Dlaczego moje dzieci sprzątają pomimo tego, że nie muszą?

Czy jest jakiś sposób, który mogę polecić?

3097037008_f9664e2685_b

Brak obowiązków?

Moje dzieci nie muszą sprzątać. Nie muszą sprzątać po śniadaniu, nie muszą sprzątać po zabawie i nie muszą sprzątać swoich pokoi. A jednak każde z nich to robi. Częściej lub rzadziej (szczególnie sprzątanie własnych pokoi następuje „rzadziej”), ale jednak to robią.

Dlaczego? Żeby na to odpowiedzieć, najpierw muszę odpowiedzieć, skąd w ogóle pomysł, żeby nie kazać dzieciom sprzątać.

Geneza

Kiedyś przyszła do nas koleżanka mojej córki i przez bitą godzinę narzekała ile to ona musi robić w domu. Że musi sprzątać swój pokój. I że musi sprzątać zabawki. I odkładać je na miejsce. I trzymać porządek. I odkurzać swój pokój. I pilnować, żeby podczas odkurzania, nie było zabawek na podłodze. I żeby te zabawki, były w pudełkach, jak się nimi nie bawi. I ona tak potrafiła bardzo długo opowiadać w zasadzie tylko o tym, że musi sprzątać pokój. Warto to podkreślić. Ona miała tylko jeden obowiązek. Ale potrafiła o nim opowiadać godzinami, bo była do niego zmuszona. I mając te sześć/siedem lat, zdążyła go już żywo znienawidzić.

A co do jej standardów czystości, to poza własnym pokojem i gdy rodziców nie było w pobliżu – zostawiała po sobie bajzel porównywalny z przejściem tornada.

Miałem tak samo

Wtedy też mnie oświeciło. Ja byłem taki sam. Im więcej razy „musiałem” coś zrobić w domu, tym bardziej zaczynałem tego nienawidzić. Kończyło się na tym, że jak musiałem raz w miesiącu skosić ogród (dwie godziny pracy maksymalnie), to zachowywałem się, jak gdyby kazano mi pracować w polu przez dwanaście godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. I nie miało znaczenia czy miałem jedenaście lat czy siedemnaście.

Po spotkaniu z tą dziewczynką, nienawidzącą sprzątania pokoju, stwierdziłem, że nie chcę tego samego dla moich dzieci. Nie chciałem jednak też ich w niczym wyręczać, więc musiałem poszukać złotego środka.

Twój pokój, Twoja sprawa

To pierwsza zasada. Chcesz mieć bałagan, proszę Cię bardzo. Ale bałagan to nie tylko przywilej niesprzątania. Bałagan to też m. in. brak możliwości zapraszania kolegów. Bałagan to brak możliwości zabawy z rodzicami, bo rodzicom bałagan się nie podoba i nie mają ochoty siedzieć w pokoju, gdzie panuje nieporządek (to było najtrudniejsze, bo oznaczało, że musimy trzymać takie same standardy w swoich pokojach – jakoś jednak daliśmy radę :)

I te dwie zasady w zasadzie kompletnie wystarczyły, ale ich pokoje były sprzątane. Może nie zadziała z dwulatkiem, ale już z cztero-pięciolatkiem, jak najbardziej. Dodatkowo pomaga też wyrażenie od czasu opinii o pokoju dzieci. Na przykład:

Naprawdę przyjemnie wchodzi się do takiego posprzątanego pokoju.

lub

Jest mi bardzo przykro, kiedy widzę wasze zabawki tak porozrzucane po całym pokoju.

Wtedy może wam się zdarzy, że będziecie świadkami sytuacji, w której wasze dziecko przyjdzie do was o siódmej rano, poinformować was, że właśnie skończyło sprzątać swój pokój. Nasz starszy syn już kilka raz taką niespodziankę nam zrobił :)

Nie dbasz o zabawki, nie musisz ich mieć

Druga zasada jest dużo bardziej ostra, mogłoby się wydawać. Jednak nieporządek w pokoju to jedno, a posiadanie bałaganu po sufit to zupełnie co innego. Kiedy na podłodze dziecięcego pokoju jest tak dużo zabawek, że nie da się przez niego przejść, to wtedy linia zostaje przekroczona. Bo w takim bałaganie bardzo łatwo o uszkodzenie jakichś zabawek czy zgubienie jakichś elementów (a ja jestem bardzo uczulony na tym punkcie).

