświecać, którą dałoby się obronić?

Może nam się wydawać, że chcemy to zrobić dla dobra dziecka, chcąc zapewnić mu łatwiejszy start, ale to nie ma odzwierciedlenia w faktach. Czy dziecko wcześnie nauczone rozróżniania kolorów rozróżnia je lepiej od innych?

Zresztą przeprowadzono nawet badania na ten temat

W książce „Geny i edukacja” (Kathryn Asbury, Richard Plomin, 2014) opisane było badanie przeprowadzone na dwóch grupach sześciolatkach, które właśnie zaczynały naukę w szkole. Różnica pomiędzy tymi grupami polegała na tym, że jedna uczyła się od trzeciego roku życia, a druga dopiero rozpoczynała naukę. Początkowo przepaść między ich umiejętnościami była ogromna

Jednakże.

Po trzech latach, gdy dzieci miały dziewięć lat, przebadano je ponownie. I co ciekawe – jakakolwiek zauważalna różnica między tymi dwoma grupami przestała istnieć. Niektóre dzieci zaczynające naukę w wieku sześciu lat były po tym czasie prymusami, a niektóre z dzieci zaczynających w wieku trzech lat, były w ogonie klasy. Tak więc okazało się, że wiek rozpoczęcia nauki nie miał żadnego znaczenia dla późniejszych szkolnych sukcesów.

Zostawmy więc ten owczy pęd

Skoro więc nasze starania o to, aby nasze dziecko było prymusem w każdej dziedzinie, niekoniecznie odniosą oczekiwany skutek, to tym bardziej zalecam odpuszczenie sobie tych prób.

Naprawdę, nie wszystko musi mieć napis „edukacyjne”, aby uczyło. Niech suchą naukę, zastąpi zabawa. Zamiast nauki dni tygodnia, podgrywajmy różne emocje i porozmawiajmy o nich. Zamiast dodatkowego angielskiego, wyjdźmy na świeże powietrze. Poodkrywajmy trochę świata, zamiast o nim czytać. Porozmawiajmy z dzieckiem i posłuchajmy go, zamiast tylko wykładać. Pośpiewajmy, potańczmy, poskaczmy, poturlajmy się. I nie przejmujmy się tym, że inni będą oceniać nas pod względem tego ile potrafi nasze dziecko, bo to ani dla nas, ani dla naszego dziecka nie ma żadnego znaczenia.

Znaczenie mają wspomnienia, które będziemy w przyszłości ze sobą dzielić. Piękne wspomnienia z czasów niespędzonych nad nauką, tylko z radosnych czasów spędzonych wspólnie. Może też dzięki temu nasze dzieci staną się dobrymi ludźmi, których wręcz warto będzie poznać, a nie tylko takimi, którzy zdobędą jeden czy dwa dyplomy więcej od innych.

Prawa do zdjęcia należą do Michael.

  • Lilith890502

    Święta prawda :) bardzo mądry tekst, a najbardziej przypadł mi do gustu cytat o uczeniu kolorów. Chyba go sobie gdzieś na ścianie powieszę. Sama niestety mam tendencję do porównywania, że czyjeś dziecko już coś umie, a moje nie, ale po chwili uznaję, że tak jak wszystkiego nauczyło się w swoim tempie, tak też nauczy się rzeczy pozostałych :)

  • Natalia Przekwas

    Dokladnie, sama mam kilka kolezanek, ktore na prawo i lewo mowia „a moje dziecko to, potrafi juz……” i wymieniaja. Nie wiem co to za moda zeby sie przescigac kto i co potrafi

  • Podpisuję się pod Twoim tekstem, mimo że mam tylko jedno dziecko i brak doświadczenia, bo jesteśmy ze sobą od 14 miesięcy, także dopiero poznajemy siebie. Ale, gdy tylko nadejdzie taka okazja, jeśli będzie szansa, że znów mamą zostanę, pewnie doświadczenie, które mam z obecnym synem, będzie mi w ogóle nie potrzebne, bo z kolejnym, będę musiała się nauczyć żyć. Ale wracając do Twojego tekstu, strasznie wkurwia mnie ten wyścig szczurów, który dotyczy właśnie dzieci, najczęściej do 2 r. ż., czuję ukłucie w sercu, gdy któraś z tych idealnych (wspaniale wychowujących i uczących) dzieci, wbija mi szpilkę, mówiąc że Fi jeszcze nie chodzi. Na nic wtedy moje starania i tłumaczenia, że ma przecież jeszcze czas. Czas?! Jak to, przecież mój Karolek już dawno chodzi (trzy pokraczne kroki dziennie, wymuszane przez ów matkę, od kilku dni). I choć wiem, że ten czas w końcu nadejdzie, to jak jeszcze raz od niej usłyszę te słowa, palnę ją w łeb patelnią. Ahh wygadałam się. Dzięki za tekst i możliwość spowiedzi :)

