Jak myślisz, że dziecko przed wszystkim da się uchronić, to mam dla ciebie złą wiadomość

Wybacz.

Poddaję się

A przynajmniej czasami mam na to wielką ochotę. Poddać się i wypisać z klubu zwanego Internetem (ale później dociera do mnie, że wtedy musiałbym przelewy płacić na poczcie i wracam). Niemniej czasami jest mi zwyczajnie słabo.

Tym razem dobiło mnie podejście ludzi do wypadku, który miał miejsce na molo w Ustce. Ze wstępnych ustaleń wynika, że na molo (lub coś przypominające molo, bo osoby tam zamieszkujące mają różne wersje) weszli rodzice z 3,5 miesięcznym niemowlakiem w wózku i w niewyjaśnionych okolicznościach doszło do tragedii:

„- Wózek stoczył się, a spadając, uderzył prawdopodobnie w jakąś betonową podporę i przewrócił się. Dziecko wypadło z wózka na betonowy uskok i stoczyło się do wody – tłumaczył Czerwiński.” źródło

Jakich niewyjaśnionych? Internet już wie dlaczego tak się stało!

„Rodzice robili sobie selfie na molo, w dupie mieli dziecko i tragedia gotowa.” 

To była chyba pierwsza teoria, która się pojawiła i o której nawet poważne serwisy informacyjne wspominały. W końcu gdy zdarzy się coś takiego, to nie chcemy wierzyć, że to był po prostu nieszczęśliwy wypadek. A w życiu. Widział kto nieszczęśliwy wypadek!

My chcemy znaleźć winnych! Chcemy krwi! Chcemy, żeby tryskała posoka i zapłonęły stosy!

Niby tacy rozwinięci, niby XXI wiek, ale jak przychodzi co do czego, to w głowach klasyczne średniowiecze i mocno zakorzeniona chęć polowania na czarownice (z podobnym zresztą poziomem słuszności).

Oczywiście ta teoria okazała się plotką, a najbliższa prawdy jest wersja, że rodzice na chwilę zajęli się trzylatkiem i stąd ich chwila nieuwagi (niemniej dalej nie znamy żadnych większych szczegółów, więc może mimo wszystko się z ocenianiem warto wstrzymać, jak ktoś bardzo oceniać potrzebuje?).

Dosłownie rzygam już tym idealnym rodzicielstwem wyższości

„Ja bym nigdy, ale to nigdy nie naraził swojego dziecka na coś takiego. Nigdy. Ci rodzice zwyczajnie narazili swoje dziecko na niebezpieczeństwo, przez własną głupotę i teraz mają tego efekty.”

Tak, jasne. Całe życie dziecko za rączkę i cały czas na oku i w ogóle to syjamskie zapomniałem dodać.

Takie podejście to nic innego jak prosty system obronny. W ten sposób ludzie racjonalizują sobie, że skoro to nie był zwykły wypadek czy brak szczęścia, tylko jednak fatalne rodzicielstwo, to nas to nie mogło spotkać i my jesteśmy bezpieczni.

Chciałbym, żeby tak było.

Chodźcie opowiem wam coś

Dziewczynka, jedynaczka, 16 miesięcy. Rodzice i dziadkowie w domu. Na schodach bramka, aby nie chodziła po nich sama. Nagle spada z dwóch ostatnich stopni i uderza o podłogę. Ktoś nie domknął bramki na górze schodów (albo sama jakoś ją rozbroiła) i zsunęła się ostrożnie po 10 schodach, spadając dopiero z dwóch ostatnich i uderzając głową o drewno. Ból, płacz, guz, wizyta na pogotowiu.

Na szczęście okazuje się, że wszystko jest w porządku.

Chłopczyk, 3 latka, wstaje z łóżka od babci i zamierza iść do swojego pokoju. Obok babcia i ojciec. Nagle potyka się o kołdrę i spada z łóżka na ziemię, uderzając głową idealnie o wystający kant szafy, jakie często występują, gdy szafa ma drzwi przesuwane. Ból, płacz, guz, do tego po pięciu minutach płaczu zasypia. Strach, płacz rodziców, przerażenie.

Na szczęście na pogotowiu okazuje się, że wszystko w porządku.

