Chcesz wychować człowieka sukcesu? (Nie) bądź jak ci rodzice

Natemat popełnił wpis o wszystko mówiącym tytule „Chcesz wychować człowieka sukcesu? Bądź jak ci rodzice”, w którym przedstawia konkretne punkty (11 sztuk), które opisują jakie cechy musi mieć rodzic, aby wychował dziecko sukcesu. Informację o tym dostałem od Zudit i nie mogłem przegapić takiej okazji do podjęcia polemiki.

Oto owe jedenaście punktów i moje do nich komentarze:

1. „Angażować dzieci w obowiązki domowe

– uczy to pracy na rzecz ogółu i redukuje egoizm.”

Dziękuję Sherlocku za tą światłą i niezwykle ważną radę. Tylko, że ja i wszyscy inni rodzice dawno już to wiedzieliśmy. Natomiast kluczowym pytaniem jest „jak to zrobić”? Szczególnie, że wyznaczanie twardych reguł dotyczących obowiązków domowych i egzekwowanie konsekwencji w przypadku dziecięcych niepowodzeń zwykle prowadzi do tego, że dzieci wprost dosłownie NIENAWIDZĄ pomagać w domu.

Ja ten temat podjąłem tutaj (Dlaczego moje dzieci sprzątają, mimo tego, że nie muszą), ale i tak uważam, że jest jeszcze wiele do powiedzenia w tym temacie. Szkoda, że ta szansa nie została tutaj wykorzystana.

2. „Rozwijać w dzieciach umiejętności życia w społeczeństwie

– zwiększa to prawdopodobieństwo lepszego wykształcenia i minimalizuje ryzyko konfliktów z prawem czy uzależnienia od używek.”

Podobnie jak w punkcie 1 – ładnie to brzmi, ale o co dokładnie tu chodzi? W końcu większość dzieci żyje w społeczeństwie i w trakcie swojego życia uczy się jakoś w nim żyć. Czy może w tym punkcie chodzi o to, żeby nie wychowywać dziecka w rodzinie patologicznej, żyjąc na marginesie społeczeństwa? Jeśli tak, to ponownie jest to bardzo cenna rada, dzięki.

„3. Mieć wobec dzieci jak największe oczekiwania

– wyrabia to w nich poczucie, że mogą wiele osiągnąć w życiu bez względu na ich sytuację materialną czy społeczną.”

Mieć wobec dzieci jak największe oczekiwania to najlepszy sposób na wychowanie dzieci, które będą wiecznie z siebie niezadowolone, będą wiecznie uważały, że mogłyby coś zrobić lepiej, szybciej czy dokładniej. Ogromne oczekiwania stawiane dzieciom na każdym kroku to wręcz całkiem niezły sposób na wychowanie małego perfekcjonisty, który będzie wiecznie nieszczęśliwy i który w końcu ugnie się pod naporem oczekiwań, które najpierw stawiali przed nim rodzice, a później zaczęło stawiać je samo sobie.

Idealnym przykładem jest tutaj Gordon Ramsay, który był wychowywany z ojcem o ogromnych oczekiwaniach i za każdym razem, gdy Ramsay osiągnął sukces, najważniejsze czego oczekiwał to pochwała ojca. Nie miało znaczenia czy miał lat 15 czy 45. Niestety nigdy jej nie dostał. Ani wtedy, gdy odnosił sukcesy piłkarskie, ani wtedy, gdy zaczął odnosić sukcesy w gastronomii (którą wybrał tylko z tego powodu, że kontuzja uniemożliwiła mu kontynuowanie kariery piłkarskiej). Sukces osiągnął, ale kosztem rodziny, a mimo to nigdy nie poczuł się do końca spełniony i zawsze wiedział, że może osiągnąć coś więcej, ze względu na ojca, z którym do samego końca łączyła go ta toksyczna relacja.

„4. Utrzymywać zdrowe relacje w rodzinie

– kochający się rodzice, stroniący od konfliktów i rozwodów tworzą w domu najlepsze środowisko do rozwoju dziecka.”

Kochać się. Ok. Unikać konfliktów. W porządku. Nie rozwodzić się. Zrozumiałem.

Jak to ładnie brzmi w teorii, prawda? W rzeczywistości nie dość, że takie zdarzenia są często wypadkową tak wielu rzeczy, że nie da się tego zaplanować czy nawet przewidzieć, to jeszcze tkwienie w rodzinie, w której rodzice powinni się rozwieść, a tego nie robią jest szkodliwe dla dziecka, które wchłania tą niezdrową relację. Podejmowałem ten temat w tekście Rozwód jest gorszy od klapsa.