  • salus salus

    Mądry.. i prawdziwy tekst.
    Podpisuje się pod nim

  • Katarzyna Trudnos

    Popieram w zupełności ,my mamy teraz etap kolorów ^^
    Synek nie ogarniał połowy z pokazywanych mu barw, aż do momentu gdy zaczał sie pytać „Jakieee to autko?” „a tiooo?..mammooo a to?” .
    Generalnie nikt go nie zmuszał ,by już rozróżniał ,bo koledzy, bo już duży itp. Swoim tempem czasem trafił kolorem w rzeczywistość ^^ ale wracając do autek to tym sposobem nie dość ze mówi to skoda, a to adi,a to jeno klijo, a to wojager mama…mamama ziobać, to jeszcze przy tym kolory zaczął ogarniać ,bo „mama śkoda jest biała”, „oooo! ciejwone autko ! ” „co to za autko mama? jaki kolol???”
    W przeciągu kilku dni zapamiętał podstawowe tyle kolorów, których wcześniej by nie ogarnął i miesiącami :P
    Ale rozwalił mnie tekstem gdy go zapytałam:
    -kochanie jakiego koloru jest nasze autko?
    -eee…(ogląda je,)..nieee wiem
    -no przecież wiesz słonko, zobacz i pomyśl może sobie przypomnisz
    – ee… (pokazuje na autko) nie wiem ….(chwila namysłu) ..bludny mamo
    … i weź się tu z nim nie zgódź :D

    • Przy czytaniu później człowiek też zauważa taki przeskok. Najpierw się męczy i nie potrafi złożyć dwóch liter w wyraz, a później nagle zaczyna sylabizować bez większego problemu :)

  • Katarzyna

    Dodałabym : Akceptujmy ograniczenia … I co do tekstu, to warto mieć więcej dzieci :D Ja dopiero przy 3 TOTALNIE wyłączyłam się z porównań, biegu , itp. …. Słucham innych i w duchu się uśmiecham – MAM ŚWIETNE DZIECI :D

    • Otóż to. Te ograniczenia rzeczywiście są istotne – szczególnie jeśli dotyczą one umiejętności, której dziecko nie tylko nie potrzebuje, ale i nie chce posiadać.

      • Mały człowieczek

        No pięknie napisane! Choć muszę przyznać, że jest druga strona medalu, czyli czasem to my rodzice ograniczamy dzieci, ja na przykład przegapiłam naturalny ciąg do samodzielnego jedzenia, no i teraz u ponad dwuletniej córki idzie to opornie, ale nie naciskamy. Z kolei znam rodzinę, gdzie w stosunku do dziecka używa się głównie słów wymyślonych przez dziecko, przekręconych imion, onomatopei, a minimum języka polskiego, nie trudno się domyśleć, że dziecko jest bardzo komunikatywne, ale z językiem polskim niewiele ma to wspólnego…..do tego np. „nie dajemy puzzli, bo ona nie ma cierpliwości, kolorowanek, bo zrobi sobie krzywdę kredkami, ciastoliny, bo brudzi” itd….. Ale o tym chyba już też na blogu było ;)

  • AfterKorpo

    A jeśli już rodzice szybko czegoś dziecko nauczą, uwielbiają robić z nich małpki w towarzystwie. Co do ostatniego akapitu, dialog zasłyszany w przedszkolu..Tato, ja nie chcę iść na gimnastykę…Dlaczego?..Bo chcę się z Tobą pobawić dłużej w domu…

    • „Pokaż jak ładnie się wierszyka nauczyłeś” – też mnie to wkurza. A ten dialog taki smutny trochę…

      • Asia

        Ja to mam co spotkanie rodzinne (2-3tyg), a później godzina rozmowy o tym jak się dziecko szybko i ładnie nauczyło…Szkoda tylko, że mam wrażenie, że to dziecko się szybko zniechęca do innych rzeczy które mu od razu idealnie nie wychodzą.