Chłopczyk, 5 lat. Robotnicy zostawiają po robotach drogowych mały walec na poboczu. Obok szła mama, ciocia i babcia. Jednak młodemu i tak udaje się tak potknąć i przeleć między dorosłymi, że uderza czołem w bok walca, który wykonany jest z cienkiej, ostrej blachy. Czoło przecięte idealnie na środku, chyba widać czaszkę i tylko krwi mniej niż zakładane (płaczu zresztą też brak). Pielęgniarka tłumaczy, że tak bywa czasami, że ma to związek z szokiem i z adrenaliną.

Na szczęście wszystko całkiem ładnie się goi, a chłopak do dzisiaj jak się bawi z innymi w Harrego Pottera, to przynajmniej ma zawsze pewną rolę tytułową, więc nie narzeka.

Czy nazwalibyście rodziców tych dzieci nieodpowiedzialnymi?

Nie dbającymi o swoje dzieci? A może tym rodzicom należałoby te dzieci odebrać, skoro narazili je na takie rzeczy jak powyższe? Przecież mogli je wtedy trzymać za rękę!

A gdyby ta dziewczynka spadła z kilku schodów więcej? A gdyby pierwszy chłopczyk uderzył się w skroń? A gdyby ten drugi uderzył kawałek obok? To wszystko mogłoby mieć miejsce. Wystarczyłyby czasami sekundy czy milimetry. I to samo by krzyczał tłum na temat winy rodziców, na temat ich nieodpowiedzialności.

Tylko wtedy krzyczałby do mnie, bo te historie napisałem z autopsji

No dalej, pokaż swoją wyższość idealny internetowy rodzicu. Nazwij mnie gorszym. Nazwij mnie nieodpowiedzialnym i gównianym rodzicem, któremu powinno odebrać się dzieci, bo naraża je na niebezpieczeństwo. Wyżyj się, śmiało.

To samo przecież zrobiłeś 3 lata temu, gdy ojciec trzylatki był pewny, że zawiózł ją do przedszkola i poszedł do pracy, podczas gdy ona spała w aucie (klik). Niestety ona tego nie przeżyła, a on skończył w zakładzie zamkniętym, bo nie poradził sobie z tym i nie potrafił tego zrozumieć, ale ciebie to nie interesowało. Ty przecież wiesz lepiej i ty nigdy byś tego nie zrobił, dlatego zamiast okazać współczucie, pokazałeś kły i jad. Plułeś na niego, bo dzięki temu ty czułeś się lepszy.

Nie przekonały cię nawet badania pokazujące, że to mogło spotkać każdego i artykuł, który m. in. na tych badaniach oparł Washington Post, za który to artykuł autor dostał Pulitzera (klik).

Jesteśmy tylko ludźmi

I nie ma co udawać, że jest inaczej. Nie znam też osobiście rodziców, którzy by podobnych historii do wyżej opisanych przeze mnie nie przeżyli.

Jedni znajomi nawet dom zrobili dziecioodporny, niemal wszystko zaokrąglone, bez niebezpiecznych miejsc, bez schodów, wszystko idealne i wiecie co? Jak poszli do kościoła, a on ma dokładnie trzy stopnie, to ich syn się na tych schodach przewrócił i miał szytą wargę.

Nie da się dzieci uchronić przed wszystkim. Nie da się ich mieć na oku przez 24 godziny na dobę. Nie da się ich zawsze trzymać za rączkę. Szczególnie, że czasami wystarczy dosłownie sekunda…

Jedyna różnica między nami, a rodzicami z powyższej historii jest taka (przynajmniej na tę chwilę, kiedy brakuje nam więcej informacji), że my mieliśmy po prostu więcej szczęścia. I tylko tyle. Nie „jesteśmy lepszymi rodzicami”, nie „lepiej dbamy o dziecko”, tylko „mieliśmy więcej szczęścia”. Nic ponad to. Żaden to szczególny powód do okazywania wyższości.

Dlatego pozostaje dziękować opatrzności, że te nasze wypadki zakończyły się łagodniej i prosić o to, aby ta dziewczynka z tego wyszła.

Zresztą nawet, gdybyśmy wiedzieli, że owi rodzice są „winni”, to co z tego?

Że to nie na przykład wadliwy hamulec w wózku, ale rodzice, którzy nie zauważyli pochyłości, zostawili na chwilę wózek i poszli do trzylatka, bo sam nachylał się niebezpiecznie i mógł spaść. Nawet jeśli! To naprawdę myślicie, że to czego ci rodzice potrzebują w tej chwili to informacja „ale jesteście chujowymi rodzicami”? Czy naprawdę musimy im na tak wiele różnych sposób wysyłać komunikat: „to wasza wina”?