Podobnie jest zresztą z tym unikaniem konfliktów – dziecko powinno czasem zobaczyć, że rodzice też się sprzeczają i też mają konflikty, żeby ich doświadczyć i żeby zobaczyć jak powinno się je rozwiązywać. W końcu dzieci właśnie z nas biorą przykład. Chowanie wszystkiego przed dziećmi i udawanie wiecznie idealnych może spowodować, że dziecko w przyszłości w sytuacjach konfliktowych nie będzie potrafiło sobie poradzić.

„5. Zadbać o własne wykształcenie

– im rodzic bardziej wyedukowany, tym większa szansa, że dziecko pójdzie w jego ślady.”

Jak już kiedyś powiedziałem: jeśli moje dziecko zapyta mnie czy pójść na studia, to w 9 przypadkach na 10 zdecydowanie mu to odradzę. Ten 1 przypadek będzie wtedy, gdy będą całkowicie przekonane, że chcą zostać lekarzami, prawnikami lub pójść w innym kierunku, w którym studia są konieczne. Natomiast w pozostałych przypadkach studia w chwili obecnej (oczywiście w mojej opinii, a nie twierdzę, że jestem jakąś wyrocznią w tym temacie) są zmarnowanymi latami, które w zdecydowanej większości nie uczą żadnej umiejętności praktycznej i dowolny miesięczny, bezpłatny staż (tak, nawet ten bezpłatny) nauczy nas więcej przydatnych rzeczy. Szkoda życia.

Więc mimo tego, że ja jakieś tam wykształcenie wyższe mam, to jednak niespecjalnie mi zależy, aby dzieci poszły w moje ślady.

„6. Oswoić dzieci jak najszybciej z matematyką

– im wcześniej dziecko pozna świat cyfr i liczb, tym łatwiej będzie przyswajać wiedzę z innych dziedzin.”

To jest prawdopodobnie prawda. Jednak zamiłowanie do cyfr i liczb jest często naturalne u jednych dzieci, podczas gdy inne za tym nie przepadają. W efekcie te pierwsze same będą do matematyki ciągły, a te drugie nawet przy zachętach rodziców nie będą szczególnie zainteresowane, więc podejrzewam, że wychowanie jest tutaj drugorzędne, a jednak palmę pierwszeństwa przejmują geny. Także ta rada jest bardzo dobra, lecz niestety zupełnie nieprzydatna.

„7. Otaczać dzieci troskliwą opieką

– inwestować przede wszystkim w dobre relacje z dzieckiem, a nie tylko w jego/jej ubrania, edukację czy zabawki.”

Wow. No to czuję się uświadomiony.

8. Punkt ósmy jest najlepszy więc zostawiłem go na koniec.

Także przechodzimy dalej.

9. „Doceniać wysiłek, a nie ganić za porażkę

– nie oczekiwać samych sukcesów, ale także w niepowodzeniach dostrzegać szanse na rozwój dziecka.”

W tym punkcie akurat wyjątkowo mają rację i tutaj polecam tekst Dlaczego niektóre dzieci się starają, a inne rezygnują, który pokazuje, że da się w zdrowy sposób wytworzyć w dzieciach poczucie, że mogą wiele osiągnąć (jako przeciwwaga punktu 3).

10. „Być aktywnym zawodowo

– dotyczy to zwłaszcza pracujących matek, których córki chętniej podejmują pracę zawodową, zaś synowie z większą ochotą angażują się w obowiązki w domu.”

Podobnie działa na dzieci też sytuacja, w której ojciec angażuje się w obowiązki domowe (źródło). Także moim zdaniem odpowiedzią na to, aby córki chętniej podejmowały pracę zawodową czy aby synowie z większą ochotą angażowali się w obowiązki domowe nie jest to, aby mama poszła do pracy, lecz zdrowy podział obowiązków między wszystkich domowników (zamiast dotychczasowego chorego systemu, w którym ojciec chodził do pracy, matka siedziała w domu i zajmowała się dziećmi, a po powrocie ojca on odpoczywał, a mama dalej zasuwała). To powinno skutecznie pomóc, nawet jeśli mama do pracy nie pójdzie.