        • AfterKorpo

          Ja na ostatnim spotkaniu rodzinnym po kolejnej próbie, żeby zaśpiewała, albo powiedziała wierszyk nie wytrzymałam i powiedziałam, ze nie będzie mówić wierszyków, bo to człowiek, a nie tresowana małpka do pokazów. Ja raz chciałam pokazać koleżance jak dziecko ładnie samo umie zakładać buty, nie tyle z przechwałek, ale rozmawiałyśmy o tym jak szybko dzieci uczą się przy innych. No i jak normalnie świetnie sobie radzi, to wtedy rozpłakała się i powiedziała, że ona nie umie.

  • Porównywanie osiągnięć rozwojowych dzieci to prawdziwa zmora naszego społeczeństwa. Jako młoda mama bywałam często mega sfrustrowana słysząc, również od najbliższych, że ich dzieci w wieku mojej córki to już cos, a ona nie, nie raczkuje a już powinna, nie mówi a w jej wieku już powinna, nie chodzi, a moj już chodził. Ludzie nie mieli za grosz taktu, zważywszy ze moja corka jest wcześniakiem (?!) Ta ciągła potrzeba rywalizacji nawet w takiej dziedzinie nie wynika tylko z braku podstawowej wiedzy o cyklu rozwojowym dzieci. O nie. Moim zdaniem wynika tez z ludzkich kompleksów i ciągłym pragnieniu bycia lepszym od innych. A przecież nie mozna bardziej dowalić człowiekowi niz zasugerować mu, zreszta niesłusznie, że jego dziecko nie dorasta rówieśnikom do stóp. Ogólnie wszystkim rodzicom zalecałabym wnikliwe ważenie swoich słów, po pierwsze żeby nie robić nikomu przykrości, niepotrzebnie nie niepokoić, no i oczywiście, żeby przypadkiem samemu nie wyjść na idiotę.

    • My mieliśmy dokładnie tak samo. Wszyscy uważali, że jak nie zaczęła chodzić jak miała 10 miesięcy, to coś z nią nie tak (bo syn kuzynki wtedy zaczął), a jak nie mówi mając 1,5 roku to też tragedia. I też uważam, że ludzie mówiąc takie rzeczy nie mają za grosz wiedzy, taktu i wyobraźni.

  • W tym roku absolutnie wyszłam z takiego założenia, że czego synek ma się nauczyć to i tak się nauczy w swoim czasie, a teraz niech ma beztroskie dzieciństwo, niech się bawi do woli, bo to też rozwija (bawi się tradycyjnymi zabawkami, nie klikając palcem po ekranie) I wierzę, że to, że właśnie dni tygodnia wciąż mu się mylą, że angielskiego zna jedynie nazwy maszyn budowlanych i nie chodzi na zajęcia dodatkowe mając ‚aż’ 5 lat wcale nie ‚przekreśla’ jego przyszłości. Fajnie jak rodzic się może pochwalić, że jego przedszkolak to już ma zielony pas karate i poziom pre-intermediate z ang ;) Ale koniec końców jest duża szansa, że tamten przedszkolak i mój za dziesięć lat będą wiedzieć i potrafić dokładnie to samo.

    • Maszyny budowlane to bardzo dobry kierunek moim zdaniem :) Zero powodów do obaw :)

  • Gabriela Oleszek

    1000% !

  • Też uważam, że nauka powinna być wynikiem zainteresowań i gotowości dziecka i nie ważne czy dotyczy to nauki chodzenia czy matematyki. Dlatego na przykład nasza córka dostała dzięce narzędzia do majsterkowania (ku zdziwieniu niektórych, bo to dziewczynka), bo przez kilka dni udawała, że rozkręca wszystkie meble i naprawia samochodzik ;-)
    Nie wiem też czy to wynikało z jej gotowości czy mieliśmy po prostu farta, ale jej odzwyczajanie od piersi trwało 1 dzień.