Przecież oni w tym momencie i tak obwiniają się bardziej, niż ktokolwiek mógłby ich obwinić, więc po co dokładać się do ich cierpienia?

Ich dziecko właśnie walczy o życie. Ich cudowne, wyczekane, kochane maleństwo, jeszcze tak niewinne, dla którego byliby gotowi zrobić wszystko, walczy właśnie o życie, a oni zakładam są obecnie w stanie oddać wszystko co mają, aby tylko ona z tego wyszła.

Czy poważnie komuś w takiej sytuacji przechodzi przez gardło coś innego, niż „jesteśmy z wami”?

Prawa do zdjęcia należą do Benurs.

Będę wdzięczny za udostępnienie tego tekstu dalej, bo mam wrażenie, że empatia w narodzie coraz silniej zanika, a nie chciałbym, by zaniknęła całkowicie i mam nadzieję, że ten tekst otworzy niektórym oczy.

  • Aneta Wiciak

    Cieszę sie, że to napisałeś. Lubimy niestety pokazywać na wszystko palcem i mówić „ja bym tak nigdy nie zrobiła” tylko prawdą jest że to mogło się zdarzyć każdemu i oni nie zrobili tego specjalnie.

    • „i oni nie zrobili tego specjalnie.”
      Dokładnie tak. Dlatego też napisałem co napisałem, bo jednak wydaje mi się, że wiele osób podchodzi do tego, jakby oni chcieli, aby to się wydarzyło. Aż wierzyć się nie chce.

  • Ewa Kazimierczak

    Że też trzeba takie oczywiste rzeczy pisać…. Ja najbardziej boję się tych idealnych, uporzadkowanych rodziców, którym po prostu nie wierzę. Wśród psychopatow najwięcej osób jest właśnie takich na pozor idealnych 😉 a za zamkniętymi drzwiami, gdy nikt nie widzi…. 😈

  • Anna Ka Linowska

    Niestety myślę, że ci ludzie nie przeczytają Twojego tekstu, bo to ludzie, którzy wchodzą na internet i czytają nagłówki, następnie piszą te swoje mądrości pod najpopularniejszymi artykułami z kompletnym brakiem zastanowienia. Obawiam się, że oni nawet nie są w stanie wniknąć głębiej w temat. Ja postanowiłam się nie denerwować (a naprawdę reagowałam tak jak Ty) i wytłumaczyłam sobie, że nie warto tracić nerwów, bo ci ludzie po prostu mają pewne ograniczenie intelektualne. Wiem, że to przykre co piszą, dlatego unikam czytania komentarzy pod takimi artykułami jak o tym dziecku. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, nawet błahe tematy potrafią wywołać falę niesprawiedliwych komentarzy.

  • Joanna Ja

    Pamietam jak mój synek, mając 1,5 roku, oparzył się herbatą, która na szczęście nie była aż taka gorąca. I jak pojechałam do szpitala jak mnie potraktowali pracownicy służby zdrowia jak wyrodną matkę. A herbata stała na środku stołu, bez obrusa. Ciekawość dziecka nie zna granic, mój syn wszedł na krzesło, wziął herbatę i jeszcze celowo na siebie wylał, bo taki akurat miał zwyczaj. A ja stałam praktycznie obok, tyle że się obruciłam do blatu bo robiłam kanapki. A przecież mogłam też wyjść do toalety, bo przecież z tego powodu że mam małe dziecko nie będę nosić pieluchy, żeby tylko nie spuścić go z oka.Na szczęście nic wielkiego się nie stało, bo jak pisałam, herbata była przestudzona i w zasadzie dzis już sladu nie ma, ale wtedy był ból, strach, patrzenie na cierpienie dziecka, dopiero na drugi dzień widzieliśmy, jak tzw. rumień opadł, że rana jest niewielka. Ale lekarz mial już o mnie wyrobione zdanie, jaka to ja jestem wyrodną i nieodpowiedzialną matką i zgodnie z tą opinią mnie traktował.

    • Traktowanie rodziców przez służbę zdrowia to temat na osobny wpis. To niby pół żartem, pół serio, ale często z rodzicami opowiadamy sobie, że jak coś się stanie dziecku, to zamiast jechać na pogotowie, to trzeba się najpierw dobrze ubrać, bo inaczej potraktują jak patologię i będą grozili odebraniem dziecka (już kilka razy o takiej sytuacji słyszałem).