Mnie taki bałagan informuje o dwóch rzeczach. Pierwsza: dzieci mają za dużo zabawek. Druga: dzieci przestają szanować zabawki. W takiej sytuacji, przedstawiam dzieciom dwie dostępne opcje. Albo w pokoju zostaje przywrócony porządek i wszystko wraca do normy, albo stwierdzamy, że jednak mamy za dużo zabawek i część możemy oddać.

Przyznam szczerze, że dzięki temu już kilkukrotnie, udało nam się przekazać część zabawek na jakieś akcje społeczne. Nie po to, żeby ukarać dzieci. Po prostu okazywało się, że one naprawdę czują się trochę przytłoczone ich ilością.

Mój pokój, moje zasady

Ostatnia zasada dotyczy wyboru miejsca do zabawy. Moje dzieci bawią się zabawkami głównie w swoich pokojach, ale nie dlatego, że nigdzie indziej im nie pozwalamy. Po prostu w ich pokojach panują ich zasady, a w naszych pokojach panują nasze zasady (a we wspólnych pomieszczeniach, panują zasady wspólne). Także o ile rozrzucone zabawki w ich pokojach są akceptowalne do pewnego poziomu (patrz poprzedni akapit), to w pozostałych pomieszczeniach już absolutnie nie. Z takimi zabawkami radzimy sobie najczęściej dwojako. Albo przenosimy je do pokoi dzieci (utrzymując je w ich artystycznym nieładzie :) albo informujemy, że jeśli ich nie posprzątają, to my je posprzątamy. Tyle, że wtedy zabawki zabawki bierzemy w zastaw i jeśli będą chciały je dostać – będą musiały nam pomóc w czymś innym. Taki rodzicielski lombard ;)

I te trzy metody w zasadzie całkowicie nam obecnie wystarczają, aby dzieci nie czuły się przytłoczone obowiązkami, ale jednocześnie utrzymywały (jako taki ;) porządek. A jak to jest u was? Szczególnie jestem zainteresowany sprzątaniem pokoju przez dzieci, więc jak macie jakieś swoje sposoby to z chęcią skorzystam :)

Prawa do zdjęcia należą do Emran.

  • Ola Okrojek

    takie proste, a takie skuteczne. gratuluję!

  • Czytałam o tym w „Wychowaniu bez porażek”, wypróbowałam i to działa :) Kiedy Tymek chce żebym się z nim pobawiła w salonie gdzie zabawki leżą na ziemi to mówię, że z chęcią się z nim pobawię, ale nie mam jak, bo się boję że zrobię sobie krzywdę albo zepsuję zabawki jak tam wejdę. Zaraz zaczyna sprzątać :)

    A zasada rodzicielskiego lombardu mi się bardzo podoba :-)

    • Książka leży na półce, ale jeszcze nie czytałem, więc może chłonę wiedzę przez samo przebywanie z nią? ;)

    • monikada

      Witam serdecznie,

      Piszę do Pani, ponieważ jestem w trakcie przygotowywania programu telewizyjnego, do którego chcemy zaprosić rodziców dzieci z ADHD. Problem ten dotyczy coraz większej ilości młodych osób i dlatego uważamy, że należy na ten temat rozmawiać. Jeżeli jest Pani zainteresowana udziałem w programie lub ma Pani jakiekolwiek pytania proszę o przesłanie na adres monikadalaszynska@tlen.pl numeru telefonu – zadzwonię i przedstawię
      szczegóły.

      Rozmowa jest oczywiście zupełnie niezobowiązująca.
      Pozdrawiam,
      Monika

  • U nas każdy ma obowiązek sprzątania po sobie w pomieszczeniach wspólnych (talerz ze stołu, skończona rolka po papierze, rozlana woda itd). Jak się bawią w naszym pokoju to po prostu po zabawie zbierają majdan. Podłoga w ich pokojach też zalicza się do części wspólnych wszystko pozostałe jest ich sprawą. I tak biurko i szafki najstarszego zawsze w idealnym porządku, średniego bajzel jakich mało. Jak odrabia lekcje to na zasadzie łokcia żeby trochę miejsca sobie na biurku zrobić. Dzięki temu zawsze trochę musi uprzątnąć bo to spada na wspólną podłogę ;)

    • W sumie fajny pomysł z tym, że podłoga w dziecięcym pokoju zalicza się do części wspólnych. Chyba też ją wcielimy, jak już każdy będzie miał swój teren i swoje biurko, dzięki :)