  • MałgorzataBy

    Ooo tak, wymuszanie na dzieciach bycia „najlepszym” jest zmorą, ale ja trochę na przekór… bywa tak, że niestety zamiast się cieszyć wzajemnie z rozwoju i sukcesów naszych dzieci, to jeśli któreś coś lepiej potrafi, jesteśmy skłonni oceniać rodziców. Skoro już coś umie zrobić, a moje dziecko nie, to na pewno rodzice je zmusili do tego, na pewno zamiast się bawić, na siłę próbują je nauczyć.

    Niestety wielu z nas nie potarfi się cieszyć zdolnościami i sukcesami innych.

  • Dokładnie:) A na poparcie dorzucę jeszcze cytat z Korczaka; „Kiedy dziecko powinno już chodzić i mówić? Wtedy, kiedy chodzi i mówi. Kiedy powinny się wyrzynać ząbki? Akurat wtedy, kiedy się wyrzynają. I ciemiączko powinno zarosnąć, kiedy właśnie zarasta. I niemowlę tyle spać powinno, ile mu potrzeba, aby było wyspane. (…) Numery dorożek, rzędy krzeseł w teatrze, termin płacenia komornego, wszystko to, co dla porządku wymyślili ludzie, może być przestrzegane; ale kto umysłem, wychowaniem na policyjnych przepisach, zechce sięgnąć po żywą księgę natury, temu się na łeb zwali cały olbrzymi ciężar niepokojów, rozczarowań i niespodzianek.”
    A co do wczesnego czytania i pisania, to jest jeszcze taka teoria (w pedagogice waldorfskiej), że małe dzieci (tak do 7-go roku życia) poznają świat przez obserwowanie i eksperymentowanie. To jest dla nich najlepszy sposób i najbardziej efektywny. Czas, który spędzą na nauce czytania i pisania, to czas kiedy nie obserwują i nie naśladują i nie eksperymentują, a więc niejako przyśpieszanie nauki czytania odbiera dzieciom możliwość nauki w najlepszych dla nich warunkach. Pozdrawiam

    • Ależ ten cytat jest doskonały :) Bardzo dziękuję :)

      • Korczak ma takich więcej. Ostatnio właśnie go odkryłam i polecam :)

        • Właśnie dlatego kocham blogi i zaangażowane na nich społeczności!

        • Alicja Zapolnik-Plachetka

          Korczak w ogóle jest doskonały. Szkoda że zamiast korzystać z jego ogromnej mądrości zrobiliśmy z niego jeden z symboli Zagłady. A przecież on był przede wszystkim praktykiem! A dziś słyszę, że ludzie po studiach nauczycielskich nie znają jego prac. Smutne.
          A Panu Kamilowi za ten wpis dziękuję. Niby wszystko co Pan pisze oczywiste, ale co i rusz ktoś wciąga w ten wyścig.

    • Ula Margos

      Chyba, że uczy się samo i samo chce. Ja się nauczyłam czytać mając 4-5 lat, mając 6 robiłam to biegle/ Lubiłam (i lubię). Przez moment wpadłam w pułapkę, że moje dziecko też „powinno” albo „musi”. Nie chciało, albo bardziej – nie umiało. Ja musiałam się nauczyć, że – nie musi, nie jest mną.

      • Jak samo chce to samo chce, nie ma na co na siłę go odwodzić:) U nas nikt nie wie jak ja się nauczyłam czytać, rodzice podejrzewają, że może starsza koleżanka mnie uczyła, ale ja nie pamiętam. Jak miałam cztery lata to podobno zaczęłam czytać rodzicom gazety. Ja sama nie pamiętam czasu, kiedy nie umiałabym czytać. Ale moje dzieci też jakoś szczególnie się nie kwapią ;)

  • Och tak.

    Jak mnie denerwują te porównania. Często w samej rodzinie, a potem jest wielkie zdziwienie, że rodzeństwo się ze sobą nie dogaduje i mocno rywalizuje.

    Każde dziecko jest inne. I każde dziecko jest wspaniałe :D

  • Uważam, że to wymaga dodakowego komentarza:

    „Zauważamy zainteresowanie cyferkami? Pobawmy się cyferkami. Zauważamy ciągotki do literek? Poczytajmy z dzieckiem. Dziecięca chęć nauki jest naturalna – wykorzystujmy ją, gdy się pojawi, ale nie przyspieszajmy jej na siłę, bo naprawdę nie ma takiej potrzeby.”