      • Karo

        przykład z życia: kuzynka szła z trzylatkiem ulicą, mały trzymany za rękę, bezpiecznie… nagle zobaczył coś na wystawie i postanowił zawrócić… szarpnął się tak niefortunnie, że coś sobie wybił (bark?) w każdym razie wielki płacz, ręka bezwładna… jazda w panice do szpitala, tam mały otrzymał pomoc, mama została potraktowana jak patologia a na wypisie zdanie „dziecko szarpnięte przez matkę”…

  • Wioleta Puchała

    BRAWO!!!

  • OLKA

    Też z autopsji zatem: Niedziele, południe, rodzice gotują obiad a ich 6-letnia córka bawi się na piętrze z kuzynką. Idą do pokoju i córa włącza lampę stojącą, którą włączała kilka razy dziennie. Wybija korki, słuchać krzyk kuzynki – CIOCIU NADIĘ KOPNĄŁ PRĄD! Nie wiem jak znaleźliśmy się na piętrze, nie pamiętam nic. Ale ta kilkusekundowa cisza zanim usłyszałam płacz córki wydawała się dobą. Ku przestrodze nadal mam osmoloną bluzkę córki. Czy również jesteśmy złymi rodzicami???

  • Sonia

    Tekst bardzo trafiony. Niestety jak się okazuje – i to się coraz częściej potwierdza ‚rodzic rodzicowi wilkiem’. Jeszcze jakiś czas temu nie wiedziałam o co chodzi. Teraz, mając dziecko już wiem. Pomijając te poważniejsze historie, dochodzi nawet do sytuacji wręcz absurdalnych. Osiedlowy plac zabaw, letnie popołudnie, więc pełen nie tylko dzieci, ale i ich rodziców, moje dziecko (jeszcze dosyć nieumiejętnie) chodzi sobie wkoło, ja tuż za nią, nagle upadek, donośny płacz i przegryziona warga. Podnoszę dziecko, rozglądam się wokół i widzę wbity we mnie wzrok grupki idealnych mamusiek i komentarz ‚i po co tak to dziecko puszcza?’.. Czasem po prostu wątpię. Wątpię w ludzi, wątpię w rodziców,no comment..

  • Michał A. Nowakowski

    Łut szczęścia lub pechowa chwila zdarza się jażdemu z nas. Przypomina się ten fragment z Księgi Kaznodzie 9:11: „11 I jeszcze raz zobaczyłem pod słońcem, że nie szybkim przypada zwycięstwo w wyścigu ani mocarzom — zwycięstwo w bitwie, ani mądrym — pokarm, ani tym, którzy się odznaczają zrozumieniem — bogactwo, ani nawet odznaczającym się wiedzą — łaska; gdyż wszystkich ich dosięga czas i nieprzewidziane zdarzenie”.

  • B. W.

    Mnie, jako mamę małego chłopca, przeraża to, że nie da się uchronić dziecka przed wszystkim. Ten ciągły strach i napięcie, a do tego wyobraźnia są okropne. Ostatnio Tata był z Synkiem w parku, kiedy nagle, około 3 metrów obok nich, runęła na ziemię spruchniała gałąź. 3 metry. A gdyby szli szybciej? Przy czytaniu o takich zdarzeniach, jak w poście, pierwsze co mi przychodzi na myśl to „biedne dzieciątko”, „straszna tragedia”, „jak sobie poradzą z tym rodzice, trauma na całe życie”… Jestem świadoma tego, że niebezpieczeństwa czyhają na każdym kroku, a ja nie jestem w stanie nad wszystkim zapanować. Wyroki zaś, moim zdaniem, ferują ci, którzy chyba dzieci nie mają. Tacy ludzie zawsze mają dużo do powiedzenia w kwestii wychowywania dzieci.

    • Yves Klein Blue

      To raczej jest kwestia sensownych proporcji rozsądku i empatii. Nie feruję wyroków i niespecjalnie życzę sobie grupowania na siłę ludzi na podgrupy rozsądnych, empatycznych rodziców i bezdzietnych, który „zawsze mają dużo do powiedzenia w kwestii wychowywania dzieci”. Proszę sobie może porozmawiać z kimś bezdzietnym, to pomogłoby zweryfikować podobne przekonania.

  • Oczywiście. Szkoda, że tak mało osób to jarzy.