11. Mieć dobrą pracę

– dorastanie w warunkach niedostatku pogarsza pozycję dziecka, czyli przyszłego pracownika, na rynku pracy.”

Mieć milion dolarów na koncie.

Mieć prywatną wyspę.

Mieć helikopter.

Mieć pałac.

Widzicie? Ja też potrafię stworzyć takie rady. Korzystajcie, póki ciepłe :)

Teraz wróćmy jednak do punktu ósmego, który zapowiedziałem wcześniej:

8. Unikać stresu

– zestresowany i sfrustrowany rodzic automatycznie przelewa na dziecko negatywne emocje.”

Mówiłem, że ten punkt jest najlepszy? Wyobrażacie sobie wypełnianie wszystkich tych punktów i jednocześnie nie unikanie stresu? Dobra praca, udana kariera, szczęśliwe dzieci i jeszcze kochający się związek bez żadnej kłótni, a to wszystko przy minimalnym stresie. Bułka z masłem.

Na szczęście wszystko to można wyrzucić do kosza z jednego prostego powodu

Bo co oznacza sukces? Wielki dom? Willa? Pałac? Najnowszy samochód? Jacht? Prywatny samolot? Helikopter? Wysokie stanowisko w pracy? Ogromne zarobki? Naprawdę? To jest sukces? Czy nie widzimy, że to jest złe w samej idei? Że to nastawia dzieci przeciwko sobie już na początku ich życia i ustawia je w zawodach, w których tak naprawdę wszyscy przegrywają? Ci, którym się nie udaje osiągnąć tego rodzaju sukcesu przegrywają, bo czują się gorszymi ludźmi, a ci którym się udaje przegrywają, bo zwykle sukces przypłacają własnym zdrowiem, sumieniem lub życiem rodzinnym.

Naprawdę, jeśli jest jedna rzecz, która niezmiernie mnie wkurza u większości „trenerów rozwoju osobistego” (tzw. kołczów, którzy ostatnio robią się coraz bardziej popularni), to jest to przekonywanie ludzi, że jeśli nie zrobimy ze swoim życiem czegoś niezwykłego, to je zmarnujemy. Moim zdaniem nie ma większej bzdury.

Moim zdaniem posiadanie rodziny, którą kochamy i która nas kocha, jest sukcesem.

Moim zdaniem posiadanie znajomych na których możemy liczyć i którzy wiedzą, że mogą liczyć na nas, jest sukcesem.

Moim zdaniem posiadanie pracy, którą się lubi, która pozwala się nam rozwijać i która daje nam pewien cel, jest sukcesem.

Moim zdaniem posiadanie hobby, które nas pasjonuje i które sprawia nam przyjemność, jest sukcesem.

Może te rodzaje sukcesów ciężko jest pomierzyć i umieścić w statystykach. Może nie wyglądają one dobrze w tabelkach. Jednak moim zdaniem te „sukcesy” są zdecydowanie bardziej wartościowe i bardziej warte starań, niż te, który próbuje nam narzucić współczesny świat (a które bardzo często wymagają więcej poświęceń niż w rzeczywistości są warte). Dlatego też proponuję przestać poszukiwać sukcesu, a zacząć poszukiwać szczęścia – obiecuję, że wszyscy na tym dobrze wyjdziemy, włączając w to nasze dzieci, które niekoniecznie potrzebują do szczęścia, aby ich rodzice odhaczyli wszystkie 11 punktów z powyższej listy.

Prawa do zdjęcia należą do AwesomeSA.

  • Na temat przedrukował artykuł z Independent i mocno go skrócił. Przez to utracił sporą część wartościowej treści, która nie jest już tak jednostronna :-)

    Z tymi zasadami jest trochę jak z innymi podobnymi wytycznymi dotyczącego naszego życia. Wszyscy wiemy, że warto zdrowo się dobrze odżywiać, unikać stresu, dużo się ruszać i nie korzystać z używek. To bardzo proste przecież. Tylko, że większość nigdy się do nich nie zastosuje :-)

  • Z miłą przyjemnością odniosę się do punktu odnośnie studiów. Mimo wszystko studia nie są takie złe. Przykład kolegi z pracy – nie zrobił magistra „tylko” licencjata i po zmianach organizacyjnych w pracy musiał odejść bo na jego stanowisku wymagany był magister.

    Nigdy nie wiadomo, czy nasza pociecha będzie kiedyś prezydentem, premierem, CxO czy miała jakieś stanowisko dyrektorskie.