    Jestem zdania, że powinniśmy częściej z dziećmi próbować czegoś nowego. Nie wiemy kiedy są na coś gotowe, a kiedy nie.

    Przykład 1.:
    Gdy Dawidek miał 6 miesięcy, uparłem się, żeby przenieść łóżeczko do jego pokoju. Uznałem, że jest gotowy (po uprzedniej obserwacji zachowań – zasypianie w dzień, itp.). Pierwsza noc była ciężka i sporo czasu spędziłem (jako, że był to mój pomysł) na łagodzeniu emocji, jednakże druga nocka już była OK.

    Przykład 2.:
    Większość równieśników synka (głównie dziewczynki) sikało już do nocnika latem (mowa o dwulatkach). Rzecz jasna spróbowaliśmy i my. Jednak dość często się moczyl, więc uznaliśmy zgodnie, że nie jest jeszcze gotowy. Kilka miesięcy później, bez większego problemu nauczyliśmy sikania do nocnika w 2 dni (fakt, był jednym z ostatnich w swojej grupie w żłobku)!

    Zatem popieram czekanie z pewnymi decyzjami, aż dziecko do nich dojrzeje, ale proponuje też sprawdzać, czy dziecko przypadkiem nie jest już na coś gotowe (ale jeszcze o tym nie wie, bo nie miało okazji spróbować).

    • Całkowicie się zgadzam, że warto próbować różnych rzeczy i różne rzeczy dzieciom pokazywać. Tak samo jest później z zainteresowaniami – warto pokazać kilka, zanim dziecko zdąży w jedną wsiąknąć „na cacy” :)

  • Taty creme de la creme

    Może jeszcze jeden cytat z Korczaka: „Mówiłem nie do dzieci, a z dziećmi, mówiłem nie o tym, czym chce aby były, ale czym one chcą i mogą być”.

    • Korczak chyba w ogóle było bardzo mocno bogaty w cytaty :)

  • Jeju, jak ja Cię lubię czytać :-)

  • Karolina Górecka

    Witam, bardzo spodobał mi się post. Jestem mamą skrajnej wcześniaczki i to uczy mnie nieziemskiej cierpliwości. Poszczególne umiejętności przychodzą jej o kilka miesięcy później niż rówieśnikom, a ja do niczego jej nie zmuszam. Bardzo pilnuję zaleceń fizjoterapeuty. Jestem zalogowana na kilku grupach dla mam na fb i jestem przerażona, jak wiele matek wkłada dzieci do chodzików… Na zwracanie im uwagi, ale grzecznie i przecież w dobrej wierze, czasami reagują agresją. Wolą wsadzić dziecko w chodzik i trzymają tak pół godziny i dłużej, bo muszą jakoś dziecko zająć, by mieć czas wolny dla siebie…

    • Niestety niektóre osoby nawet grzeczne zwrócenie uwagi traktują jak atak na osobiste wartości i całą rodzinę do siedmiu pokoleń wstecz… no nic, warto mimo wszystko robić swoje i nie dać się :)

      • Tak dla odmiany mój maluch miał parcie na skakanie zanim jeszcze chodził i zamiast przez 10 min machać rękami wkładałam go do skoczka. Ile się nasłuchałam opinii… Co niektórym chodziki itp służą i to też zaakceptujmy.

    • Paulina Raszeja

      Doskonale Cię rozumiem. Mój starszy synek też jest skrajnym wcześniakiem. Pamiętam jakim świętem było każde jego osiągnięcie (mimo że opóźnione), gdy był niemowlęciem. Teraz ma trzy lata i niestety nie mówi zbyt wiele, ale próbujemy co dzień nowych słów. To jest bardzo intensywne – bycie mamą skrajnego wcześniaka. Młodszemu, 10 miesięcznemu wszystko przychodzi tak „łatwo”. Pozdrawiam mocno!

  • Kobietapo30

    To prawda, że dzieci szybko nadganiają…a początkowe różnice błyskawicznie się zacierają. To takie ucieranie nosa zbyt ambitnej mamie czy tacie…;)

  • Wyścig szczurów między rodzicami to chore. Trzeba jednak zauważać nawet najmniejsze sukcesy dziecka i chwalić go za nie. To uczy dziecko wiary w swoje możliwości.