  • Ania

    Świetne rozwiązanie. Nawet o tym nie pomyślałam i faktycznie tak proste,a takie skuteczne jak podkreśliła pani Ola Okrojek. Być może, na moją 2,5 roczną córkę nie zadziała,ale nie szkodzi mi spróbować. Dziękuję za pomysł :)

  • Miśka nie ma jeszcze własnego pokoju (tzn. pokój już jest, ale jeszcze nie wykończony), natomiast z pokojem Miśka jest tak, że może mieć bałagan. „Póki nie wychodzą stąd małe białe robaczki, ja się nie wtrącam”. Jedna zasada – przestrzeń między dywanem a ścianą (jakieś 30 cm) ma być pusta, bo tamtędy idę rano, żeby go obudzić i nie życzę sobie stąpać po klockach lego. Bałagan Miśka czasem jest zwykłym bałaganem, czasem konstrukcją przedstawiającą miasto z rozwiniętą linią kolejową. Nie zawsze można rozróżnić ;) Nie każę mu sprzątać miasta, pamiętam z własnego dzieciństwa, że jak człowiek coś buduje cały dzień a wieczorem każą mu pochować do pudełek, to mu przykro. Tzn. ja tak nie miałam, tylko moja koleżanka. Zawsze mi jej było żal. Sprzątać Misiek „musi” tylko w jednym wypadku (tzn teoretycznie w dwóch, ale do stadium robaczków jeszcze nigdy nie doszedł) – kiedy chce grac na komputerze. Mój komputer, moje zasady – lekcje mają być odrobione a pokój wysprzątany.

    • PS. Tak, zdarza się usłyszeć z samego rana: „Lekcje odrobione, pokój posprzątany – włączysz mi komputer?”

    • U nas też jest tak, że budowli nie trzeba sprzątać. Tylko luźne klocki, które są rozrzucone dookoła. Bo o ile najstarsza i najmłodszy nie mają problemu z burzeniem, to mój średni traktuje wyburzenie jego budowli tak, jak gdyby mu ktoś jego własny dom wyburzył ;)

  • Ja to jednak twierdzę, że masz zbyt idealne te dzieci, więc wietrzę podstęp. Dzieci-roboty odpowiednio zaprogramowane? ;)

    • Przecież wszystkie dzieci są idealne ;) A tak na poważnie – to przecież napisałem, że sprzątanie pokoju to nieczęsty widok. Prawie tak jak częsty jak mycie kryształów w meblościankach – dwa razy do roku – raz na każde święta ;) A to, że nauczyłem się z tym żyć, to kwestia podejścia :)

      • O tym dwa razy do roku to dopiero teraz piszesz, wcześniej odniosłam wrażenie że sprzątają, więc git. Moja nabiera chęci nasprzątanie tylko i wyłącznie gdy jest bardzo zmęczona i nadchodzi pora drzemki. Jest już tak zmęczona by paradoksalnie na tę drzemkę nie iść, że zrobi wszystko by to odwlec. Nigdy nie zrozumiem logiki dziecięcej ;)

        • Dwa razy w tekście wspomniałem, że ze sprzątaniem maja problem ;)

  • W sumie takie proste zasady a ciężko na nie wpaść. Ja do tej pory miałam 3 inne sposoby ale te twoje mi się bardziej podobają. 1. sprzątamy po zabawie wspólnie więcej dzieci mniej my (mam dzieci w wieku 3,5 i rok) 2. Jeśli do sprzątania trzeba zmotywować to wtedy liczymy do dziesięciu, działa i jest to dodatkowa zabawa dla córki. 3 Jeśli córka jest bardzo uparta i nie chce sprzątać to mówimy że albo zabawki oddajemy dzieciom które ich potrzebują albo wylatują przez balkon. też działa. Ale jak pisałam wcześniej twoje zasady bardzo mi się podobają i na pewno z nich skorzystam :)

    • U nas liczyliśmy w przypadku naszej starszej dwójki, ale młodszy ma alergię na liczenie i nawet nie ma co tego próbować przy nim. Zbuntuje się i pozamiatane :)

  • Kinga Bartoszewska

    Ja stosuję: chętnie się pobawię, ale jestem duża i nie ma tu dla mnie miejsca… I oczywiście wszelkie budowle (podobnie jak ułożone puzzle) zostają na „wystawę”. Z mojego dzieciństwa pamiętam ból niszczenia własnej pracy.