  • Karolina Mazur

    Ale bzdury … jak można porównywać wypadki dzieci w wieku 5 lat a nawet 16 miesięcy z 3 miesięcznym bobaswm w wózku? Wiadomo, że kiedy dziecko samo zaczyna się przemieszczać, to może zdarzyć się wszystko i na to rzeczywiście nie mamy wpływu, ale na to, żeby nie wlazic z wózkiem w jakieś potencjalnie niebezpieczne miejsca mamy wpływ. Ludziom zwyczajnie brak wyobraźni, jeśli ten wózek się stoczył, to musiały wystąpić okoliczności które to umożliwiły, zastanówcie się, czy na molo w Sopocie wózek mógłby się stoczyć? Nie, a dlaczego ? Bo jest szwrokie, bo ma barierki w okół etc. To oznacza, że miejsce w którym rodzice postawili wózek, który potem wpadł do wody, nie było odpowiednio zabezpieczone. Zalozmy, że 3 latek chciał tam wejść i coś zobaczyc, czy nie mógł tam.pojsc z jednym z rodziców? A jeśli już tam musieli wejść oboje, to czy należało wpuszczać wózek z oka nawet na chwilę? Dla mnie takie wypadki – z udziałem 3 miesięcznych dzieci nie są normalne…

    • Car

      Akurat tam, gdzie był wypadek, w trakcie wizyty w Ustce nie odważyłam się wejść z 2 latką, więc nie powiem, jak tam jest. Ale generalnie całe nabrzeże jest fatalnie zabezpieczone. Raczej w ogóle nie jest zabezpieczone. A że 2-latka akurat miała fantazję i intensywnie odmawiała trzymania mojej ręki, to utrzymywałam duży odstęp od krawędzi nabrzeża i poszłyśmy potem na plażę, a nie dalej wzdłuż nabrzeża. Miałam miękkie nogi w trakcie całego spaceru. Ja pływać oczywiście nie potrafię i nie byłabym w stanie jej pomóc w razie potrzeby.
      A rodzice bywają na przykład zmęczeni – miałam w trakcie wakacji jeden moment, że prawie zawału dostałam przez debilnego rowerzystę, który mi o włos minął główkę dziecka, które nagle wykonało niespodziewany manewr na drodze – wystarczyła sekunda spóźnionego refleksu i duża grupa ludzi wracających z plaży, której przejście na moment mnie zdekoncentrowało i nie zauważyłam gnającego kretyna (nie ma co liczyć na procesy myślowe rowerzysty, który nie dość, że nie zachował ostrożności wjeżdżając między ludzi, to nawet się nie obejrzał na ich krzyki).

  • Sama prawda.

    Tylko czekać aż ktoś napisze: „Nieodpowiedni rodzice nie zamknęli bramki”, „Jaką to bramkę kupili, że dziecko mogło ją sobie otworzyć. Wstyd”, „Jak można pozwolić, żeby dziecko obok nas spadło z łóżka”, „Gdzie to chodzą ci nieodpowiedni rodzice? Nie mają gdzie iść tylko koło walca?” :(

  • Tomasz Konior

    Chronienie dzieci „przed wszystkim” jest ogromną krzywdą dla dziecka i tutaj 100% zgadzam się z Autorem. Natomiast co do tego konkretnego zdarzenia (maluszek który wpadł do wody): czy był to wypadek, który zdarzył się w ciągu tych kilku sekund, kiedy czasem rodzicowi brakuje dodatkowych rąk i dodatkowej pary oczu, czy był to wypadek spowodowany zignorowaniem prostych, podstawowych zasad bezpieczeństwa. To dwie różne rzeczy. Nie dziwmy się reakcjom innych ludzi którzy w życiu dbają o bezpieczeństwo swoje i innych, że są zbulwersowani tym wypadkiem. Każdy wie, że w wózku są pasy, wózek ma hamulec bezpieczeństwa, więc odjechanie wózka, wywrotka i wykulanie się dziecka nie powinno mieć miejsca. „Panie kto zapina okutanego niemowlaka pasami w wózku ?” no ja zapinam, tak jak siebie zapinam w samochodzie, zawsze. „Panie jak zatrzymuję wózek co chwila na 5 sekund to musiałbym nic nie robić tylko blokować i odblokować hamulec” no tak, dokładnie tak jest. Tak trzeba robić. I to nie jest chronienie dziecka „przed wszystkim”, tylko jest to przestrzeganie elementarnych zasad zapobiegających tragediom takim, jak ta, która miała miejsce. Jako rodzic jestem w stanie pojąć jak to się stało bo wiem że wraz z upływem czasu przyzwyczajamy sie do obecności dziecka i nasza czujność po prostu spada.