  • Kasia Żądło

    Ach wiem jak to jest! :D Sama czasem mam durne mysli „a naucze go juz pisac albo czytac”, ” a moze by juz sie nauczyl angielskiego”, ale syn mnie zawsze zaskakuje i wyprowadza z błędu. Po prostu jak czegos nie chce to tego nie robi (i ja go nie zmuszam – bo nauka pod przymusem to tragedia dla dziecka). A potem przychodzu za kilka miesiecy ze swojego pokoju z usmiechem na twarzy i „patrz mamo, napisalem swoje imie” – to jest dopiero radosc dla rodzica jak dziecko osiagnie cos samo i z radoscia :) ale zgadzam sie tez z tym ze powinnismy dawac dziecku narzedzia albo podrzucac pomysly. Ja np. kupilam literki magnetyczne ktore zostawilismy na lodowce na kilka miesiecy ( nie interesowaly go), a potem przyszedl sam i prosi zeby pokazac jak sie cos pisze. Pamietajmy tez ze nie jazde dziecko, tak jak i my dorosli bedzie we wszystkim dobre i w matematyce i w plastyce i w muzyce, tancu i sporcie. Nie jestesmy przeciez maszynami. Pozdrawia

    • To prawda. Dzieci są mądrzejsze niż nam się wydaje :) Czego byśmy nie zrobili one i tak najczęściej wyjdą na swoje :)

  • gość123

    Jest to prawda, ale tylko częściowo. Bardzo wielu rodziców jednak dla własnej wygody odpuszcza sobie wsparcie w samorozwoju dziecka na zasadzie, że „każde dziecko rozwija się swoim tempie”. Często jest to też powodem do etykietowania dzieci. Jak było napisane na innym z bogów: „Jeśli dziecko nie umie czytać to TYLKO DLATEGO, ZE NIE ZOSTAŁO TEGO NAUCZONE, a nie dlatego, że jest mniej zdolne wolniej się rozwija i tym podobne”. Założenie, że dane dziecko wolniej/szybciej się rozwija też może być stygmatyzującą etykietą rzutującą na poczucie własnej wartości dziecka. Oczywiście, że nic na siłę, ale dużo też zależy od nas. Na to, jakie będą nasze nasze dzieci tak samo jak geny, wpływ ma środowisko, metody wychowawcze i inne czynniki. Nie jest przypadkiem, że dzieci z rodzin, w których jest zwyczaj czytania, i w których są książki w domu, szybciej siłą rzeczy uczą się czytać, a w domach, gdzie rozmawia się z dziećmi, szybciej uczą się one mówić, niż w tzw. „domach zimnych”.
    Pozdrawiam

    • „Jeśli dziecko nie umie czytać to TYLKO DLATEGO, ŻE NIE ZOSTAŁO TEGO NAUCZONE, a nie dlatego, że jest mniej zdolne, opóźnione w rozwoju i tym podobne”
      Strasznie to krzywdzące i do tego nieprawdziwe. Znam czterolatki, które niemal same nauczyły się czytać i znam siedmiolatki, które mają jeszcze z czytaniem problemy, mimo dużej ilości pokładanej w tym zajęciu pracy.

  • Urszula

    Świetny artykuł, dobrze sobie czasem o tym przypomnieć. Słucham horrorów przede wszystkim od kiedy moja córa poszła do szkoły w wieku sześciu lat. Rodzice boją się, że szkoła nie przygotowana, że nauczyciele nie tacy, że pomoce naukowe do bani, po czym słyszę w drugim miesiącu nauki: „Nie wiem, co mam zrobić, bo mój Hubert, kiedy ma robić lekcje, wciąż płacze. A później się w ogóle nie stara, brzydko pisze, musi kilka razy poprawiać, a ja mu wciąż gumką wymazuję to, co zrobił”. Wiem, że to nie a propos owczego pędu rodziców, ale mocno z tym związane -bo nauka ma być zabawą i dla dziecka zawsze jest. Dopóki mu rodzice nie wyjaśnią, że jest inaczej.