    • Ja miałem taką samą zasadę z budowlami, ale kiedy jedno dziecko wykorzysta wszystkie klocki i postanawia je zostawić na wystawę i to trwa kilka dni, a inne dzieci też chcą się bawić, to musiałem ją zmienić :)

      • Kasia Lena

        My robimy zdjęcie budowli do „archiwum” i wtedy już można zburzyć ;)

  • Dla dzieci porządek ma inne oblicze niż dla rodziców – to, co według nich jest już porządkiem, dla mnie niestety nie jest. I tez tak mamy: pokój wygląda jak po przejściu tornada – nie zapraszają kolegów, zabawki walają się po podłodze – po kilku przypomnieniach, pakuje je do torby i chowam w szafie. Jednak jest i tak, że nie wytrzymuję i raz na jakiś czas łapię się sama za sprzątanie sama – to jest jak odgruzowywanie (te klocki, klocuszki!), czasem robimy to razem. U nas problemem jest ścielenie łóżek, czasem próbują to robić, składać, chować pościel do szuflad, ale przeważnie nie i zostawiają tornado na łózkach, bo rano pospiech (kiedy następuje ewakuacja ja już jestem w pracy, a mąż szykując trzech nie ma już głowy do takich drobiazgów ;) pozdrawiam
    m.

    • Jakoś ja też nigdy nie miałem głowy do takich drobiazgów ;) Przypadek? ;)

  • Agnieszka

    „jeśli Wy nie posprzątacie, to JA TO ZROBIĘ” – działa ;) pędzą wtedy zbierać mało nóg nie połamią, bo wiedzą że jak mama posprząta to długo tych zabawek nie zobaczą :P ale żeby nie było…. to raz na jakiś czas taki mały szantażyk :P

    • Jak pisałem – ja taką zasadę również stosuję w niektórych przypadkach :)

  • Mnie chyba zabrakło konsekwencji w egzekwowaniu takich reguł. Moje boje z porządkami wygląadają tak http://tatapotwora.pl/porzadki/

  • A skąd w takim razie efekt sprzątania po sobie w kuchni? To, jak rozumiem, pomieszczenie wspólne, gdzie panują wspólne zasady. Czy dzieci przyłączyły się do zasad sprzątania po sobie bezboleśnie? Jak to poszło?

    • W kuchni padają dwa argumenty, gdy dzieci nie mają ochoty na sprzątanie. Pierwszy jest taki, że nikt inny nie odniesie twoich naczyń, więc będą leżały tam cały dzień i wyschną, przez co mycie będzie trudniejsze. Drugi jest taki, że jeśli akurat komuś będzie zależało na czystej kuchni i odniesie ten talerz, to będzie miał dodatkową pracę i będzie po niej bardziej zmęczony (oczywiście używamy tutaj dużego skrótu myślowego :).

      Niemniej to się zdarza w chwili obecnej ekstremalnie rzadko (może gdzieś raz na kwartał) i najczęściej dzieci same po sobie sprzątają, ewentualnie potrzebują tylko przypomnienia.

      • W takim razie gratuluję skuteczności. No i Waszej cierpliwości. Sterta brudnych naczyń w kuchni nie rośnie długo :-)

  • U nastolatków to już tak nie działa. Wczoraj spod łózka wyciągnęłam 6 butelek plastikowych po wodzie. Ha, ha

    • Oni to zbierali do jakiegoś projektu DIY, ot co ;)

      • To jest moja wymówka. Hi, hi Ciekawe na co im tyle skarpet pod biurkiem?

  • Fati

    mnie niedawno moje dziecko doprowadzilo do ostatecznosci: zebralam zabawki pozostawione na podlodze do worka na smieci i wystawilam za drzwi ze ida do wyrzucenia – i tak go tym przestraszylam ze teraz wystarczy sie zapytac czy ja mam „posprzatac” zabawki a biegnie i zbiera po sobie…

    no i druga rzecz to metoda, ktora znalazlam na jednym blogu homeschoolingowym gdzie na kartce jest napisane punkt po punkcie co ma zrobic (zrobic lozko, potem zebrac ubrania na lozko, posegregowac ubrania, zebrac i wyrzucic smieci, zebrac zabawki do pudelek, na koniec zamiesc podloge co dodalam juz od siebie bo nie bylo takiego punktu) – wydrukowalam mu, oplastifikowalam i nakleilam na drzwiach pokoju (po wewnetrznej stronie) i teraz moj 5 latek ma czarno na bialym co po kolei zrobic zeby doprowadzic pokoj do porzadku