    • Joanna Dłużniewska

      Pierwsze słyszę o gondoli z pasami. Jeżeli ktoś nie ma gondoli do przewożenia dziecka w aucie, to skąd ma mieć pasy? Pasy są w spacerówkach.

      • Alicja Kankowski

        Nie zebym coś miała do tych rodziców, bo naprawdę strasznie mi ich szkoda, nie jestem sobie w stanie wyobrazić co przezywają , ale tak ja z tych co ogólnie przewrażliwieni i tak miałam w gondoli szelki

    • Klaudia Osowska

      Ja mam 3 wózek do 3 dziecka i w żadnej gondoli nie miałam pasów! u znajomych albo gdy przeglądałam wózki w sklepach i na internecie nie spotkałam wózka, żeby miał w gondoli pasy…chyba ze taki co niby można przewozić w niej w aucie ale znowuż ona jest niebezpieczna jako fotelik do auta…takze proszę nie opowiadać głupot z pasami dla 3 mcznego dziecka które do pół roku a najlepiej kiedy będzie samo siadać będzie jeżdzić w gondoli!

  • ania p k

    Mnie strasznie żal jest tych rodziców…przeżywają teraz ogromną tragedię i nie wiadomo czy jeszcze będą w stanie normalnie żyć czy to razem czy już osobno….

  • Tomasz Konior

    P. S. Nie ma idealnych rodziców, ale przez lata dostrzegam pewną prawidłowość. Mianowicie są rodziny, w których dzieciom zawsze coś się wydarza (oparzenia, złamania, upadki, wypadki), a są takie rodziny, w których nigdy nie było poważniejszych zdarzeń. I co najciekawsze, te „bezpieczne” rodziny zwykle chodzą po górach, jeżdżą na nartach i na rowerach, pływają, czasem uprawiają ekstremalne sporty. Przypadek ? nie sądzę. Po prostu są ludzie którzy zamiast uczyć się „po fakcie”, przestrzegają prostych zasad od zawsze.

    • Dowód anegdotyczny. Ja z kolei najwięcej złamań pamiętam u wszystkich tych, którzy stale uprawiali sporty. Ja sam spędzałem całe dnie na wspinaniu się po drzewach i jakoś dwukrotnie ręka do gipsu poleciała. Podobnie kolega, który jeździł na desce praktycznie raz do roku miał mniej lub bardziej poważny wypadek na tej desce właśnie.

  • Karolina Kupc

    I ja nam wszystkim po prostu szczęścia życzę.

  • Katarzyna Liman-Szkatulska

    Kiedy mój najstarszy syn miał 2 latka, na deptaku gdzie można tylko spacerować, jak wariat jechał rowerzysta i przejechał synkowi po nodze. Pół metra ode mnie. Nawet nie zdążyłam zobaczyć kto to był bo czym prędzej się ulotnił. Noga pogruchotana, kość piszczelowa składana operacyjnie. I też słyszałam komentarze, że nie dopilnowałam. Ale już się uodporniłam na takie słowa. Przy trójce dzieci ciągle coś się zdarza. Dziś najmlodszy nabił sobie śliwę pod okiem bo szedł obok łóżka i nogi mu się poplątały chyba i z całej siły uderzył głową a brzeg. Wypadki czyhają na nasze dzieci na każdym kroku i choćbysmy nie wiem jak pilnowali to czasami i tak spotka nas coś pechowego. Nie oceniajmy więc tak łatwo!

  • Marcin Kwietniak

    Moja skądinąd kochana teściowa, przy pierwszym dziecku też nam mówiła, że jesteśmy nieodpowiedzialni, etc. Któregoś dnia opiekowała się młodym (miał ze 2 lata). Oczywiście cały czas przy nim. Kiedy wyjmowała coś w lodówki, młody między jej nogami wlazł na samochodzik żeby lepiej widzieć. Jak łatwo zgadnąć, wywinął orła waląc łepetyną w posadzkę. Babcia zadzwoniła do mnie do pracy z płaczem, że młody chyba umiera (!) a więc 16 km dzielące zakład pracy od domu pokonałem w rekordowym czasie. Wpadłem do domu, młody sobie śpi na babcinych kolanach umordowany płaczem i stresem. Nic mu nie było ;)
    Od tej pory babcia już nie zarzucała nam braku nadzoru – bo dzieci nie da się upilnować. Niestety. Ale ta ciekawość i brak ustawicznego nadzoru i dozoru później wychodzi im na zdrowie. Widzę to po swojej czwartej pociesze – z braku czasu przy takim stadzie radzi sobie sama i póki co jest wyjątkowo samodzielną, zaradną dziewczynką lat 2.5 . Ot, właśnie przyszła zalana sokiem, bo w trakcie pisania tego posta zapragnęła nalać sobie soczku do butelki. A przy okazji za koszulkę i do pieluszki. Dzieci są boskie ;)