    Ja nie żałuję, że poszedłem na studia (studiowałem Informatykę i Ekonometrię). Czy używam wiedzy ze studiów – nie (no dobra może z 5%), bo po otrzymaniu tytułu większość rzeczy była już nieaktualna. Jedną z ważniejszych rzeczy jakie dają studia jest umiejętność logicznego myślenia, kombinowania – to mimo niezbyt atrakcyjnej nazwy również ważna umiejętność, samodzielnej nauki (to nic, że trzy czy cztery dni przed egzaminem z całego półrocza).

    • Andrzej Kowal

      typowo polskie podejście do pracownika – nawet jak jesteś najlepszy na świecie, to musimy cię wywalić, bo nie masz magistra. życie też uczy logicznego myślenia. czy studiowanie marketingu albo turystyki i hotelarstwa też uczy logicznego myślenia? ludzie, którzy idą na kierunki ścisłe już tę umiejętność logicznego myślenia mają. i od kiedy kryterium wyboru kogoś na prezydenta jest posiadanie przez niego wykształcenia wyższego? więc studia nie są takie złe, jeżeli mają jakiś cel. studiowanie dlatego, że wszyscy idą na studia, jest bez sensu i mija się z celem.

      • Andrzeju ta sytuacja miała rzecz w Niemczech. Nie zmienia to faktu, że decyzja idiotyczna.

    • Kasia Żądło

      Logicznego i krytycznego myślenia można się też nauczyć w zawodowce. Jest wielu swietnych stolarzy, murarzy, hydraulikow czy elektrykow którzy takich umiejętności potrzebują w pracy. Niestety Niemcy mają problem z coraz mniejsza liczba osób kształcących się zawodowo. W chwili obecnej brakuje pracowników fizycznych, mimo że tak wielu Polaków czy Rumunów itp. wykonuje za nich te prace to wciąż za malo. Za to po studiach mają ludzi mnostwo, którzy często nie potrafią wymienić spalonej zarowki.

  • Ten artykuł przede wszystkim nie wygląda na pisany przez kogoś, kto zna się na rozwoju dzieci i człowieka. Tym bardziej, że punkty się wewnętrznie wykluczają. I z twoim zdaniem zdecydowanie się zgadzam. Zarówno co do krytyki tych punktów, jak i definicji sukcesu. Osobiście uważam, że prawdziwy sukces (czyli życie takim życiem, które pozwoli na jak największą realizację siebie w zgodzie ze swoimi wartościami i poszanowania wartości i potrzeb innych) można zapewnić dziecku wypełniając tylko 2 punkty – dając szacunek, przestrzeń do rozwoju niezależności i wolności wyborów oraz narzędzia do realizacji potrzeb (jak np związane z finansami). A ono samo sobie swój sukces zdefiniuje i zapewni :)

  • Alina NH

    O ile zgadzam się z Twoimi poglądami w 9 na 10 przypadkow (a nawet 99 na 100 ;) ) to z poglądem na studia – nie. Ja nie bylam przekonana co dokładnie chcę robić w życiu, więc poszłam na studia związane mniej więcej z moimi zdolnościami i zainteresowaniami. I mogę powiedzieć że sporo się nauczyłam, ale przede wszysykim rozwinęłam pewną ciekawość swiata, ktorej nie miałam wcześniej. Z części umiejętnosci w pracy korzystam, z części nie, ale zdolnosci logicznego myślenia które powiększyłam na studiach napewno się przydają:)

    Ok- trzeba wybrać fajne studia, które interesują- a nie cokolwiek byle tylko mieć mgr. Z podejściem – pójdz na studia a napewno potem będziesz mieć super prace – też się nie zgadzam, ale Twoje stanowisko to według mnie przesada w 2 stronę:)