  • Pamela Pobereszko

    Muszę powiedzieć, że jako bałaganiara totalnie się zgadzam. Miałam tak samo, jako dziecko, nastolatka i studentka. W domu rodziców miałam swój pokój.. uwielbiałam bałagan czułam się w nim świetnie i panowały tam moje zasady. Muszę powiedzieć że teraz jako osoba dorosła „na swoim” jestem totalnie im wdzięczna, że ta przestrzeń była taka „moja”. Nikt nie wchodził mi do pokoju, nie sprzątał nie grzebał nie przestawiał. Czułam się tam totalnie bezpiecznie o moje pamiętniki, notatki a nawet jak sobie coś kupiłam i nie chciałam żeby ktoś widział.
    Od czasu do czasu sprzatalam sama z siebie . Straszenie ze przyjda kolezanki czy chlopak nie dzialalo bo odpowiadalam „Albo mnie beda lubic taka jaka jestem albo niech nie przychodza”. Wspaniałe jest to ze moi rodzice to szanowali, nie brudzilam im po innych pokojach ale u siebie robilam co chcialam. Oczywiscie w granicach normalnosci byly to glownie ubrania. Jak tylko sie wyprowadzilam z domu to jako dorosla osoba normalnie dbam o swoje mieszkanie regularnie sprzatam, choc pedantką nigdy nie bede. Jestem zdania ze dom powinien żyć :) .

    • Kolejny cenny głos :) Nie ma co naciskać na niektóre rzeczy – one przyjdą same, z wiekiem :)

      • awdotia

        A ja się czasem zastanawiam, czy nie byłoby mi w życiu łatwiej, gdybym jednak miała ten rygor narzucony i była przyzwyczajona do częstego sprzątania. Też miałam w domu taki luz jak autorka powyższej wypowiedzi i jako żona i matka trochę nie ogarniam domowych obowiązków. Kurze ścieram co 2-3 miesiące, żyrandole to raz na dwa lata. Ledwo mi sił starcza na codzienne zmywanie naczyń i odkurzanie podłogi. Prasuję tylko koszule, tuż przed wyjściem. Przygnębia mnie strasznie ten syf, ale nie umiem go ogarnąć, nie umiem znaleźć czasu i sił na czynności, które nie są absolutnie niezbędne. I zazdroszczę trochę innym dziewczętom, wychowywanym bardziej tradycyjnie, bo robią to wszystko automatycznie, bez zastanawiania się jak to wszystko ogarnąć;)

        • Myślę, że rygor niewiele by pomógł, a wręcz jeszcze bardziej by od obowiązków odstraszył. To co byłoby potrzebne to nauka i pokazanie, jak można się dobrze zorganizować – jakie są sposoby, jakie są podejście i po co to komu. To mogłoby pomóc. Rygor? Bynajmniej.

        • Łukasz

          Ja w domu „musiałem” pomagać w sprzątaniu mieszkania (razem z siostrą) naszej mamie. Taki sobotni rytuał. Jak wyprowadziłem się z domu na studia, mieszkałem z różnymi ludźmi. Przez pierwszy rok nikt niczego nikomu nie kazał, nikt nie sprzątał za bardzo – luzik. Od samego początku były problemy z pełnym zlewem. Po jakimś czasie zacząłem (sam z siebie) myć rzeczy przed i po używaniu – aby był progres. Czasem zgadywałem się z kumplem i robiliśmy wspólne mycie, jeden mył drugi wycierał. W końcu postanowiłem, że trzeba usiąść i porozmawiać z mieszkańcami. Ustaliliśmy, że co tydzień ktoś w miarę ogarnia mieszkanie i jakoś to się zaczęło kręcić. Teraz z żoną sprzątamy mniej-więcej raz w tygodniu, pod warunkiem, że mamy czas, chęci i jest to potrzebne. Czasem jak czuję potrzebę, to ogarniemy coś na „własną rękę” w międzyczasie. Myślę, że (przynajmniej u niektórych) potrzebne jest dotarcie do pewnej granicy, albo odbijanie się od niej co jakiś czas ;]

  • Doti Melodia

    Póki co jesteśmy na etapie z 2 i 4 letnimi brzdącami, że sprzątamy razem i raczej nie ma z tym problemu ;) Ale brakuje mi takich różnych zasad. Przydałby się zbiór zasad, które warto mieć w domu :)

    • W sumie dobry pomysł, coś pomyślimy nad tym :)