    • To nie tylko rodziców wina, ale jednak też szkoły, która zamiast się dostosować do dzieci – ciągle stara się dostosować dzieci do szkoły. Bo nikt się w przyszłości z nimi nie będzie cackał, bo życie jest ciężkie, bo tak trzeba, bo bla, bla, bla – wszystko to jednak są wymówki, aby nie spoglądać na dzieci jak na ludzi i prawda jest taka, że wszystkie te wymówki są nieprawdziwe. Dzieci zasługują na szacunek, tak jak zasługują na niego dorośli.

      I to nie jest tak, że świat jest ciężki i dlatego trzeba dzieci „zahartować”. Nie. To właśnie przez to „hartowanie” dzieci, świat jest ciężki. Najwyższa pora to zmienić.

  • Justyna Pajda

    ot cała prawda! moje dziecko później się rozwija ruchowo od swoich rówieśników, ale w swoim tempie – niektórzy mówią, że to niedobrze, ale co niedobrze? że dopiero zaczęła pełzać jak miała 8 mcy, usiadła jak miała 9 mcy? to niedobrze? ale dlaczego niedobrze? niedobrze by było jakby nigdy do tych czynności nie doszło, ale w końcu to zrobiła, w swoim tempie, niczego nie przyspieszaliśmy, niczym się nie martwiliśmy, bo jest pod stałą opieką lekarzy. śmieszą mnie te filmiki na yt jak 10 mczne dziecko mówi pojedyncze słowa, albo pokazuje co gdzie jest – ja się też tak szybko rozwijałam i ruchowo i szybko zaczęłam mówić i pokazywać, każdy się mną zachwycał, a einsteinem nie jestem, fizycznie też nie jestem chodakowską. nikt też mnie nie pyta na rozmowie o pracę w jakim wieku zaczęłam składać zdania czy chodzić. są pewne normy czasowe, w których teoretycznie dziecko powinno się zmieścić, i tego lekarze się trzymają, ale nie popadajmy w paranoję. ostatnio tyle się naczytałam o autyzmie, że prawie swoje dziecko pod tę chorobę podciągnęłam, a ma dopiero 10 mcy. a dlaczego? a bo jeszcze nie pokazuje gdzie jest piesek czy kotek… nieraz ludzie przesadzają z wymaganiem od dzieci.

    • Kasia Żądło

      Doskonale Cie rozumiem. Moja corka ma tez 10 miesiecy a ostatnio w kwietniu uslyszalam: jak to nie chodzi jeszcze? Bo nasz chodzi ( mieli po 9 mies!). Paranoja. Moj syn zaczal chodzi jak mial 13 miesiecy, teraz ma prawie 5 lat i chodzi i biega i skacze tak samo dobrze jak te dzieci, ktore zaczely majac 10mies. Nie ma sie co przejmowac, nawet jak dziecko wyjdzie poza te okreslone ramy czasowe. Wtedy trzeba po prostu mu pomoc.

  • Justyna Pajda

    rodzice na siłę uczą swoje dzieci, bo chcą się pochwalić chyba przed rodziną i znajomymi. jak tresowane małpki te dzieci później…

  • Super,że przypomniałeś ten wpis.Mam podobne przemyślenia.Dodam,że rodzice przypisują sobie także zasługi tam,gdzie sytuacja wynika z natury dziecka- np śpioch śpi długo nie dlatego,że ma naturę śpiocha,lecz jest cudnie wytrenowany przez sprytnych rodziców.

  • Z jednym sie tylko nie zgodze :) nauke obcego jezyka warto zaczac wczesniej niz np. W podstawowce. Ale ja akurat uwazam, ze szkola jezyka nie nauczy. I nie trzeba tez wozic na zajecia dodatkowe.

  • Magdalena Tobolska

    Myślę, że wielu rodziców powinno się zastanowić czy wręcz nie przeszkadza w rowzwoju dziecka tym ciagłym wspomaganiem. Czasem zamiast inwestować w zajęcia dodtakowe i dążyć do tego by dziecko było lepsze niż inne dzieci w tym samym wieku wystarczy skupić się na naszym wspólnym spędzaniu czasu i w ten sposób odkrywać razem nowe umiejętności. Dziecko dużo bardziej potrzebuje naszej uwagi i czasu niż miliona zabawek, bajek edukacyjnych i innych rzeczy.

    Ważne jest też by dotrzegać odmienność dziecka nie tylko od innych dzieci ale i od nas samych. Jesteśmy ekonomistą i świetnie umiemy matematykę ale nasze dziecko z nią sobie nie radzi – może będzie sportowcem albo muzykiem?