  • Moi „nieodpowiedzialni” Rodzice: Tata pilnował brata pod domem w wózku, Młody przechylił się i cały dziób odarł o betonowe schody… Mama miała go ciągle „pod nogami”, odwróciła się na 2 sekundy – uciekł w tym czasie do piwnicy za kotem i wpadł do kanału w garażu – do roztargania gwoździem tętnicy brakło milimetrów…. Brat żyje, ma się dobrze i właśnie przekroczył trzydziestkę – mimo tak skrajnego niedopilnowania… Ja z resztą też – ale ja z tych grzecznych ;)

  • Alicja

    Hmm, Kamil, tym razem nie do końca się z Tobą zgodzę. To jednak nie jest do końca to samo, ruchliwe samobieżne dziecko, przy którym oczy dookoła głowy i dwie pary rąk i nóg czasem nie wystarczą, a niemowlę w wózku. Ja nigdy nie posunęłabym się do oceniania rodziców, bo nie mam takiej natury, jak nie mam wystarczającej wiedzy, to nie komentuję, a nie wiem, co się tam dokładnie zdarzyło. Od ustalania faktów jest prokuratura i policja. Ale tak całkiem ogólnie, to trzeba rozróżnić zaniedbanie zasad bezpieczeństwa (jak nie zapinanie pasów, zostawianie śpiącego dziecka w wózku przed sklepem czy ignorowanie istnienia hamulca w wózku) od wypadków, którym nie da się zapobiec, bo nie wszystko da się przewidzieć. Nie oceniam tej konkretnej sytuacji, bo nie wiem, co się wydarzyło, czy hamulec się zepsuł, czy ktoś go nie użył, czy ktoś przypadkiem trącił ten wózek i wprawił w ruch. Ale ogólnie nie wrzucajmy wszystkich wypadków z udziałem dzieci do jednego worka bo „dzieci nie da się upilnować”. No czasem się nie da, ale wielu wydarzeniom można zapobiec. Często widzę taką niefrasobliwość u rodziców i mnie to mierzi. Typu, a po co ten hamulec, skoro stoję tuż obok. Albo stawianie gorących napojów w zasięgu dzieci, tego się po prostu nie robi.

  • Weronika Ulańska

    Mam trójkę rodzeństwa. Między najstarszym, a najmłodszym jest 6lat różnicy. Takich sytuacji jakie Pan opisuje było u nas w rodzinie bardzo dużo. Ba, jeszcze w tych niebezpiecznych latach 80 i 90. Udostępniam i mam nadzieję, że ten tekst przeczytają Ci co to są tacy idealni, że ho ho. Pozdrawiam.

  • Ewa Lewicka

    Oczywiście, że się nie da, co nie zwalnia z odpowiedzialności. Internet nie wydał wyroku, ci ludzie rzeczywiście robili sobie fotki. Nie prowadzili wózka pierwszy raz. Nie pomyśleli o zabezpieczeniu kół, kiedy puścili wózek na rzecz robienia zdjęć. Tylko dzieciątka szkoda, ono mając trzy miesiące samo o siebie nie zadba, a rodzice w tych kilku sekundach po prostu zawiedli. A nie zawiedli?

    • A skąd ma Pani informacje, że rzeczywiście robili sobie fotki?

      • Ewa Lewicka

        Od tamtejszego mieszkańca, z racji wykonywanego zawodu wiarygodnej osoby, a nie plotkarza. Chyba, że zbiorowy lincz i zmowa świadków? Zresztą, dla skutku braku uwagi to i tak bez znaczenia.

      • Ewa Lewicka

        Poza tym, prosiłabym o nieodpowiadanie pytaniem na pytanie ;)

        • Ależ odpowiadanie pytaniem na pytanie ma jedynie na celu zebranie wszystkich niezbędnych informacji przed udzieleniem przemyślanej odpowiedzi i nie widzę w tym niczego złego. Także odpowiadając, rodzice nie zawiedli, bo nie robili sobie fotek – przynajmniej na tą chwilę nie ma takiej informacji, która byłaby potwierdzona – wręcz została ona wstępnie zdementowana.