    • Morrrigan

      Właśnie, też to zwróciło moją uwagę. Studia to nie powinien być cel sam w sobie, ale środek, okazja do rozwoju. Pewnie, że bez studiów da się wiele osiągnąć, ale jest to w wielu przypadkach trudne. Niestety ciężko załapywać się na bezpłatne staże czy specjalistyczne projekty bez statusu studenta – bycie studentem to nie tylko przebywanie na uczelni, status ten pomaga właśnie załapać się w różne miejsca. Bycie studentem daje możliwość korzystania z biblioteki, na wielu kierunkach można wybierać dodatkowe przedmioty zgodne z zainteresowaniami, kursy praktyczne itd. Ponadto są koła naukowe w których studenci się zrzeszają, niepowtarzalna okazja do nabywania doświadczenia w kołowych projektach oraz zawierania interesujących znajomości z innymi studentami (a w kołach działają zwykle ci mierzący wysoko, o największym pragnieniu rozwoju, a nie tylko wegetujący do magistra) oraz także z pracownikami naukowymi! Jest to wręcz nie do przecenienia. Nie wspominając o różnych zniżkach. Gdyby nie to wszystko to faktycznie, studia byłyby mało użyteczne. Jednak w praktyce okazuje się, że dzięki uczelni można robić coś więcej niż siedzieć w książkach i gryźć pazury przed sesją. Można wspaniale wykorzystać te 5 lat, tylko trzeba chcieć. Nie do wszystkich zawodów potrzebne są studia, ale szkoły zawodowe i policealne nie spełnią raczej marzeń 9 uczniów na 10. Powiedziałabym, że w najlepszym wypadku 5 na 10, spośród tych ambitniejszych. Zgadzam się, że to, że wszyscy idą teraz na studia „bo tak trzeba” jest głupie, bo wiele osób po prostu na studia się nie nadaje ani nie umie z nich skorzystać. Niemniej dla tych najambitniejszych, z dużą werwą i chęcią działania, są zwykle najlepszą opcją.

      W moim przyszłym powiedzmy zawodzie są osoby, które nie ukończyły studiów wyższych, po prostu miały szczęście, samozaparcie i silne osobowości. W swoich czasach samodzielnie zdobywały wiedzę i doświadczenie. A więc da się. Ja jednak poszłam na odpowiednie studia i przeżywam przygody życia. Jest mi o wiele łatwiej, spotykam inspirujących ludzi na każdym kroku, zdobywam cenne doświadczenie którego na własną rękę bym tak szybko nie zdobyła, bo dzięki kontaktowi z wybitnymi specjalistami z uczelni i z PANu wchodzę w miejsca i robię rzeczy, których człowiek przeciętny robić po prostu nie ma prawa, w Polsce i za granicą. Gdy przeglądam oferty pracy okazuje się, że odpowiednie wykształcenie jest poważnym atutem. I myślę, że mój zawód (biolog, konserwator/badacz przyrody) nie jest jakimś wyjątkiem.

  • Kasia Żądło

    Oj zmieszalam sie. W sumie to chyba należy sobie postawić pytanie co chcemy osiągnąć wychowując dzieci. Ja chcę żeby moje dzieci były szczesliwe. Po prostu szczęśliwe niezależnie od tego czy będą bogate czy nie, czy będą matematykami czy filozofami czy pracownikami fizycznymi. Niezależnie czy osiągną spektakularny sukces czy nie, czy będą piękne i atrakcyjne czy przeciętnej urody czy brzydkie. W dzisiejszym swieciw to jest dla mnie wlasnie sukces. Sama kiedyś miałam problem z konsumpcjonizmem, z szukaniem uznania i akceptacji. Teraz juz wiem ze szczęście to moje dzieci, mąż i dobre relacje z innymi ludzmi.

  • Kasia Wawrzycka

    Ciekawe, że tak mało jest rad, jak wychować dziecko, żeby było dobrym człowiekiem. To dopiero jest wyzwanie. Wszędzie tylko sukces, osiągnięcia. Może dlatego, że sukces jest bardziej mierzalny, sama nie wiem.

    • Dokładnie tak. Sam uważam, że to pierwsze jest znacznie większym sukcesem i pewnie dlatego trudniej jest go opisać czy osiągnąć…

    • Ja sądzę, że konieczną i najważniejszą koniecznością jest aktywnie BYĆ! Mieć czas i dawać najlepszy przykład, jaki tylko można dać, tym samym pracując nad samym sobą, bo nikt nie jest idealny. Ja chciałabym wychować dzieci zdolne do życia w pełni, czego sama ciągle się uczę. Zapraszam do siebie na poczytanie o dzieciach :)

      O tym, jak uczę się od własnych dzieci… http://madziowy.pl/mamo-gdzie-wychodzisz-celne-pytania-trudne-odpowiedzi/

      O tym, że dzieci nie spełniają oczekiwań, tylko nas naśladują: http://madziowy.pl/nasze-lustereczka/

      Pozdrawiam!

  • Beata Nowicka-Misiewicz

    Świetny tekst, w zupełności się zgadzam. W dodatku lekko i mądrze napisany.