    Myślę, że nie jesteśmy w stanie dać dziecku zupełnie wolnej ręki jeśli chodzi o jego rozwój ponieważ nasze upodobania, sposób żywnia, spędzania wolnego czasu, książki które wybieramy, piosenki kótre śpiewamy itd. to wszystko ma ogromny wpływ na dziecko i w pewien sposób je kształtuje i ukierunkowuje.

  • gośćK

    Rywalizacja między rodzicami jest, ale co zrobić gdy dziecko przychodzi zapłakane ze szkoły, bo rówieśnicy wyśmiewają się z niego, że nie potrafi jeszcze płynnie czytać (pierwsza klasa, lat 7), a ono na prawdę ćwiczy w domu i się stara, ale jest z tych, którym to trudniej przychodzi i nawet zamiłowanie rodziców do książek i czytania jakoś nie pomogło?

    • Poważnie dzieci potrafią być tak wredne już w tym wieku? Przecież w tym wieku dzieci dopiero się uczą czytać, a nie czytają płynnie… tematu szkolnego nękania jeszcze niestety nie poruszałem (więc nie chciałbym udzielać porad w tym zakresie – najpierw postaram się zgłębić temat), ale myślę, że najważniejsze to dawać dziecku znać, że my jesteśmy po jego stronie i ewentualnie porozmawiać z nauczycielem, aby zwracał na to uwagę i nie pozwalał na to.

      • Agnieszka Młodawska

        Potrafią. Potrafią wyśmiewać się z braku takich czy innych umiejętności, potknięć i wypadków. Potrafią wykluczać z grupy inne dzieci tylko dlatego, że są otyłe , potrafią złośliwie rzucić w twarz „ale ty jesteś brzydka/głupia”. Z drugiej strony potrafią też wspierać kolegę, który boi się wejść do basenu czy klaskać, kiedy temu mającemu problemy z czytaniem uda się w końcu przebrnąć przez dłuższy tekst. Zastanawiając się, skąd tak małe dzieci biorą takie zachowanie, do głowy przychodzi mi, niestety, tylko jedno – z domu. Bo w domu rodzice bezmyślnie komentują zachowanie czy wygląd innych ludzi, a dzieciak też uczy się oceniać na podstawie kontrastu: ja jestem fajny, ona brzydka/źle ubrana/biedna/…”. I te dzieciaki to naśladują, krzywdząc innych.

        A to dopiero 2. klasa podstawówki… Strach się bać, co będzie dalej :)

  • Agnieszka Młodawska

    Zgadzam się w całej rozciągłości. Ale aby osiągnąć pewien sposób spokój ducha i umiejętność dostosowania się do rytmu rozwoju naszego dziecka, trzeba na pewnym etapie odciąć się kompletnie od internetu i dostępnych tam porad, zwierzeń i porównań. Dotyczy to szczególnie pierwszych miesięcy i lat życia malucha (nie tak je, nie tyle waży, nie ząbkuje, a syn sąsiadki to ma już paszczę pełną zębów jak rekin, a jego pierwsze słowa to „ba-ba”, a nie „zaprawdę, mam życzenie spożywać na śniadanie bezglutenową owsiankę” :)) Zresztą porównywanie swojego dziecka do innych czy próby wciśnięcia go na siłę w jakieś wymyślone normy tego, co dziecko powinno robić umieć jest szkodliwe na każdym etapie życia. Trzeba obserwować, dostosować się, pogodzić z tym, że nie zawsze wszystko jest tak szybko, jak chcemy i nie zawsze tak, jak chcemy.

  • Gość

    Niezauważone – razem piszemy ;-)

  • Mam nieotwarte wrażenie, że niektórzy rodzice, nie potrafią znaleść złotego środka w wychowywaniu i edukowaniu swoich pociech. Jedni starają się nazbyt ambitnie podchodzić do tego, inni wręcz mają wyjebane (przepraszam za zwrot, ale on jedyny właściwie opisuje poruszaną kwastuę). Summa Summarum, rodzice ci przeszkadzają swoim dzieciom w prawidłowym rozwoju, przytłaczając oczekiwaniami, bądź lekceważąc potrzeby poznawcze małych ludzi.