  • Bl og

    Ochrona dziecka przed całym złem nigdy nie jest możliwa, nie możemy chronić dziecka szklanym kloszem 24 na 24. Jednak ludzie nie potrafią powstrzymać się od oceny, nawet jeśli chodzi o tragedię

  • Bl og

    Ochrona dziecka przed całym złem nigdy nie jest możliwa, nie możemy chronić dziecka szklanym kloszem 24 na 24. Jednak ludzie nie potrafią powstrzymać się od oceny, nawet jeśli chodzi o tragedię.
    T.1987

  • Marta Ciszewska

    Moja córcia (obecnie 3,5 roku), w czasie, gdy uczyła się chodzić, potknęła się o własne nogi i uderzyła brodą o rączkę od szuflady… był płacz… była krew… na szczęście skończyło się tylko na rozcięciu skóry na brodzie… do dzisiaj mamy malutką bliznę
    Nam, gdy byliśmy mali też przytrafiały się wypadki, potknięcia, rozcięcia, złamania… i co??? o naszych rodzicach mamy mówić, że są najgorsi? NIE… ja jestem mojej mamie wdzięczna za to, ze pozwalała wchodzić mi na drzewa, próbować rzeczy, które mogły wydawać się niebezpieczne…

  • rz

    Prawda, tylko tu niestety nie ma targetu, do którego piszesz :-) Zazwyczaj to w ogóle nie są rodzice…

    Ja sam się czasem cieszę, że przeżyłem dzieciństwo, pamiętam sytuacje, w których spadałem z huśtawki, samochód hamował w ostatniej chwili, kiedy przebiegałem przez drogę.

    A moje dziecko siedząc na podłodze przewróciło się na kant drewnianego klocka, tuż nad okiem (fajne limo). I wiele, wiele innych, czasem trzeba mieć szczęście ;-)

  • jono

    Moje kilka słówa propos niniejszego wpisu/postu oraz tego sprzed dwóch lat p.t Czy warto posłać dziecko do klasy integracyjnej?
    Córka (zdrowa) właśnie zaczęła przygodę w szkole (szkolnej zerówce) i w klasie integracyjnej. Doświadczenia pierwszych 2-3 dni – kilkukrotny fizyczny bolesny szokujący kontakt z dziećmi niepełnosprawnymi umysłowo (tylko takie są w naszej szkole) – miały taki efekt że 5 dzieci zostało natychmiast wypisane z klasy (najczęściej do innych szkół). Po tym fakcie Dyrektor i nauczyciele zmienili nieco „system” pracy w tej klasie (tj. odseparowano najbardziej „napastliwe” i b.słabo kontaktowe dziecko), a ja próbowałam codziennie rozmawiać z córką (co kilka dni też i z nauczycielami) i pomagać jej w procesie adopcji. Po dwóch tygodniach córka jest w gorszym stanie niż po pierwszych dniach: ma koszmary nocne (z niepełnosprawnymi kolegami w roli głównej); rano (przed wyjściem do szkoły) boli ją brzuszek, odmawia zjedzenia śniadania; coraz mniej mówi o tym co się dzieje w szkole (zamyka się); ma napady płaczu; zrobiła się bardzo drażliwa.
    Nie, nie myślę, że można dziecko przed wszystkim uchronić, ale może jednak „niektore zdrowe, ‚usłuchane’ i pacyfistycznie nastawione dzieci niekoniecznie radzą sobie z dziećmi z zaburzeniami zachowania…
    I zamartwiam się:I co ja mam teraz zrobić?…

  • „Życie grozi śmiercią” – krótko mówiąc

    • Myślę, że jest nawet gorzej. Nie tylko grozi, ale i każdy kto żyje, jest wręcz na nią skazany ;)

  • Niby oczywista oczywistość ale mało kto chce ją sobie uświadomić :)

  • Dominika Smoleńska

    Popieram. Empatia w narodzie w totalnym zaniku.Przeraża mnie zwłaszcza to, że sama się na takim braku zrozumienia czasami łapie dlatego wdzięczna jestem za ten tekst. Mnie otworzył oczy.
    Czego i innym życzę.
    Nie dajmy się zwariować.